Ulice pogrążone w mroku, który rozganiały nieliczne, palące się światła w
oknach. Nad Rei'em rozciągała się płachta nocnego nieba, na której,
niczym śnieg w bardzo mroźny dzień, migotały piękne gwiazdy. Idąc ulicą,
Rei zamyślił się odrobinę, błądząc po czeluściach swojego umysłu.
Odkopując najgorsze obawy. Chodź wieczór był tak piękny, on nie był w
stanie myśleć o nim. Rozsypane po niebie świecące gwiazdy, nie robiły na
Rei'u żadnego wrażenia. Coś nie dawało mu spokoju, coś o czym
zapomniał. Teraz, próbując sobie przypomnieć, co to właściwie było, nie
mógł. Nie potrafił rozbić ściany dzielącej, go i jego wspomnienie. Szedł
przed siebie, patrząc na nocne niebo, więc nie powinno nikogo dziwić,
że wpadł na drewniana belkę, podtrzymującą balkon jednego z budynków.
Oszołomiony namiętnym pocałunkiem z drewnianym filarem, cofnął się parę
kroków do tyłu i zamarł. Olśniło go, złapał się za głowę, nie zwracając
uwagi na ból.
- Cholera jasna gdzie ja zostawiłem łuk! - powiedział sam do siebie.
Szybko sprawdził pas, przy którym wisiał sztylet. Reimenth zdał sobie
sprawę, że zostawił łuk, w boksie tygrysa Margaret. Poradził sobie i bez
niego więc, można powiedzieć, że trud matki w nauczenia go sztuki
szermierki chodź, odrobinę się opłacił. Zawiał chłodny wiatr. Rei,
otrząsnął się i ruszył przed siebie, prosto do domu Dante, zapominając o
wcześniejszym zmartwieniu.
Nad ranem, Reimenh, wparował do pomieszczenia, gdzie była sypialnia
gościnna w której stacjonowała Margaret. Pewien, że zastanie tam
dziewczynę, która zwykła wstawać o świcie, wszedł bez pukania.
- Hej Margaret... eeee... - Jego oczom ukazał się obraz Margaret,
siedzącej okrakiem na Beatrice. Białowłosy poczuł gorąco na twarzy i
oblał się płomiennym rumieńcem.
- To nie tak jak myślisz - burknęła do niego, swoim lodowatym tonem.
On tylko cofnął się do drzwi, przeprosił i szybko wyszedł z pokoju. Ten
obraz wyrył w jego głowie ogromną dziurę. Nie wiedział zupełnie jak to
się stało. Chyba wolał nie wiedzieć. Próbował odgonić myśli, jednak nie
mógł wyrzucić tego obrazu. Przypomniał sobie o łuku który leżał w boksie
Ayami. Czemu niby ostawił tam broń? Nie myślał przecież, że będzie
musiał walczyć na balu. Poszedł więc do stajni siedziby orłów, wydłuży
sobie jednak odrobinę drogę. By zająć myśli, zagadał nawet blondynkę o
piwnych oczach, sprzedającą piękne kwiaty. W końcu, by sprawić radość
młodej dziewczynie, kupił dwie margaretki, o śnieżnobiałych płatkach.
Nie zwlekając dłużej. Udał się już w stronę celu swojego spaceru.
Rei uważnie przyglądał się Pięknej Florianie, która pokazała mu co
robi. Dla niego było to coś zupełnie nowego, z fascynacją przyglądał się
temu co robiła dziewczyna śledząc każdy jej ruch.
- Myślałam, że zaniedbywali tego konia. W mojej historii zajmowano
się nim o wiele lepiej...ale najwyraźniej ten koń nigdy nie był pod złą
opieką. Dlatego pieczęć nie umiała się przyjąć - wyjaśniła Flo.
- To co robisz... jest wspaniałe - odparł nie mogąc wyjść z podziwu. Dziewczyna zaśmiała się i lekko zarumieniła.
- Dzięki, nie wiele osób tak myśli.
- Dobrze, że prawie zawsze należę do tej mniejszości - zażartował
białowłosy. Pomógł wstać dziewczynie. Wydawało się, że nic nie może
pójść nie tak. - szkoda, że nie jest do końca dozwolona. - Flo
przytaknęła i rozejrzała się po stajni.
- Nikt nas nie zobaczy? - zapytała niepewnie.
- Spokojnie, najwyżej powiem, że jesteś tu ze mną - powiedział
białowłosy i uśmiechnął się czarująco. - wcale nie wyda się to
podejrzane, zabieranie tak pięknej kobiety do cuchnącej stajni - zaśmiał
się a a Floriana dołączyła do niego. Śmiali się tak chwilę, dopóki Flo
nie spojrzała w górę, mina jej zrzedła i odsunęła się od Rei'a kawałek.
Rei usłyszał stukot kopyt tuż za sobą, i ciepły oddech, na swoim karku.
- Nie chcę cię niepokoić ale ten koń za tobą wygląda jakby chciał cię
zabić... - ostrzegła elfka. Rei głośno przełknął ślinę. Podszedł bardzo
wolno do Flo i wyciągnął do niej rękę.
- Zaufaj mi... błagam... - Szepnął, dziewczyna chwilę się wahała,
spoglądając raz na chłopaka, raz na konia z nim. Cofnęła się krok do
tyłu, jednak złapała dłoń chłopaka, ten bez zbędnego tłumaczenia,
pociągną ją za sobą, biegnąc wzdłuż, boksów. Znów uciekali. Konie
zaczęły tupać i rżeć zaniepokojone nagłym ruchem. Chodź droga do wyjścia
nie była aż tak daleka. Stukot za nimi był coraz głośniejszy, co
oznaczało jedno, kłopoty. Kiedy wierzchowiec był tuż za nimi, białowłosy
wiedząc, że to niego koń obraz za cel, zatrzymał się. Gdyby nie pewna
osóbka, która trzymała go mocno za rękę, nie wciągnęła go na czas do
pustego boksu, został by najpewniej stratowany. Srokata klacz dobiegła
do wrót stajni i z całym impetem uderzyła o nie zadem, przez co się
otworzyły, z rozpędu odbiły od zewnętrznych ścian budynku i wróciły na
swoje miejsce zatrzaskując się.
- Dziękuję - powiedział oszołomiony i uśmiechnął się delikatnie patrząc na twarz kobiety.
- Nie ma za co - odpowiedziała dysząc ze zmęczenia.
- Uratowałaś mnie przed chwilą! Gdyby nie to, byłbym martwy albo
bardzo mocno poturbowany - odparł do dziewczyny, wsłuchując się przy
okazji w stukot kopyt, by ocenić gdzie znajduje się klacz, trudno było
to ocenić ponieważ, wokół panował chaos, rżenie koni, niespokojne
dreptanie w miejscu.
- No to powiedzmy, że jesteśmy kwita - zażartowała - a teraz już cicho.
srokata klacz, przekłusowała obok ich boksu. Cicho wymknęli się z
niego i znów zaczęli biec do, zamkniętych, ogromnych drzwi. Kiedy już
przy nich byli, okazało się, że zostały zatrzaśnięte na dobre.
- Co teraz? - zapytał się gdy łaciaty koń pędził już w ich stronę.
Flo uskoczyła w jedną stronę wpadając w stóg siana, Rei miał mniej
szczęścia, ponieważ upadł prosto na kamienne podłoże. Potwór w ciele
konia powoli począł się do niego zbliżać, parskając głośno. Nagle nie
wiadomo skąd Flo wytrzasnęła coś na wzór ,,łap'' przesunęła po posadzce,
Miecz który uderzył o kopyta łaciatej klaczy, odbijając się niedaleko
Rei'a. Białowłosy bez wahania rzucił się po miecz. Wstał, i wyciągnął
przed siebie miecz. ,,Kto trzyma miecz obok stogu siana?!'' - przebiegło
mu przez myśl chłopakowi który zostawił łuk i kołczan w boksie
zmiennokształtnej, ogromnej, czarnej pantery.
- Jak ty trzymasz gardę?! - krzyknęła do niego Flo, bardziej można by
powiedzieć, że troskliwie niż karcąco, podnosząc się z siana i usiłując
znaleźć coś w torbie, z której wyjęła poprzednią pieczęć.
- Nie wiem, tak?! Nie jestem szermierzem! - odkrzyknął jej i poprawił
odruchowo swoją postawę. Przypominając sobie jak jego matka zawsze
strofowała go, gdy ćwiczyła z nim postawę. Rei, zaczął się wycofywać,
klacz lustrowała uważnie każdy jego ruch i wyciągnięty w jej stronę
miecz.
- A kim niby jesteś?! - znów zawołała. - na balu walczyłeś mieczem!
- Tylko to było pod ręką! - po ostatnich słowach Rei'a srokata klacz
cofnęła się do tyłu lekko podskakując, przy okazji trącając Flo tak, że
ta upadła na ziemię, upuszczając torbę. Mężczyzna miał dość tego cyrku,
natarł na klepie a ono ruszyło na niego. Klacz bez problemów wytrąciła
mu z rąk miecz, jednak nie dążyła wyhamować i pobiegła aż do końca
alejki. Rei podbiegł do Flo która, wyraźnie czegoś szukała. Miecz
wylądował niedaleko niej. Chwycił za rękojeść i natarł na zasuwę w
drzwiach. Za pierwszym razem nic, za drugim również. Ciął na oślep
zasuwę i drzwi. W końcu, gdy wydawało mu się już, że zamknięcie się
chodź trochę obluzowało, odrzucił miecz, cofnął się pare kroków i natarł
na wrota. Zaskrzypiały a zasuwa obluzowała się i odblokowała. Odwrócił
się, w jego stronę pędziła wściekła łaciata klacz. Rei, postanowił
obrócić to na swoja korzyść. Poczekał chwilę, i w odpowiednim momencie
się odsunął. Koń wparował na wrota, otwierając drogę ucieczki. Rei,
przykucnął przy Flo która dalej czegoś szukała, w pośpiechu złapał ją
pod ramie i spróbował wymusić by się podniosła.
- Czekaj nie, ona gdzieś tu jest - powiedziała gorączkowo rozglądając
się i przesuwając pojedyncze źdźbła siana. Jednak białowłosy, nie miał
zamiaru teraz słuchać, chciał skorzystać z chwili gdy bestia była
zdezorientowana po uderzeniu.
- Nie mamy czasu! - Powiedział i wziął bez pytania Flo na ręce.
Postawił ja na ziemię dopiero wtedy gdy byli pięć metrów za stajnią.
Okazało się, że zebrało się parę gapiów niedaleko stajni.
- Tam została moja, jedna z ważniejszych pieczęci! - Jęknęła
sfrustrowana. Reimenth westchnął i odwrócił głowę w stronę klaczy, która
powoli wracała do siebie.
- Pójdę po niego, ale ty tu zostań nie chcę by tobie się coś stało -
powiedział zrezygnowany. Czemu ściągał na innych tyle nieszczęścia?
Czasami myślał, że to przypadek, po prostu akurat coś się wydarzyło nie z
powodu tego, że on był w pobliżu. Jednak ta myśl szybko została
zepchnięta na boczny tor i zastąpiona przekonaniem o tym, że pech to po
prostu jego drugie imię. Nie myśląc już dłużej, przy okazji wcale nie
myśląc, wpadł na powrót do stajni. Rzucił się na kolana koło stogu siana
i uważnie lustrował każdy szczegół. Był dość spostrzegawczy, szybko
zauważył gładko oszlifowany, jasnoszary kamień na sznurku. Chwycił
pieczęć, podniósł się i jak wpadł do stajni tak i wypadł. Prosto na
klacz Dante. Na swoje nieszczęście stracił równowagę i runął na ziemię.
Klacz nie czekała długo, stanęła na tylnych nogach rżąc przeraźliwie.
Białowłosy, zanim jego klatka piersiowa została zmiażdżona przez kopyta
klaczy, przeturlał się i wstał tak szybko jak mógł, i prawie wpadł na
Flo, która pewnie chciała pomóc. Klacz odwróciła się w ich stronę,
mężczyzna nagle zauważył, że kobieta, zamachnęła się swoim mieczem.
Przerażony otworzył szeroko oczy i szybko kucnął. Na szczęście, Floriana
nie miała nawet zamiaru uderzyć Rei'a tylko rozjuszoną klacz za nim.
Kobyle oberwało się płazem miecza, co ja trochę zdezorientowało. Tym
razem, to elfka chwyciła, dziecko nieszczęścia za rękę, zmuszając go do
podniesienia się i biegu za nią.
Chwilę zajęło im szukanie kryjówki, jednak nie potrzebnie, ponieważ ktoś schwytał klacz i ta nawet nie mogła ruszyć za nimi.
- Teraz to ja dziękuję - odetchnął chłopak stając w miejscu.
Zatrzymali się gdzieś na placu z ładnymi, bogato zdobionymi domami
mieszkalnymi. Flo uśmiechnęła się delikatnie.
- Już na pewno jesteśmy kwita - powiedziała. Mężczyzna nagle
przypomniał sobie o naszyjniku który mocno trzymał w zaciśniętej pięści.
Wytarł pieczęć o skrawek koszuli i zarzucił na szyje Flo.
- To chyba twoje.
- Oh... - Kobieta spojrzała na naszyjnik a potem na Reimenth'a,
obdarzając go delikatnym uśmiechem i błyszczącym spojrzeniem
hipnotyzujących oczu. Potem stało się coś, czego chyba nikt by się nie
spodziewał. Floriana przytuliła delikatnie Rei'a a ten po chwili
całkowitego zaskoczenia, odwzajemnił uścisk. Szybko jednak puścił Flo
która się od niego odsunęła.
- A to za co? - zagadnął uśmiechnięty i nadal mile zaskoczony takim obrotem sprawy.
- No, za wszystko, to moje podziękowanie - powiedziała trochę
speszona. Rei widząc jej reakcję zaśmiał się i tym razem on ją
przytulił, chcąc rozładować sytuacje. Pomyślał bowiem, że Flo czuje, że
się narzuca. Więc czemu nie pokazać, że to nic złego?
Razem zaczęli się śmiać.
- A tak właściwie, to naprawdę nie jesteś szermierzem? - podjęła nowy temat.
- Tak, moja profesja to zawodowe ściąganie kłopotów - zażartował.
Kiedy Kobieta miała coś odpowiedzieć, za plecami Reimenth'a rozbrzmiał
głośny krzyk wściekłej kobiety.
- Jak możesz się tu jeszcze pokazywać! Po tym jak zostawiłeś mnie
samą z dzieckiem! - Krzyczała kobieta. Uśmiech z twarzy Flo natychmiast
znikł. Widząc to Rei nawet nie chciał się odwracać, na twarzy Flo
zdziwienie zaczęło mieszać się ze złością. Po mimo oporu odwrócił się,
ujrzał dziewczynę o burzy kasztanowych loków, otaczających jej czerwona
ze złości twarz. Złote oczy, wierciły w nim dziurę, były przepełnione
nienawiścią.
- Przepraszam, musiała mnie pani z kimś pomylić... Jestem tu dopiero
od niedawna - próbował wytłumaczyć się chłopak, jednak na marne.
Dziewczyna zaczęła zmierzać w jego kierunku.
- Przestań łgać! - krzyknęła. Rei zauważył, że jej oczy są pełne łez,
jednak ta walczyła z nimi nie dając im ściec po policzkach. Mogła przez
to mieć rozmazany cały obraz. Była zrozpaczona i wściekła. Rei poczuł
się okropnie, na myśl od razu przyszedł mu jego ojciec, który to
zdradzał matkę przy każdej napotkanej okazji. Wziął za pewnik, że to
kolejna ofiara jego chorej żądzy.
- No przyjrzyj się mi! Może po prostu pomyliłaś mnie z moim ojcem! On
jest handlarzem, sprowadza różne towary... jedwab... imbir? -
dziewczyna była coraz bliżej, przyszło mu grać na zwłokę, zaczął
wykonywać dziwne ruchy rękoma jakby wskazywał towary. -jedwab? Jedwab?
Kurkuma? - Nagle dziewczyna zatrzymała się tuż przed nim zastygając na
moment.
- Zaraz... to nie... przepraszam... pomyliłam cię z kimś - mówiła
przez łzy, które ściekły po rumianych policzkach kobiety. Była już o dwa
kroki od Rei'a, chwilę stała przed nim, coraz więcej łez spływało po
jej policzkach. Białowłosego zaczęło coś zżerać od środka. Może własne
sumienie? Czuł się winny tej sytuacji. Już od małego był wściekły na
ojca, którego nie było w domu, potem gdy już łaskawie wrócił na dłużej,
matka chłopaka dowiedziała się o zdradach swojego męża, czytając jego
korespondencje. Teraz gdy widział dziewczynę, obudził się w nim mały
chłopiec, który chciał zalać się łzami i wypłakać w suknie matki, jednak
nie mógł, co prawda był wrażliwy... jednak nie mógł tego okazywać, taka
rola wiecznego żartownisia. Nie mógł płakać, to on miał osuszać łzy
innych. Podszedł wolno do dziewczyny i lekko poklepał ją po plecach. Ta
jednak bez wahania po prostu się do niego mocno przytuliła i zaczęła
wypłakiwać się w jego szarą koszulę. Rei odwrócił głowę w stronę Flo, ze
spojrzeniem psa, który błaga o pomoc. Ta o dziwo uśmiechnęła się lekko,
chyba rozumiejąc położenie chłopaka. ,,Gdyby teraz tak ponownie uciec
razem... na kawę'' - pomyślał. Wtedy z domu naprzeciwko wybiegła
pulchna kobieta, w średnim wieku. Podbiegła do Reimenth'a i oddzieliła
go od dziewczyny.
- Idź mi stąd ty chuliganie! Zostaw moja córkę łajdaku! - Zaczęła
wrzeszczeć i okładać Rei'a szmatą po białej czuprynie. Wycofał się
szybko, złapał Flo za rękę i pociągnął za sobą w bliżej nieokreślonym
kierunku.
To jak Flo, dasz porwać się na kawę?
niedziela, 26 lutego 2017
sobota, 25 lutego 2017
Od Thalii (CD Revana) - Lądowa mapa skarbów?
Dziewczyna wykrzywiła usta, nawet nie starając się ukryć tańczącego po
nich grymasu niezadowolenia. Oparła się o drzwi jednego z pustych
boksów, skąd mogła swobodnie przyglądać się krytycznym wzrokiem
wierzchowcowi Szarego, powtarzając w myślach nadane mu imię. Werset,
Werset, Werset… Cóż, nie da się ukryć, że sama nigdy nie nazwałaby tak
swojego rumaka. Trudno powiedzieć, czy to lata spędzone na pokładzie
przeróżnych okrętów, czy też własny, nieco specyficzny gust sprawiły, że
Szkwał stała się zwolenniczką tych bardziej skomplikowanych,
ewentualnie kilkuczłonowych imion… albo takich, które rzucane na lewo i
prawo brzmiały, jak najgorsze obelgi (tak, imię Dexter zdecydowanie
zalicza się do tej ostatniej grupy).
Jednak, kiedy przesunęła spojrzenie z siwego ogiera w stronę wysokiego, płatnego mordercy z bandanką na twarzy, który od tej chwili uchodził za jego właściciela, imię konia przestało wydawać jej się aż takie dziwne. Właściwie, to, że wpadł na nie ktoś pokroju Revana nie stanowiło dla niej zaskoczenia.
- Wyglądasz, jakby ktoś przystawił Ci zdechłą rybę pod nos.- zauważył z rozbawieniem Szary, napotkawszy skrzywioną twarz piratki.- No chyba mi nie powiesz, że jest aż tak złe.
Brunetka jedynie wzruszyła ramionami, uśmiechając się przy tym szeroko. Chociaż cała ta rozmowa dotyczyła jedynie wyboru imienia dla jednej „czworonożnej lądowej szkapy”, jak to w myślach nazywała większość koni, przyjemnie było choć raz móc poczuć się, jak szanowany, nieomylny mentor, prowadzący za rękę swojego zbłąkanego ucznia przez ten tajemniczy świat. Z tą jedną, jedyną różnicą, że ani Thalia nie nadawała się na nauczycielkę (nie wspominając już nawet o nazywaniu jej nieomylną), ani Prześladowca zdecydowanie nie pasował do wizerunku niczego nieświadomego podopiecznego. Już na samą myśl o podobnej sytuacji, piratka parsknęła głośnym śmiechem, teatralnie ocierając wyimaginowaną łzę, „spływającą” po jej lewym policzku. Sytuacja, w której jedna osoba śmieje się, zdaniem tej drugiej, z niczego i zupełnie bez powodu mogłaby wydawać się niezręczna, gdyby Szary nie spędził w towarzystwie czarnowłosej kobiety wystarczająco dużo czasu, aby nauczyć się nie reagować na podobne, niezrozumiałe wybuchy wesołości w inny sposób, niż uniesieniem brwi, czy też pełnym zrezygnowania (tudzież irytacji) westchnięciem.
- Eeeee tam, póki nie jest to Słodzik, albo Cukiereczek, jakoś ujdzie.- brunetka machnęła ręką, w końcu odpowiadając na pytanie towarzysza.- Poza tym…- tutaj jej wzrok spoczął na siwym łbie, który ogier wystawiał ponad drewniane drzwi swojego boksu.- … nie wydaje się być bardziej niezadowolony, niż wtedy, gdy chciałeś zostać przy „paskudzie”, więc chyba nie ma nic przeciwko.
W tym momencie Werset, zupełnie, jakby nie tylko rozumiał, ale także od początku uczestniczył w dyskusji, parsknął głośno, kilka razy kiwając łbem. Thalia posłała płatnemu mordercy spojrzenie, mówiące „Widzisz?”, zaś zmieszany wzrok Revana, przyglądający się mokremu od końskiej śliny rękawowi koszuli piratki odpowiedział „Wydaje mi się, że za Tobą nie przepada”.
- Przebrzydła cholera!- rzuciła dziewczyna, szukając wzrokiem czegoś, o co mogłaby wytrzeć rękaw (zignorujmy na chwilę fakt, że jeszcze kilka godzin temu nie przeszkadzało jej bycie umorusanym we krwi bliżej nieokreślonych chimer, które zaatakowały gości balu, przerywając tym samym Święto Tolerancji w pałacu Ikramu).- Wiesz co? Jednak „paskuda” pasowało Ci znacznie lepiej.- ogier zdawał się zupełnie nie przejmować żadną z rzucanych przez piratkę uwag, czego dostatecznym dowodem było odwrócenie się od dwójki Muszkieterów zadem.
Thalia jedynie westchnęła z irytacją, choć wyglądała na zdecydowanie bardziej rozbawioną całą sytuacją, niż faktycznie wściekłą. Z drugiej strony, to, że zbójecki uśmiech praktycznie nigdy całkowicie nie gasł na jej twarzy mogło być bardzo mylące.
- Właśnie dlatego statki są zdecydowanie lepsze. I pomyśleć, że ja też będę musiała wybrać sobie takie coś na stałe… wyobrażasz to sobie?- rzuciła w stronę Revana.
- Aż trudno sobie wyobrazić, jak szybko się nawzajem pozabijacie.- mężczyzna odparł złośliwie, nie wiedząc nawet, że w tym momencie oboje zaczęli zastanawiać się nad przebiegiem podobnej sytuacji, wyobrażając sobie chyba każdy z możliwych wariantów.
- Proszę Cię, chyba mnie nie doceniasz! Tyle lat użerałam się z tym włochatym pomiotem szatana, a z byle szkapą miałabym sobie nie poradzić?!
- Chcesz mi powiedzieć, że kapucynki są niebezpieczniejsze od koni?- Prześladowca spojrzał na piratkę z wyraźnym powątpiewaniem, jakby mówił „jeszcze nic nie wiesz o życiu…”.
Właśnie w tym momencie Werset, choć dalej odwrócony tyłem do drzwi boksu, parsknął po raz kolejny i tupnął na znak wyraźnego sprzeciwu.
- A Ciebie nikt się o zdanie nie pytał.- dziewczyna rzuciła w stronę najbliższego boksu, z którego jeszcze niedawno wystawał siwy łeb konia, jednak już tym razem, być może to przez urażoną dumę, wierzchowiec nie zaszczycił ich odpowiedzią.
- Czy mi się przesłyszało, czy ty właśnie zwróciłaś się do konia?- zauważył Prześladowca, przy okazji przypominając piratce jej zachowanie podczas wcześniejszej wizyty w stajni.- Ty, która wcześniej krytykowała rozmowy ze zwierzętami?- mężczyzna uniósł brwi, w teatralnym geście udawanego zdziwienia.- Czyżby to była… hipokryzja?
Szkwał zmrużyła oczy i już otworzyła usta, gotowa rzucić jakąś ciętą ripostę, kiedy nagle, jakby rozmyśliła się i zamknęła je z powrotem, ograniczając się jedynie do otaksowania wzrokiem stojącego naprzeciwko niej mężczyzny. Mimo wszystko, było to lepsze, niż otwarte przyznanie się do braku sensownych argumentów, chociaż nie potrzeba mędrca, by dostrzec gołym okiem widoczny, ale jakże nieczęsto spotykany brak pomysłu na kontratak. Bądź co bądź, czy istnieje inny powód dla którego pirat miałby nie kontynuować dyskusji?
Mimo wszystko, cisza trwała tak krótko, że nawet nie sposób było zdążyć się nią nacieszyć.
- No patrzcie państwo!- kobieta teatralnie uniosła ręce do góry.- Ledwo co dołączył do klanu, a już wytyka innym nieprawość…
- Przynajmniej d o ł ą c z y ł e m do klanu.- słusznie zauważył Revan.- W innym przypadku nawet przez myśl by mi nie przeszło, żeby pchać się na przyjęcie pełne arystokracji…
- Z tą maską to pewnie wolisz karnawały, co?- dziewczyna odgryzła się z zadowoleniem, ale Szary najwyraźniej zdążył już w swoim życiu nasłuchać się zbyt wielu podobnych tekstów, dotyczących noszonej przez niego bandanki, by zwracać uwagę i odpowiadać na każdy z nich.
- Zdaje się, że chciałaś wstąpić do Orłów.
- I nadal chcę! Ale, póki co, daj mi się nacieszyć wolnością.- odparła, co zabrzmiało zupełnie tak, jakby to właśnie Poursuivant, a nie straż, czy też wykroczenia, jakich dopuściła się brunetka próbowały odebrać jej jakże cenną dla każdego pirata wartość.
- Poważnie?- Szary przyjrzał się kobiecie z wyraźnym powątpiewaniem.- A od kiedy to ścigany pirat, bez swojego okrętu, czy załogi jest wolnym człowiekiem?
Sargent uśmiechnęła się szeroko, zupełnie, jakby tylko czekała aż padnie zadane przed chwilą pytanie.
- Ja zawsze będę wolna.- odparła pewnie, przysuwając się prowokacyjnie w stronę rozmówcy, zupełnie, jakby nigdy nie słyszała o pojęciu przestrzeni osobistej.- Nie ważne gdzie, nie ważne kiedy, nie ważne kto będzie chciał mnie dopaść. Na morzach, na lądzie, w pałacu, czy rynsztoku, to bez znaczenia. Nawet za więziennymi kratami byłam bardziej wolna, niż pilnujący mnie strażnicy kiedykolwiek będą.- wyszczerzyła się zbójecko.- Jak to jest być związanym przez sznury społeczeństwa?
- Jak to jest być przestępcą bez immunitetu?- Szary najwyraźniej nie dawał za wygraną.
Szkwał odsunęła się gwałtownie.
- A ty dalej swoje… poza tym, dołączenie do Orłów było moim pomysłem, nikt Cię tam nie zapraszał.- dziewczyna mruknęła, niczym niezadowolony siedmiolatek. Biorąc pod uwagę wygląd i reputację piratki, mogło wyglądać to całkiem komicznie.
- Jakoś nie miałyście nic przeciwko, kiedy dołączyłem do wędrówki.
- A może po cichu liczyłyśmy, że dostaniesz się w łapy strażników?- odpowiedziała szybko, nawet bez zastanowienia, po czym zaczęła wymieniać w zamyśleniu kolejne scenariusze.- Albo, że porwą Cię bandyci… równie dobrze mogłyśmy okraść Cię podczas snu, upchnąć komuś na targu niewolników, albo nawet sprzedać tamtej wróżbitce. Hmmm… tak, myślę, że znalazłaby dla Ciebie miejsce w swoim namiocie. Pewnie stałbyś obok kufra z voodoo i słoików z jelitami. A poza tym- piratka klasnęła w dłonie, jakby właśnie przypomniała sobie o czymś niezwykle ważnym… cóż, nie da się ukryć, iż mogło chodzić tylko o sprawę najwyższej wagi, skoro przypomnienie sobie o niej sprawiło, że dziewczyna musiała skończyć swoją, do niczego nieprowadzącą wyliczankę.
Sargent sięgnęła do jednej z kieszeni spodni, wyjmując z niej bliżej nieokreślone zawiniątko. Była to ta sama mapa (nakreślona z wątpliwą precyzją, choć ewidentnie do czegoś prowadziła), którą Dexter ukradł mężczyznom, mijanym wcześniej przez piratkę i kapucynkę w porcie. Przez całe to zamieszanie związane ze Świętem Tolerancji, a później z atakiem bestii, Thalia zupełnie zapomniała o tajemniczej mapie. Ale skoro oto trzymała ją w ręku, może warto byłoby rzucić okiem na nakreśloną drogę? I, oczywiście, dowiedzieć się do czego prowadziła.
- … Chyba mamy zdecydowanie ciekawsze zajęcie!- brunetka machnęła Prześladowcy świstkiem tuż przy twarzy, jakby to, że kilka sekund wcześniej rozłożyła go przed sobą umknęło zamaskowanemu mężczyźnie.
- „My”…?- nawet nie miał zamiaru ukrywać zdziwienia, mieszającego się z błagalnym tonem, jakże typowym dla pytania „dlaczego akurat ja?”.
- Oj nie marudź, będzie fajnie.- Szkwał wyszczerzyła się zbójecko po raz kolejny.
Revan spojrzał na dziewczynę, dając wyraźnie do zrozumienia jak bardzo wątpi w jej słowa, choć wszystko wskazywało na to, że nie miał w tej sprawie nic do gadania.
Revan? Wybacz mi Nyan za okropny stan tego opka, brak jakigokolwiek ładu i składu, ale obecnie po prostu na więcej mnie nie stać
Jednak, kiedy przesunęła spojrzenie z siwego ogiera w stronę wysokiego, płatnego mordercy z bandanką na twarzy, który od tej chwili uchodził za jego właściciela, imię konia przestało wydawać jej się aż takie dziwne. Właściwie, to, że wpadł na nie ktoś pokroju Revana nie stanowiło dla niej zaskoczenia.
- Wyglądasz, jakby ktoś przystawił Ci zdechłą rybę pod nos.- zauważył z rozbawieniem Szary, napotkawszy skrzywioną twarz piratki.- No chyba mi nie powiesz, że jest aż tak złe.
Brunetka jedynie wzruszyła ramionami, uśmiechając się przy tym szeroko. Chociaż cała ta rozmowa dotyczyła jedynie wyboru imienia dla jednej „czworonożnej lądowej szkapy”, jak to w myślach nazywała większość koni, przyjemnie było choć raz móc poczuć się, jak szanowany, nieomylny mentor, prowadzący za rękę swojego zbłąkanego ucznia przez ten tajemniczy świat. Z tą jedną, jedyną różnicą, że ani Thalia nie nadawała się na nauczycielkę (nie wspominając już nawet o nazywaniu jej nieomylną), ani Prześladowca zdecydowanie nie pasował do wizerunku niczego nieświadomego podopiecznego. Już na samą myśl o podobnej sytuacji, piratka parsknęła głośnym śmiechem, teatralnie ocierając wyimaginowaną łzę, „spływającą” po jej lewym policzku. Sytuacja, w której jedna osoba śmieje się, zdaniem tej drugiej, z niczego i zupełnie bez powodu mogłaby wydawać się niezręczna, gdyby Szary nie spędził w towarzystwie czarnowłosej kobiety wystarczająco dużo czasu, aby nauczyć się nie reagować na podobne, niezrozumiałe wybuchy wesołości w inny sposób, niż uniesieniem brwi, czy też pełnym zrezygnowania (tudzież irytacji) westchnięciem.
- Eeeee tam, póki nie jest to Słodzik, albo Cukiereczek, jakoś ujdzie.- brunetka machnęła ręką, w końcu odpowiadając na pytanie towarzysza.- Poza tym…- tutaj jej wzrok spoczął na siwym łbie, który ogier wystawiał ponad drewniane drzwi swojego boksu.- … nie wydaje się być bardziej niezadowolony, niż wtedy, gdy chciałeś zostać przy „paskudzie”, więc chyba nie ma nic przeciwko.
W tym momencie Werset, zupełnie, jakby nie tylko rozumiał, ale także od początku uczestniczył w dyskusji, parsknął głośno, kilka razy kiwając łbem. Thalia posłała płatnemu mordercy spojrzenie, mówiące „Widzisz?”, zaś zmieszany wzrok Revana, przyglądający się mokremu od końskiej śliny rękawowi koszuli piratki odpowiedział „Wydaje mi się, że za Tobą nie przepada”.
- Przebrzydła cholera!- rzuciła dziewczyna, szukając wzrokiem czegoś, o co mogłaby wytrzeć rękaw (zignorujmy na chwilę fakt, że jeszcze kilka godzin temu nie przeszkadzało jej bycie umorusanym we krwi bliżej nieokreślonych chimer, które zaatakowały gości balu, przerywając tym samym Święto Tolerancji w pałacu Ikramu).- Wiesz co? Jednak „paskuda” pasowało Ci znacznie lepiej.- ogier zdawał się zupełnie nie przejmować żadną z rzucanych przez piratkę uwag, czego dostatecznym dowodem było odwrócenie się od dwójki Muszkieterów zadem.
Thalia jedynie westchnęła z irytacją, choć wyglądała na zdecydowanie bardziej rozbawioną całą sytuacją, niż faktycznie wściekłą. Z drugiej strony, to, że zbójecki uśmiech praktycznie nigdy całkowicie nie gasł na jej twarzy mogło być bardzo mylące.
- Właśnie dlatego statki są zdecydowanie lepsze. I pomyśleć, że ja też będę musiała wybrać sobie takie coś na stałe… wyobrażasz to sobie?- rzuciła w stronę Revana.
- Aż trudno sobie wyobrazić, jak szybko się nawzajem pozabijacie.- mężczyzna odparł złośliwie, nie wiedząc nawet, że w tym momencie oboje zaczęli zastanawiać się nad przebiegiem podobnej sytuacji, wyobrażając sobie chyba każdy z możliwych wariantów.
- Proszę Cię, chyba mnie nie doceniasz! Tyle lat użerałam się z tym włochatym pomiotem szatana, a z byle szkapą miałabym sobie nie poradzić?!
- Chcesz mi powiedzieć, że kapucynki są niebezpieczniejsze od koni?- Prześladowca spojrzał na piratkę z wyraźnym powątpiewaniem, jakby mówił „jeszcze nic nie wiesz o życiu…”.
Właśnie w tym momencie Werset, choć dalej odwrócony tyłem do drzwi boksu, parsknął po raz kolejny i tupnął na znak wyraźnego sprzeciwu.
- A Ciebie nikt się o zdanie nie pytał.- dziewczyna rzuciła w stronę najbliższego boksu, z którego jeszcze niedawno wystawał siwy łeb konia, jednak już tym razem, być może to przez urażoną dumę, wierzchowiec nie zaszczycił ich odpowiedzią.
- Czy mi się przesłyszało, czy ty właśnie zwróciłaś się do konia?- zauważył Prześladowca, przy okazji przypominając piratce jej zachowanie podczas wcześniejszej wizyty w stajni.- Ty, która wcześniej krytykowała rozmowy ze zwierzętami?- mężczyzna uniósł brwi, w teatralnym geście udawanego zdziwienia.- Czyżby to była… hipokryzja?
Szkwał zmrużyła oczy i już otworzyła usta, gotowa rzucić jakąś ciętą ripostę, kiedy nagle, jakby rozmyśliła się i zamknęła je z powrotem, ograniczając się jedynie do otaksowania wzrokiem stojącego naprzeciwko niej mężczyzny. Mimo wszystko, było to lepsze, niż otwarte przyznanie się do braku sensownych argumentów, chociaż nie potrzeba mędrca, by dostrzec gołym okiem widoczny, ale jakże nieczęsto spotykany brak pomysłu na kontratak. Bądź co bądź, czy istnieje inny powód dla którego pirat miałby nie kontynuować dyskusji?
Mimo wszystko, cisza trwała tak krótko, że nawet nie sposób było zdążyć się nią nacieszyć.
- No patrzcie państwo!- kobieta teatralnie uniosła ręce do góry.- Ledwo co dołączył do klanu, a już wytyka innym nieprawość…
- Przynajmniej d o ł ą c z y ł e m do klanu.- słusznie zauważył Revan.- W innym przypadku nawet przez myśl by mi nie przeszło, żeby pchać się na przyjęcie pełne arystokracji…
- Z tą maską to pewnie wolisz karnawały, co?- dziewczyna odgryzła się z zadowoleniem, ale Szary najwyraźniej zdążył już w swoim życiu nasłuchać się zbyt wielu podobnych tekstów, dotyczących noszonej przez niego bandanki, by zwracać uwagę i odpowiadać na każdy z nich.
- Zdaje się, że chciałaś wstąpić do Orłów.
- I nadal chcę! Ale, póki co, daj mi się nacieszyć wolnością.- odparła, co zabrzmiało zupełnie tak, jakby to właśnie Poursuivant, a nie straż, czy też wykroczenia, jakich dopuściła się brunetka próbowały odebrać jej jakże cenną dla każdego pirata wartość.
- Poważnie?- Szary przyjrzał się kobiecie z wyraźnym powątpiewaniem.- A od kiedy to ścigany pirat, bez swojego okrętu, czy załogi jest wolnym człowiekiem?
Sargent uśmiechnęła się szeroko, zupełnie, jakby tylko czekała aż padnie zadane przed chwilą pytanie.
- Ja zawsze będę wolna.- odparła pewnie, przysuwając się prowokacyjnie w stronę rozmówcy, zupełnie, jakby nigdy nie słyszała o pojęciu przestrzeni osobistej.- Nie ważne gdzie, nie ważne kiedy, nie ważne kto będzie chciał mnie dopaść. Na morzach, na lądzie, w pałacu, czy rynsztoku, to bez znaczenia. Nawet za więziennymi kratami byłam bardziej wolna, niż pilnujący mnie strażnicy kiedykolwiek będą.- wyszczerzyła się zbójecko.- Jak to jest być związanym przez sznury społeczeństwa?
- Jak to jest być przestępcą bez immunitetu?- Szary najwyraźniej nie dawał za wygraną.
Szkwał odsunęła się gwałtownie.
- A ty dalej swoje… poza tym, dołączenie do Orłów było moim pomysłem, nikt Cię tam nie zapraszał.- dziewczyna mruknęła, niczym niezadowolony siedmiolatek. Biorąc pod uwagę wygląd i reputację piratki, mogło wyglądać to całkiem komicznie.
- Jakoś nie miałyście nic przeciwko, kiedy dołączyłem do wędrówki.
- A może po cichu liczyłyśmy, że dostaniesz się w łapy strażników?- odpowiedziała szybko, nawet bez zastanowienia, po czym zaczęła wymieniać w zamyśleniu kolejne scenariusze.- Albo, że porwą Cię bandyci… równie dobrze mogłyśmy okraść Cię podczas snu, upchnąć komuś na targu niewolników, albo nawet sprzedać tamtej wróżbitce. Hmmm… tak, myślę, że znalazłaby dla Ciebie miejsce w swoim namiocie. Pewnie stałbyś obok kufra z voodoo i słoików z jelitami. A poza tym- piratka klasnęła w dłonie, jakby właśnie przypomniała sobie o czymś niezwykle ważnym… cóż, nie da się ukryć, iż mogło chodzić tylko o sprawę najwyższej wagi, skoro przypomnienie sobie o niej sprawiło, że dziewczyna musiała skończyć swoją, do niczego nieprowadzącą wyliczankę.
Sargent sięgnęła do jednej z kieszeni spodni, wyjmując z niej bliżej nieokreślone zawiniątko. Była to ta sama mapa (nakreślona z wątpliwą precyzją, choć ewidentnie do czegoś prowadziła), którą Dexter ukradł mężczyznom, mijanym wcześniej przez piratkę i kapucynkę w porcie. Przez całe to zamieszanie związane ze Świętem Tolerancji, a później z atakiem bestii, Thalia zupełnie zapomniała o tajemniczej mapie. Ale skoro oto trzymała ją w ręku, może warto byłoby rzucić okiem na nakreśloną drogę? I, oczywiście, dowiedzieć się do czego prowadziła.
- … Chyba mamy zdecydowanie ciekawsze zajęcie!- brunetka machnęła Prześladowcy świstkiem tuż przy twarzy, jakby to, że kilka sekund wcześniej rozłożyła go przed sobą umknęło zamaskowanemu mężczyźnie.
- „My”…?- nawet nie miał zamiaru ukrywać zdziwienia, mieszającego się z błagalnym tonem, jakże typowym dla pytania „dlaczego akurat ja?”.
- Oj nie marudź, będzie fajnie.- Szkwał wyszczerzyła się zbójecko po raz kolejny.
Revan spojrzał na dziewczynę, dając wyraźnie do zrozumienia jak bardzo wątpi w jej słowa, choć wszystko wskazywało na to, że nie miał w tej sprawie nic do gadania.
Revan? Wybacz mi Nyan za okropny stan tego opka, brak jakigokolwiek ładu i składu, ale obecnie po prostu na więcej mnie nie stać
piątek, 24 lutego 2017
Od Beatrice (CD Margaret)
- Znam jakże cudowną i przyzwoitą tawernę, która będzie wręcz idealna do
kontynuowania naszej świetnej zabawy! - Beatrice oczywiście miała na
myśli, tawernę z której wywalono ją na zbity pysk, jednak ominięcie tego
wydawało się jak najbardziej na miejscu. Miała już śmiało i pewnie
postawić stopę na stopniu, gdy tak samo ''pewnie'' runęła by w dół po
schodach. Przed tym zacnym upadkiem uratowała ją drobna i niziutka
osóbka, która po chwili jednak okazała się dorosłą kobietą. Najpewniej
gdyby nie kobiece atrybuty, uznała by ''to'' za dziecko. Jednakże
etykieta wypada by podziękować za uratowanie dupy.
- Dziękuje...? - Zaczęła, sama dziś nie wiedziała jakim cudem, udaje jej się zaczynać tak łatwo rozmowy. Kto by pomyślał, że alkohol potrafi działać takie cuda. Osoba zmierzyła ją nienaturalnie ciemnymi oczami.
- Vanessa... Liderka Słowików z Knowhere, nie ma za co - odpowiedziała po chwili, jakby wahała się przed ujawnieniem swojej tożsamości. Ocalona uśmiechnęła się do nowo poznanej kobietki, choć gdyby tak uważniej się jej przyjrzeć, śmiało można powiedzieć, że Vanessa ją trochę przerażała.
- Beatrice... Beatrice Martoi, pff Algat - parsknęła śmiechem na co czarnowłosa zareagowała wzruszeniem ramionami i po prostu odeszła zostawiając Mag i Beatrice same. Nie za bardzo się tym przejęła, szczerze nie zwróciła na to nawet uwagi. Pociągnęła Margaret za sobą, która wydawała się zapuszczać korzenie.
W sumie okazało się, że z Mag całkiem sympatycznie się rozmawiało - była w szoku, że tak łatwo przychodziła jej wymiana myśli z nowo poznaną dziewczyną. Beatrice nie wiedziała tylko, czy był to efekt wypitego wina na pseudo balu, czy po prostu nowo poznana dziewczyna tak na nią działała. Na początku ich znajomości, dała by sobie prawą rękę odciąć (święta ręka, w której zawsze trzyma kufel piwa), że nie będzie z tego, żadnej głębszej znajomości. A tu okazuje się, że idą razem dalej się bawić i rozerwać. Jednak Margaret nie wydawała się pewna, czy robi dobrze. Wyglądała na lekko zagubioną i dość zdezorientowana otwartością Beatrice. Ale jak zawsze Tris, totalnie tego nie zauważyła i nie zwracając uwagi na słowa Mag, wepchnęła ją siłą do tej samej tawerny, z której ją wylano. Wciągnęła do nosa znajomy zapach piwa i dymu, który unosił się w pomieszczeniu. Gdy rozejrzała się nie dostrzegła tych mężczyzn, z którymi wszczęła bójkę. Po raz kolejny tego wieczoru, pociągnęła Margaret za sobą. Usadowiły się wygodnie przy jednym z pustych stolików, prosząc gospodarza o dwa kufle zimnego piwa.
- Poznaje cię ty dupny, śmierdzący gałganie! - Wrzasnęła nagle na całą tawernę, wstając z miejsca chamsko pokazując palcem na grubego mężczyznę. Wokoło rozległa się głucha cisza a w tle, brakowało tylko świerszcza
Mężczyzna potrzebował dłuższej chwili by poznać jakże wychowaną kobietę, która na niego wskazywała. Margaret nie mogąc się powstrzymać parsknęła śmiechem, co było wręcz przekomiczne.
- TY! Ty jesteś tą przebrzydłą francą!!! - wrzask mężczyzny idealnie komponował się ze śmiechem Mag. Beatrice uśmiechnęła się zawadiacko, rozrzucając dłonią swoje brązowe włosy.
- We własnej osobie! - krzyknęła, na co Mag podniosła kufel piwa niczym do toastu, co wyraźnie Tris się spodobało.
Zabsorbowana śmiechem z towarzyszką nie zauważyła, że mężczyzna potoczył się w ich stronę niczym wielka mięsna kula w rezultacie lądując na stole. Beatrice miała już sięgać po miecze (którymi i tak wiele by nie zdziała), gdy zauważyła, że podłoga pokryła się cienką warstwą lodu, przez co mężczyzna z impetem runął na stół łamiąc go na pół. Margaret, najwyraźniej przestraszona, tak właśnie zareagowała. Najbardziej komiczną częścią tej sytuacji było to, że trunek w kuflach także zamarzł. Niektórzy mieli je przymarznięte przy ustach, przez co szaleńczo rzucali się po tawernie, próbując się oswobodzić. Kiedy Beatrice zorientowała się, że wypadało by złapać Mag i ulatniać się z gospody mężczyzna był przy na wpół przytomnej Mag. Tris bez zastanowienia chwyciła gliniany kufel piwa i z całych sił przywaliła nim o głowę narwańca. Nie wzięła pod uwagę tego, że zawartość była zamarznięta. Po raz kolejny mężczyzna padł jak długa na ziemię a Beatrice korzystając z okazji, wzięła pod rękę pijaną Mag i wyszły z lokalu.
W sumie wszystko szczęśliwie by się skończyło, gdyby nie to, że jakiś przechodzień lekko szturchnął niechcący Tris. Nie zwracając uwagi na ''pół martwą'' towarzyszkę, rzuciła się w wir potyczki słownej z której wyszła oczywiście zwycięsko. Poszła dumnie dalej, orientując się dopiero po chwili, że chyba czegoś jej brakuje. Spanikowana odwróciła się do tyłu, gdzie na środku ulicy leżały ''prawie zwłoki'' Mag. Szczęśliwy los chciał tak, że właśnie nadjeżdżał powóz a woźnica w sumie miał gdzieś, że na ulicy leży jakieś sponiewierane ciało. Beatrice rzuciła się na Margaret, ratując ją i siebie przed zmiażdżeniem przez kopyta konia i koła. Kolejnym szczęśliwym trafem okazało się, że obie wylądowały w rynsztoku. Kobieta głośno zaklęła, próbując się wydostać z wody pomieszanej ze ściekami. Sama wyszła z kanału, wyciągając, nadal bezwładne, ciało Margaret. Cała brudna i śmierdząca, przerzuciła dziewczynę przez ramię i ruszyła w stronę domu Dante.
- Eee, witajcie, co robicie? - zapytała jąkając się.
- Gramy w Czarnego Piotrusia - odpowiedziała Dante, jednocześnie zrzucając ze stołu złote monety. Tris uznała, że tego nie widziała. Czy w ''Czarnego Piotrusia'' nie gra się przypadkiem w co najmniej trzy osoby? Ale nie zapytała się o to, bo Dante jeszcze kontynuowała - Co to był za hałas na schodach?
Nastąpiła chwila milczenia, a Beatrice podrapała się w tył głowy.
- To...? Em, to na pewno nie było bezwładne ciało Margaret! Skąd... to nic wielkiego - odpowiedziała, co Dante skomentowała tylko zmieszanym wyrazem oczu i w sumie nie dała po sobie poznać, że się tym jakkolwiek przejęła. Bea, już miała zamykać drzwi, gdy Dante znowu ją zatrzymała.
- Beatrice! Nie wiedziałam, że umiesz grać na dudach - pochwaliła Tris stara przyjaciółka. Cisza znowu trochę potrwała nim odpowiedziała.
- Bo nie umiem - odpowiedziała, a Dante zrobiła zdziwioną minę, więc pośpieszyła z wyjaśnieniem - Pod wpływem alkoholu, potrafisz wszystko - Skończyła i powoli, wręcz dramatycznie wolno zamknęła za sobą drzwi.
Poszła na dół po, nadal nie przytomną, Margaret. Tym razem bez większych problemów trafiły do małej, skromnie urządzonej łaźni. Na jej środku stała duża drewniana wanna, wypełniona ciepłą, parującą wodą. Wrzuciła do niej kostkę mydła. Rozebrała Margaret wkładając ją do wanny.
- Tylko się nie top - rzuciła przez ramię i sama wolno zaczynała szykować się do kąpieli. Gdy została na niej tylko sama halka spojrzała w stronę wanny. Niestety głowy Margaret - brak.
Rzuciła się w jej stronę i spanikowana wyciągnęła głowę dziewczyny z podwody.
- Mówiłam, że masz się nie topić! - krzyknęła zrozpaczona, a złośliwość rzeczy martwych sprawiła, że stanęła na jednym z mydeł które były przy wannie. Wpadła do wody i im bardziej chciała się wydostać, tym bardziej opornie jej to szło. Usłyszała skrzypienie drzwi i odruchowo skierowała tam swój wzrok.
- Beatrice.. słyszałam hałas i... - na tym Dante skończyła, gdy zobaczyła Margaret i w połowie zanurzoną w wannie Tris. Bez słowa z bezcennym wyrazem twarzy wyszła z łaźni. Bea zrobiła się czerwona jak pomidor i swoją złość chciała wyładować uderzając pięścią w wodę - dobrze wiemy jak to się skończyło, ostatecznie wpadła do wody cała i jak poparzona z niej wyskoczyła.
- Proszę... powiedź, że tu do niczego nie doszło - powiedziała, z załzawionymi ze złości i przerażenia oczami. Bea słysząc jej przykry ton głosu postanowiła to wykorzystać i trochę pożartować - tryb zgrywus włączony. Coraz trudniej było jej zachować powagę i lada chwila zacznie się śmiać niczym obłąkana.
- No cześć, kochanie - powiedziała, opierając się na łokciu puszczając do dziewczyny oczko.
Margaret? Czemu ja się na to godziłam :')
#NOHOMO ;P
- Dziękuje...? - Zaczęła, sama dziś nie wiedziała jakim cudem, udaje jej się zaczynać tak łatwo rozmowy. Kto by pomyślał, że alkohol potrafi działać takie cuda. Osoba zmierzyła ją nienaturalnie ciemnymi oczami.
- Vanessa... Liderka Słowików z Knowhere, nie ma za co - odpowiedziała po chwili, jakby wahała się przed ujawnieniem swojej tożsamości. Ocalona uśmiechnęła się do nowo poznanej kobietki, choć gdyby tak uważniej się jej przyjrzeć, śmiało można powiedzieć, że Vanessa ją trochę przerażała.
- Beatrice... Beatrice Martoi, pff Algat - parsknęła śmiechem na co czarnowłosa zareagowała wzruszeniem ramionami i po prostu odeszła zostawiając Mag i Beatrice same. Nie za bardzo się tym przejęła, szczerze nie zwróciła na to nawet uwagi. Pociągnęła Margaret za sobą, która wydawała się zapuszczać korzenie.
W sumie okazało się, że z Mag całkiem sympatycznie się rozmawiało - była w szoku, że tak łatwo przychodziła jej wymiana myśli z nowo poznaną dziewczyną. Beatrice nie wiedziała tylko, czy był to efekt wypitego wina na pseudo balu, czy po prostu nowo poznana dziewczyna tak na nią działała. Na początku ich znajomości, dała by sobie prawą rękę odciąć (święta ręka, w której zawsze trzyma kufel piwa), że nie będzie z tego, żadnej głębszej znajomości. A tu okazuje się, że idą razem dalej się bawić i rozerwać. Jednak Margaret nie wydawała się pewna, czy robi dobrze. Wyglądała na lekko zagubioną i dość zdezorientowana otwartością Beatrice. Ale jak zawsze Tris, totalnie tego nie zauważyła i nie zwracając uwagi na słowa Mag, wepchnęła ją siłą do tej samej tawerny, z której ją wylano. Wciągnęła do nosa znajomy zapach piwa i dymu, który unosił się w pomieszczeniu. Gdy rozejrzała się nie dostrzegła tych mężczyzn, z którymi wszczęła bójkę. Po raz kolejny tego wieczoru, pociągnęła Margaret za sobą. Usadowiły się wygodnie przy jednym z pustych stolików, prosząc gospodarza o dwa kufle zimnego piwa.
***
W całej gospodzie, rozległ się perlisty śmiech Beatrice i Margaret,
która wyraźnie była już pijana i nie bardzo wiedziała, co się dookoła
dzieje. Praktycznie wszystko ją śmieszyło a coraz słabsze żarty Tris,
wzbudzały w Mag głośniejsze fale chichotu. Zmora w sumie śmiała się albo
z swojej towarzyszki lub z samej siebie. Ewentualnie z wielkiego
czerwonego nosa, typowego pijaka...- Poznaje cię ty dupny, śmierdzący gałganie! - Wrzasnęła nagle na całą tawernę, wstając z miejsca chamsko pokazując palcem na grubego mężczyznę. Wokoło rozległa się głucha cisza a w tle, brakowało tylko świerszcza
Mężczyzna potrzebował dłuższej chwili by poznać jakże wychowaną kobietę, która na niego wskazywała. Margaret nie mogąc się powstrzymać parsknęła śmiechem, co było wręcz przekomiczne.
- TY! Ty jesteś tą przebrzydłą francą!!! - wrzask mężczyzny idealnie komponował się ze śmiechem Mag. Beatrice uśmiechnęła się zawadiacko, rozrzucając dłonią swoje brązowe włosy.
- We własnej osobie! - krzyknęła, na co Mag podniosła kufel piwa niczym do toastu, co wyraźnie Tris się spodobało.
Zabsorbowana śmiechem z towarzyszką nie zauważyła, że mężczyzna potoczył się w ich stronę niczym wielka mięsna kula w rezultacie lądując na stole. Beatrice miała już sięgać po miecze (którymi i tak wiele by nie zdziała), gdy zauważyła, że podłoga pokryła się cienką warstwą lodu, przez co mężczyzna z impetem runął na stół łamiąc go na pół. Margaret, najwyraźniej przestraszona, tak właśnie zareagowała. Najbardziej komiczną częścią tej sytuacji było to, że trunek w kuflach także zamarzł. Niektórzy mieli je przymarznięte przy ustach, przez co szaleńczo rzucali się po tawernie, próbując się oswobodzić. Kiedy Beatrice zorientowała się, że wypadało by złapać Mag i ulatniać się z gospody mężczyzna był przy na wpół przytomnej Mag. Tris bez zastanowienia chwyciła gliniany kufel piwa i z całych sił przywaliła nim o głowę narwańca. Nie wzięła pod uwagę tego, że zawartość była zamarznięta. Po raz kolejny mężczyzna padł jak długa na ziemię a Beatrice korzystając z okazji, wzięła pod rękę pijaną Mag i wyszły z lokalu.
W sumie wszystko szczęśliwie by się skończyło, gdyby nie to, że jakiś przechodzień lekko szturchnął niechcący Tris. Nie zwracając uwagi na ''pół martwą'' towarzyszkę, rzuciła się w wir potyczki słownej z której wyszła oczywiście zwycięsko. Poszła dumnie dalej, orientując się dopiero po chwili, że chyba czegoś jej brakuje. Spanikowana odwróciła się do tyłu, gdzie na środku ulicy leżały ''prawie zwłoki'' Mag. Szczęśliwy los chciał tak, że właśnie nadjeżdżał powóz a woźnica w sumie miał gdzieś, że na ulicy leży jakieś sponiewierane ciało. Beatrice rzuciła się na Margaret, ratując ją i siebie przed zmiażdżeniem przez kopyta konia i koła. Kolejnym szczęśliwym trafem okazało się, że obie wylądowały w rynsztoku. Kobieta głośno zaklęła, próbując się wydostać z wody pomieszanej ze ściekami. Sama wyszła z kanału, wyciągając, nadal bezwładne, ciało Margaret. Cała brudna i śmierdząca, przerzuciła dziewczynę przez ramię i ruszyła w stronę domu Dante.
***
Wyraźnie czując już ciężar Margaret, kiedy dostrzegła drzwi do domu
Rubkat, westchnęła z ulgą. Weszła do dużego holu, kładąc (żeby nie
powiedzieć ''rzuciła'') Margaret na podłodze, która zachichotała cicho,
ale nadal sprawiała wrażenie zwłok. Beatrice porozciągała się trochę i
znowu zarzuciła sobie Mag przez ramię, kierując się w stronę schodów,
gdzie znajdowała się mała łaźnia. Ciekawa była ile pieniędzy wybuliła na
ten dom Dante, ale ta myśl uciekła tak szybko jak i się pojawiła. Była
już praktycznie na górze, gdy Margaret ześlizgnęła się jej i bezwładnie
niczym worek kartofli runęła w dół. Dziewczyna zakryła usta dłonią, bo
nie wiedziała czy zacznie krzyczeć czy też parsknie śmiechem. Podeszła
do najbliższych drzwi, mając nadzieję, że nikogo tam nie będzie - tak
bardzo się przeliczyła. W pokoju, który był gabinetem Dante - siedziała
właścicielka domu i ten sam mężczyzna z którym tańczyła na pseudo balu.
Grali w karty, ale przerwali grę gdy ujrzeli Beatrice.- Eee, witajcie, co robicie? - zapytała jąkając się.
- Gramy w Czarnego Piotrusia - odpowiedziała Dante, jednocześnie zrzucając ze stołu złote monety. Tris uznała, że tego nie widziała. Czy w ''Czarnego Piotrusia'' nie gra się przypadkiem w co najmniej trzy osoby? Ale nie zapytała się o to, bo Dante jeszcze kontynuowała - Co to był za hałas na schodach?
Nastąpiła chwila milczenia, a Beatrice podrapała się w tył głowy.
- To...? Em, to na pewno nie było bezwładne ciało Margaret! Skąd... to nic wielkiego - odpowiedziała, co Dante skomentowała tylko zmieszanym wyrazem oczu i w sumie nie dała po sobie poznać, że się tym jakkolwiek przejęła. Bea, już miała zamykać drzwi, gdy Dante znowu ją zatrzymała.
- Beatrice! Nie wiedziałam, że umiesz grać na dudach - pochwaliła Tris stara przyjaciółka. Cisza znowu trochę potrwała nim odpowiedziała.
- Bo nie umiem - odpowiedziała, a Dante zrobiła zdziwioną minę, więc pośpieszyła z wyjaśnieniem - Pod wpływem alkoholu, potrafisz wszystko - Skończyła i powoli, wręcz dramatycznie wolno zamknęła za sobą drzwi.
Poszła na dół po, nadal nie przytomną, Margaret. Tym razem bez większych problemów trafiły do małej, skromnie urządzonej łaźni. Na jej środku stała duża drewniana wanna, wypełniona ciepłą, parującą wodą. Wrzuciła do niej kostkę mydła. Rozebrała Margaret wkładając ją do wanny.
- Tylko się nie top - rzuciła przez ramię i sama wolno zaczynała szykować się do kąpieli. Gdy została na niej tylko sama halka spojrzała w stronę wanny. Niestety głowy Margaret - brak.
Rzuciła się w jej stronę i spanikowana wyciągnęła głowę dziewczyny z podwody.
- Mówiłam, że masz się nie topić! - krzyknęła zrozpaczona, a złośliwość rzeczy martwych sprawiła, że stanęła na jednym z mydeł które były przy wannie. Wpadła do wody i im bardziej chciała się wydostać, tym bardziej opornie jej to szło. Usłyszała skrzypienie drzwi i odruchowo skierowała tam swój wzrok.
- Beatrice.. słyszałam hałas i... - na tym Dante skończyła, gdy zobaczyła Margaret i w połowie zanurzoną w wannie Tris. Bez słowa z bezcennym wyrazem twarzy wyszła z łaźni. Bea zrobiła się czerwona jak pomidor i swoją złość chciała wyładować uderzając pięścią w wodę - dobrze wiemy jak to się skończyło, ostatecznie wpadła do wody cała i jak poparzona z niej wyskoczyła.
***
Wykończona, robiąc za cień samej siebie ubrała w piżamę Margaret i
siebie. Zaniosła ją ledwo do sypialni gościnnej, która była sypialnią
Mag. Rzuciła ją byle jak na łóżko a sama bez zastanowienia runęła na
łoże, nie zwracając uwagi, że to nie jej komnata. Zasnęła wyjątkowo
szybko i spała twardo niczym głaz.
***
Otworzyła wolno oczy, ziewając szeroko. Przeciągła się leniwie i dopiero
po dłuższej chwili spojrzała na wybudzającą się Margaret. Ta tylko
kiedy dostrzegła Zmorę szybko przykryła się kołdrą czerwona jak burak.
Beatrice przewróciła tylko oczami, nie zwracając na nią uwagi.- Proszę... powiedź, że tu do niczego nie doszło - powiedziała, z załzawionymi ze złości i przerażenia oczami. Bea słysząc jej przykry ton głosu postanowiła to wykorzystać i trochę pożartować - tryb zgrywus włączony. Coraz trudniej było jej zachować powagę i lada chwila zacznie się śmiać niczym obłąkana.
- No cześć, kochanie - powiedziała, opierając się na łokciu puszczając do dziewczyny oczko.
Margaret? Czemu ja się na to godziłam :')
#NOHOMO ;P
Od Flo (CD Reimenth'a) - Za dużo podziękowań
Kobieta nie spodziewała się niczego, co wydarzyło się tego wieczoru. Potworów, występu muzycznego, zaproszenia do tańca, a już na pewno nie spodziewała się w żadnym stopniu, że Rei pomoże jej bez żadnej prośby. Wszystko (no może poza pierwszym) było dla niej naprawdę miłym zaskoczeniem.
Ale na podziękowania czas przyjdzie później. Na razie słyszała za sobą wcale nie nieznajomy głos kapitana ikramskiej straży, który najwyraźniej rozmyślił się co do puszczenia jej kradzieży obrazu płazem.
Ikramu najwyraźniej żadne z nich dobrze nie znało. Ani Rei, ani Flo nie zatrzymywali się ani na chwilę, by przemyśleć kolejny ruch, czy też pociągnąć towarzysza za rękaw, bo biegnie w złą stronę. Dla kogoś nie znającego żadnej drogi, każdy kierunek wydawał się tym dobrym. I to może właśnie przez tę chaotyczność i brak przemyślenia udało im się w którymś momencie zgubić pościg. W jednej chwili Wiedźma po prostu chwyciła Reimenth'a za ramię i ściągnęła do zacienionej bocznej uliczki, akurat gdy strażnicy wybiegli zza rogu. Uciekinierzy przycisnęli się do ściany, bojąc choćby głośniej odetchnąć. Żołdacy rozejrzeli się skonfundowani, aż w końcu kapitan ostatecznie odpuścił i ruszyli z powrotem w stronę sali balowej. Oszustka ostrożnie wyjrzała zza węgła. Gdy tylko niebezpieczeństwo minęło całkowicie, oparła się z westchnieniem ulgi o ścianę, a z jej ust wyrwał się niekontrolowany chichot. Rei po chwili do niej dołączył.
- Blisko było - rzucił. - Chyba mi na kilka minut serce stanęło.
- Jakby mało nam było wrażeń na jeden wieczór - uśmiechnęła się zdyszana Flo. Bieg wyczerpał ją zdecydowanie szybciej niżby mógł pod działaniem pieczęci. - Który już raz ci będę dzisiaj dziękować?
- Bez znaczenia - chłopak machnął ręką.
- Poważnie pytam - uparła się Floriana. - Trzeci?
- Raczej drugi - poprawił ją Rei. - Pierwszy raz za tą paskudę, a drugi teraz.
- A taniec?
- Taniec?
- Tak, taniec - płomiennooka uśmiechnęła się lekko. - Wierz mi lub nie, ale ostatni raz tańczyłam kilka lat temu i to niekonieczne wedle własnej woli. Także i za to muszę ci podziękować.
- Dobra, może lepiej stąd chodźmy - zaproponował białowłosy, również uśmiechając się delikatnie.
Kobieta kiwnęła głową i ruszyli w dół ulicy, bez jakiegoś konkretnego celu. Ominęli jedynie główną ulicę, by przypadkiem głupio nie wpaść prosto na wracających w stronę sali balowej strażników. W którymś momencie Wiedźma zdała sobie sprawę, że Reimenth chyba jednak wie gdzie idzie.
- Prowadzisz mnie gdzieś? - zapytała w końcu.
Białowłosy jakby otrząsnął się z zamyślenia. Zaśmiał się nerwowo, na co dziewczyna uniosła jedną brew. Zachowywał się tak odkąd padł ostatni potwór. Co go tak onieśmielało?
- Wybacz, zamyśliłem się - wyjaśnił. - Nieumyślnie kierowałem się do domu Dante...przyjaciółki - dodał widząc, że Flo imię niewiele mówiło.
- Nic się nie stało - odpowiedziała. Nagle przypomniała sobie, że dalej ma na ramionach płaszcz Rei'a. Oddała mu go szybko. - Chyba powinnam już iść...
- Czekaj, masz gdzie nocować? - przerwał jej chłopak. Brzmiał jakby faktycznie się zmartwił.
- Tak, mam wynajęty pokój w mieście - odpowiedziała szybko Oszustka. - I tak już za dużo razy mi pomogłeś.
- A co mogłem zrobić? - uśmiechnął się. - To...do jutra?
- Do jutra. Mam nadzieję - odpowiedziała pogodnie Floriana, ruszając w przeciwną stronę.
Nie wiedziała co o tym wszystkim myśleć. Było jej...głupio. Dziwnie to brzmi w przypadku zawodowego kłamcy, ale rogata czuła się jakby podle wykorzystała Reimenth'a. Najpierw uratował ją przed tamtym potworem. Potem z niczego zaprosił ją do tańca. Już sama prośba była niezwykle uprzejma z jego strony, nie mówiąc już o tym, że naprawdę dobrze tańczył. Czuła się przy białowłosym szermierzu jak kulawa, chociaż raczej nie przyznałaby się do tego na głos. A co ona zrobiła? Skłamała, że należy do Lwów. Po co?! Aż tak się przyzwyczaiła do fałszu? Potem pomógł jej uciec przed strażnikami, teraz jeszcze oferował nocleg. Tylko za co? Przecież nawet jej nie znał. Jak miałaby się mu za to wszystko odwdzięczyć?
Stary wałach nie wyglądał jakby chciał bawić się w królika doświadczalnego. Sapnął nieufnie widząc zatrzymującą się przed boksem rogatą elfkę, jakby przewidział, że w torbie miała dla niego przygotowaną pieczęć. Rozejrzała się, czy nikt nie patrzy - jakby nie było, próbowała zakazanej magicznej sztuki na koniu ze stajni Orłów - i wślizgnęła się do środka. Pogładziła zwierzaka po gniadym boku. Wałach uspokoił się, ale gdy kucnęła przy jego tylnej nodze zatupał nerwowo.
- Ćśś, spokojnie - powiedziała kobieta, szperając w torbie. - To naprawdę nie boli. Tylko ci się może w głowie zakręcić.
W sumie informowanie o tym konia chyba mijało się z sensem. Chrzanić to.
W końcu znalazła odpowiednią pieczęć. Wyjęła ją i przyjrzała się uważnie wzorom. Nie chciała przypadkiem wypróbować na zwierzęciu ludzkiej pieczęci. W sumie to nawet nie miała pojęcia co mogłoby się wtedy stać, ale nigdy nie miała czasu na takie testy. No i męczenie zwierząt raczej nie leżało w jej ulubionych zajęciach, nawet jeśli jej sztuce magicznej przypisywano to aż nader często. Okrągła pieczęć w ręce Flo miała rozmiar wnętrza dłoni. Tak jak każda, pośrodku miała wybrzuszenie w kształcie koła, otoczone przez drobne, misterne runiczne ryty. Przygotowanie jej zajęło dziewczynie ostatnie trzy dni i liczyła na rychły sukces swojej pracy.
- Co to?
Oszustka niemal przewróciła się na kolana, z niczego słysząc za sobą wesoły ton głos. Spojrzała w górę i westchnęła z ulgą. O drzwi do boksu opierał się Rei. Najwyraźniej miał coś do załatwienia w okolicy.
- Nie strasz mnie tak - mruknęła Flo, ale w jej głosie nie było słychać jakiejś przesadnej wrogości. Właściwie to polubiła białowłosego.
- To chyba nie jakaś wyspecjalizowana nazwa? - naigrywał się chłopak, najwyraźniej dalej domagając się odpowiedzi.
- Kto by tak coś nazywał? - kobieta uśmiechnęła się lekko.
- No to co to jest?
Zawahała się chwilę. Nie była pewna, czy w Ikramie Fałszerstwo było tak ścigane jak w Cleveland czy Ironwood. A nawet jeśli, to nie wydawało jej się, by Rei należał do osób lubiących wydawać kogoś straży z byle powodu. Wczorajszy wieczór już jej tego dowiódł. Stwierdziła, że chyba warto zaryzykować.
- To pieczęć - odpowiedziała.
Reimenth podniósł jedną brew.
- Doprawdy zaskakujące odkrycie - powiedział nie bez cienia sarkazmu.
- MAGICZNA pieczęć - poprawiła Wiedźma, przewracając oczami.
- W jaki sposób? Zaklęta?
- Ciężko mi to wyjaśnić - zamyśliła się chwilę. Po minucie zdecydowała: - Lepiej będzie, jak ci to pokażę.
Przyłożyła kamień wygrawerowaną stroną do wewnętrznej strony tylnej nogi wałacha i przekręciła, tak jak robiła to ze swoją na szyi. Gdy odkleiła pieczęć, w jej miejscu z niczego wyrósł ten sam granatowy lak. Po chwili Fałszerstwo zaczęło działać i, ku wielkiemu zdziwieniu Rei'a, koń zaczął młodnieć w oczach. Sierść wygładziła się, zasklepiając łysą od gryzienia łatę na zadzie, postrzępiona grzywa i ogon na powrót stały się gęste i gładkie, a w zmęczonych oczach zabłysła energia. Nie trwało to jednak długo - po około minucie wspaniały rumak znów stał się zmęczonym życiem wałachem.
- Psiakrew - zaklęła Flo, bezsilnie patrząc jak granatowe znamię odłazi i spada na podłogę. - Coś przekręciłam...
- C-co to było? - wydusił dalej zszokowany szermierz. - Takiego rodzaju magii jeszcze nie widziałem...
- Wiesz... - zaczęła niepewnie kobieta. Nosz cholera jasna, jesteś mu jednak coś winna, zganiła się w myślach i dokończyła: - To pewnie dlatego, że to nie do końca dozwolona sztuka.
- Na czym to polega? - zapytał ze szczerą ciekawością w głosie.
- Na pieczęci wykrawam nową historię jakiegoś przedmiotu czy zwierzęcia - wyjaśniła. Nie dodała jednak, ze własną również umiałaby zmienić. - Mogę na przykład wmówić twojemu mieczowi, że przez lata nikt się nim nie zajmował. Jeśli byłaby to odpowiednio wiarygodna wersja, po nałożeniu zaklęcia pokryłby się rdzą i szczerbami.
- Ale ta się nie przyjęła? - zgadywał wskazując na konia.
- Myślałam, że zaniedbywali tego konia - odparła Flo. - W mojej historii zajmowano się nim o wiele lepiej...ale najwyraźniej ten koń nigdy nie był pod złą opieką. Dlatego pieczęć nie umiała się przyjąć.
Rei? Doświadczasz tutaj nauk tajemnych xP
Ale na podziękowania czas przyjdzie później. Na razie słyszała za sobą wcale nie nieznajomy głos kapitana ikramskiej straży, który najwyraźniej rozmyślił się co do puszczenia jej kradzieży obrazu płazem.
Ikramu najwyraźniej żadne z nich dobrze nie znało. Ani Rei, ani Flo nie zatrzymywali się ani na chwilę, by przemyśleć kolejny ruch, czy też pociągnąć towarzysza za rękaw, bo biegnie w złą stronę. Dla kogoś nie znającego żadnej drogi, każdy kierunek wydawał się tym dobrym. I to może właśnie przez tę chaotyczność i brak przemyślenia udało im się w którymś momencie zgubić pościg. W jednej chwili Wiedźma po prostu chwyciła Reimenth'a za ramię i ściągnęła do zacienionej bocznej uliczki, akurat gdy strażnicy wybiegli zza rogu. Uciekinierzy przycisnęli się do ściany, bojąc choćby głośniej odetchnąć. Żołdacy rozejrzeli się skonfundowani, aż w końcu kapitan ostatecznie odpuścił i ruszyli z powrotem w stronę sali balowej. Oszustka ostrożnie wyjrzała zza węgła. Gdy tylko niebezpieczeństwo minęło całkowicie, oparła się z westchnieniem ulgi o ścianę, a z jej ust wyrwał się niekontrolowany chichot. Rei po chwili do niej dołączył.
- Blisko było - rzucił. - Chyba mi na kilka minut serce stanęło.
- Jakby mało nam było wrażeń na jeden wieczór - uśmiechnęła się zdyszana Flo. Bieg wyczerpał ją zdecydowanie szybciej niżby mógł pod działaniem pieczęci. - Który już raz ci będę dzisiaj dziękować?
- Bez znaczenia - chłopak machnął ręką.
- Poważnie pytam - uparła się Floriana. - Trzeci?
- Raczej drugi - poprawił ją Rei. - Pierwszy raz za tą paskudę, a drugi teraz.
- A taniec?
- Taniec?
- Tak, taniec - płomiennooka uśmiechnęła się lekko. - Wierz mi lub nie, ale ostatni raz tańczyłam kilka lat temu i to niekonieczne wedle własnej woli. Także i za to muszę ci podziękować.
- Dobra, może lepiej stąd chodźmy - zaproponował białowłosy, również uśmiechając się delikatnie.
Kobieta kiwnęła głową i ruszyli w dół ulicy, bez jakiegoś konkretnego celu. Ominęli jedynie główną ulicę, by przypadkiem głupio nie wpaść prosto na wracających w stronę sali balowej strażników. W którymś momencie Wiedźma zdała sobie sprawę, że Reimenth chyba jednak wie gdzie idzie.
- Prowadzisz mnie gdzieś? - zapytała w końcu.
Białowłosy jakby otrząsnął się z zamyślenia. Zaśmiał się nerwowo, na co dziewczyna uniosła jedną brew. Zachowywał się tak odkąd padł ostatni potwór. Co go tak onieśmielało?
- Wybacz, zamyśliłem się - wyjaśnił. - Nieumyślnie kierowałem się do domu Dante...przyjaciółki - dodał widząc, że Flo imię niewiele mówiło.
- Nic się nie stało - odpowiedziała. Nagle przypomniała sobie, że dalej ma na ramionach płaszcz Rei'a. Oddała mu go szybko. - Chyba powinnam już iść...
- Czekaj, masz gdzie nocować? - przerwał jej chłopak. Brzmiał jakby faktycznie się zmartwił.
- Tak, mam wynajęty pokój w mieście - odpowiedziała szybko Oszustka. - I tak już za dużo razy mi pomogłeś.
- A co mogłem zrobić? - uśmiechnął się. - To...do jutra?
- Do jutra. Mam nadzieję - odpowiedziała pogodnie Floriana, ruszając w przeciwną stronę.
Nie wiedziała co o tym wszystkim myśleć. Było jej...głupio. Dziwnie to brzmi w przypadku zawodowego kłamcy, ale rogata czuła się jakby podle wykorzystała Reimenth'a. Najpierw uratował ją przed tamtym potworem. Potem z niczego zaprosił ją do tańca. Już sama prośba była niezwykle uprzejma z jego strony, nie mówiąc już o tym, że naprawdę dobrze tańczył. Czuła się przy białowłosym szermierzu jak kulawa, chociaż raczej nie przyznałaby się do tego na głos. A co ona zrobiła? Skłamała, że należy do Lwów. Po co?! Aż tak się przyzwyczaiła do fałszu? Potem pomógł jej uciec przed strażnikami, teraz jeszcze oferował nocleg. Tylko za co? Przecież nawet jej nie znał. Jak miałaby się mu za to wszystko odwdzięczyć?
Stary wałach nie wyglądał jakby chciał bawić się w królika doświadczalnego. Sapnął nieufnie widząc zatrzymującą się przed boksem rogatą elfkę, jakby przewidział, że w torbie miała dla niego przygotowaną pieczęć. Rozejrzała się, czy nikt nie patrzy - jakby nie było, próbowała zakazanej magicznej sztuki na koniu ze stajni Orłów - i wślizgnęła się do środka. Pogładziła zwierzaka po gniadym boku. Wałach uspokoił się, ale gdy kucnęła przy jego tylnej nodze zatupał nerwowo.
- Ćśś, spokojnie - powiedziała kobieta, szperając w torbie. - To naprawdę nie boli. Tylko ci się może w głowie zakręcić.
W sumie informowanie o tym konia chyba mijało się z sensem. Chrzanić to.
W końcu znalazła odpowiednią pieczęć. Wyjęła ją i przyjrzała się uważnie wzorom. Nie chciała przypadkiem wypróbować na zwierzęciu ludzkiej pieczęci. W sumie to nawet nie miała pojęcia co mogłoby się wtedy stać, ale nigdy nie miała czasu na takie testy. No i męczenie zwierząt raczej nie leżało w jej ulubionych zajęciach, nawet jeśli jej sztuce magicznej przypisywano to aż nader często. Okrągła pieczęć w ręce Flo miała rozmiar wnętrza dłoni. Tak jak każda, pośrodku miała wybrzuszenie w kształcie koła, otoczone przez drobne, misterne runiczne ryty. Przygotowanie jej zajęło dziewczynie ostatnie trzy dni i liczyła na rychły sukces swojej pracy.
- Co to?
Oszustka niemal przewróciła się na kolana, z niczego słysząc za sobą wesoły ton głos. Spojrzała w górę i westchnęła z ulgą. O drzwi do boksu opierał się Rei. Najwyraźniej miał coś do załatwienia w okolicy.
- Nie strasz mnie tak - mruknęła Flo, ale w jej głosie nie było słychać jakiejś przesadnej wrogości. Właściwie to polubiła białowłosego.
- To chyba nie jakaś wyspecjalizowana nazwa? - naigrywał się chłopak, najwyraźniej dalej domagając się odpowiedzi.
- Kto by tak coś nazywał? - kobieta uśmiechnęła się lekko.
- No to co to jest?
Zawahała się chwilę. Nie była pewna, czy w Ikramie Fałszerstwo było tak ścigane jak w Cleveland czy Ironwood. A nawet jeśli, to nie wydawało jej się, by Rei należał do osób lubiących wydawać kogoś straży z byle powodu. Wczorajszy wieczór już jej tego dowiódł. Stwierdziła, że chyba warto zaryzykować.
- To pieczęć - odpowiedziała.
Reimenth podniósł jedną brew.
- Doprawdy zaskakujące odkrycie - powiedział nie bez cienia sarkazmu.
- MAGICZNA pieczęć - poprawiła Wiedźma, przewracając oczami.
- W jaki sposób? Zaklęta?
- Ciężko mi to wyjaśnić - zamyśliła się chwilę. Po minucie zdecydowała: - Lepiej będzie, jak ci to pokażę.
Przyłożyła kamień wygrawerowaną stroną do wewnętrznej strony tylnej nogi wałacha i przekręciła, tak jak robiła to ze swoją na szyi. Gdy odkleiła pieczęć, w jej miejscu z niczego wyrósł ten sam granatowy lak. Po chwili Fałszerstwo zaczęło działać i, ku wielkiemu zdziwieniu Rei'a, koń zaczął młodnieć w oczach. Sierść wygładziła się, zasklepiając łysą od gryzienia łatę na zadzie, postrzępiona grzywa i ogon na powrót stały się gęste i gładkie, a w zmęczonych oczach zabłysła energia. Nie trwało to jednak długo - po około minucie wspaniały rumak znów stał się zmęczonym życiem wałachem.
- Psiakrew - zaklęła Flo, bezsilnie patrząc jak granatowe znamię odłazi i spada na podłogę. - Coś przekręciłam...
- C-co to było? - wydusił dalej zszokowany szermierz. - Takiego rodzaju magii jeszcze nie widziałem...
- Wiesz... - zaczęła niepewnie kobieta. Nosz cholera jasna, jesteś mu jednak coś winna, zganiła się w myślach i dokończyła: - To pewnie dlatego, że to nie do końca dozwolona sztuka.
- Na czym to polega? - zapytał ze szczerą ciekawością w głosie.
- Na pieczęci wykrawam nową historię jakiegoś przedmiotu czy zwierzęcia - wyjaśniła. Nie dodała jednak, ze własną również umiałaby zmienić. - Mogę na przykład wmówić twojemu mieczowi, że przez lata nikt się nim nie zajmował. Jeśli byłaby to odpowiednio wiarygodna wersja, po nałożeniu zaklęcia pokryłby się rdzą i szczerbami.
- Ale ta się nie przyjęła? - zgadywał wskazując na konia.
- Myślałam, że zaniedbywali tego konia - odparła Flo. - W mojej historii zajmowano się nim o wiele lepiej...ale najwyraźniej ten koń nigdy nie był pod złą opieką. Dlatego pieczęć nie umiała się przyjąć.
Rei? Doświadczasz tutaj nauk tajemnych xP
poniedziałek, 20 lutego 2017
Od Reimenth'a (CD Flo)
Zimna posadzka wydawała się teraz dla Rei'a bardzo kuszącą opcją miejsca
spoczynku. Opadł ciężko na kamienną podłogę, przyglądają się płonącemu
truchłu. Ból w nodze powoli ustawał, wszak rana nie była bardzo głęboka.
Podparł się rękoma i pochylił lekko do tyłu. Bal się skończył, on
znalazł dziewczynę która go onieśmieliła, z którą chciał zatańczyć...
niestety znalazł ją dopiero po tym jak potwory zdemolowały salę. No ale
przynajmniej wspólnie z piękną, rogatą dziewczyną mógł urąbać łapę
potworowi. ,,Tak musiało być'' - pomyślał i uśmiechnął się do siebie.
Przecież mogło być gorzej, mogłaby się teraz rozpłynąć jak mrok nocy o
poranku, spłoszona jaskrawym światłem budzącego się złotego słońca. Tego
Reimenth na pewno by nie chciał. Wolał pozostać w tym mroku, wpatrując
się w dal. Zaciekawiła go postać kobiety. Zauroczyła. Zwabiony jej
pięknym kolorem oczu, delikatnymi rysami, zawziętością w walce, wpadł w
sidła niekończącej się spirali uczuć, których nie sposób jest opisać i o
których nic nikomu nie wiadomo. Ciekawość - jedynie to teraz
przychodziło Rei'owi na myśl. Lubił poznawać nowe osoby. Spojrzał w bok i
zadał sobie sprawę, że siedzi metr od kobiety. Uśmiechnął się do
siebie. Dziewczyna zgniotła i podarła coś granatowego. Chwilę przyglądał
się jej szarym włosom. Kiedy odwróciła głowę i spojrzała swoimi
zachwycającymi oczyma na Rei'a, poczuł się trochę nieswój.
- Dziękuję… za tamto. - powiedziała i kiwnęła głową w stronę martwego cielska z połowicznie odciętą łapą.
- Chyba innego wyjścia nie miałem - uśmiechnął się białowłosy, nie mogąc oderwać wzroku od płomiennych oczu kobiety. - A tak w ogóle, to jestem Reimenth. Ale mówią mi Rei.
- Floriana - przedstawiła się, a imię to obiło się kilka razy echem po głowie Rei'a. Po chwili, Floriana uśmiechnęła się. Uśmiechnięta wyglądała jeszcze śliczniej, a białowłosego urzekł ten widok. - Ale mówią mi Flo - dodała.
- Miło mi cię poznać, Flo - odpowiedział i rozejrzał się po zniszczonej sali. ,,Kto to teraz wszystko posprząta?'' - zapytał sam siebie w myśli. Wrócił wzrokiem do Foriany która nadal mu się przyglądała. - Ciekawy wieczór, nie uważasz? - Czy to nie było zbyt naiwne pytanie? Nie odpowiednie? Nie mógł teraz wymyślić niczego lepszego, jednak nie chciał kończyć rozmowy.
- Szalony, kto by pomyślał, że będzie trzeba walczyć z potworami. - powiedziała, lekko wzruszając ramionami.
- Ja nawet nie myślałem, że zobaczę cię znowu. - stwierdził Rei bez namysłu. Dopiero po pytającym wzroku dziewczyny dotarło do niego to, że przecież tylko on ją widział, gdy przemykała w tłumie. Zaśmiał się trochę by odpędzić od siebie uczucie zażenowania i wstydu. - Widziałem cię wcześniej i chciałem poprosić cię do tańca, ale ty zniknęłaś w tłumie nim ponownie się obejrzałem - wyjaśnił.
- Cóż… - powiedziała, zakładając kosmyk szaroniebieskich włosów za ucho. - trochę szkoda. - Widać było, że teraz ona była trochę zakłopotana. Reimenth nie czekał na to by cisza wypełniła przestrzeń między nimi.
- Jesteś członkiem któregoś z klanów? - zapytał. Flo kiwnęła głową. Przez chwilę zdawało się, że zastanawia się nad odpowiedzią. Jakby czegoś się obawiała
- Lwy z Castelli - odparła bez cienia wątpliwości. Białowłosy miał już zamiar coś powiedzieć, kiedy w sali rozbrzmiał dźwięk gry na dudach. Zdziwiony odwrócił się w stronę skąd rozbrzmiewała melodia. Ku jego zdziwieniu, na miejscu dawnej orkiestry, stały dwie dziewczyny. Od razu rozpoznał swoją siostrę i, niedawno poznaną, przyjaciółkę Dante. Margaret zaczęła grać na skrzypcach dołączając się do grającej już na dudach Beatrice. Przez moment muzyka przypominała bardziej kocie popisy głosowe, jednak po chwili stan rzeczy uległ nagłej poprawie. Reimenth, wrócił spojrzeniem do Flo, która nadal wpatrywała się z ciekawością w dwie grające postacie. Nie mogąc znaleźć odwagi na odezwanie się do dziewczyny, bojąc się, że gdy powie choćby słowo, postać rozpłynie się bez śladu, jak płochliwe widmo. Ogień, tańczył na truchłach potworów, a wokół roztaczało się lekko przytłumione, ciepłe światło, które odbijało się w rozsypanych kryształach stłuczonego żyrandolu. Flo nagle odwróciła się ponownie w stronę białowłosego, napotykając jego spojrzenie. Sytuacja znów była troszeczkę niezręczna. Uśmiechnął się.
- Ten bal zmienia się w prywatna imprezę dla członków klanów - powiedziała i wskazała miejsce za plecami Rei'a. Mężczyzna odchylił do tyłu głowę. Za nim tańczyła Dante i mag z borsuków. Białowłosy zaśmiał się cicho, bo w tym momencie wpadł na ,,wspaniały pomysł''. Czemu nie wykorzystać okazji i też nie spróbować choćby spytać o taniec?
- Rzeczywiście - przyznał wstając z posadzki i podchodząc do zdziwionej kobiety. Lekko się ukłonił i podał jej dłoń. - jeśli nie jest pani zmęczona, no i o ile można prosić, zatańczyła by pani? - uśmiechnął się szarmancko. Niechętnie wstała z kamiennej posadzki.
- A twoje udo? - zapytała. Zdziwiło to Rei'a, zaśmiał się tylko cicho.
- Mnie nic nie jest, bywało gorzej - powiedział, a Flo złapała za jego dłoń . Delikatnie chwycił ją i pociągnął do siebie. Teraz, gdy była tak blisko niego, jej oczy wydawały się jeszcze piękniejsze. Ostrożnie, i delikatnie położył na jej tali drugą rękę. Dłoń dziewczyny zaś spoczęła na jego ramieniu. Krok w tył, krok w przód, płynęli w tańcu w takt muzyki. Na twarzy białowłosego cały czas widniał uśmiech, co trochę rozładowywało napięcie. Po chwili melodia ucichła. Reimenth puścił dłoń Flo i odwracając się stanął obok niej. Jako pierwszy zaczął klaskać. Nie sądził bowiem, że Margaret zagra publicznie, do tego w duecie. Po krótkiej owacji, dziewczyny zaczęły grać coś wesołego. Floriana z powrotem usiadła na posadzce, białowłosy miał do niej dołączyć jednak ujrzał niedaleko stołu, swój porzucony, biały płaszcz. Wrócił do Flo, wraz ze swoją zgubą, i usiadł w mniej więcej, tej samej odległości co wcześniej.
- Ślicznie grają - przyznała Flo.
- Ta co bardziej fałszuje, to moja siostra - zażartował i wskazał Margaret która grała na skrzypcach.
- Twoja siostra? - Zdziwiła się. - Jesteście zupełnie nie podobni!
- No... w sumie racja ale nie jest to moja rodzona siostra.
- A, tak to by wiele wyjaśniało - zaśmiał się, a śmiech jej sprawił iż serce Rei'a lekko zadrżało.
Jeszcze chwilę rozmawiali, w sumie o niczym, co jakiś czas żartując. Reimenth bardzo polubił Floriane. Jej sposób rozmowy, nie była oziębła, ani nieśmiała. W jakiś sposób, ujęła też po części serce Rei'a i to on co jakiś czas zawstydzony, uśmiechał się głupawo. W chwili gdy zatracili się całkowicie w rozmowie, ktoś musiał im akurat przeszkodzić. Była to grupa strażników. Muzyka ucichła.
Flo drgnęła lekko. Rei, to zauważył. Flo, odwróciła szybko twarz, co mogło znaczyć, że próbuje ją ukryć. Uchyliła wargi by coś powiedzieć ale Rei ją uprzedził.
- Może wyjdziemy się przewietrzyć? - Zaproponował, a dziewczyna szybko przytaknęła. Wstał i wyciągnął rękę w stronę Flo pomagając jej wstać. Okrył ją swoim płaszczem i założył jej kaptur na głowę. Nie słuchając co strażnicy mają do powiedzenia. Przemknęli niepostrzeżenie na zewnątrz, a przynajmniej Rei myślał, że nikt ich nie zauważył. Dlaczego właściwi to zrobił? Zaufał Florianie, polubił ją i zechciał jej pomóc, nawet jeśli miał już nigdy więcej jej nie zobaczyć. Przeszli kawałek od budynku, wchodząc na kamienne uliczki miasta, Było dość chłodno, niebo było piękne i bezchmurne. Rei zadarł do góry twarz, by przypatrzeć się pięknym konstelacją widniejącym na granatowej chuście nieba.
- Dziękuję - szepnęła Flo, jednak n tyle głośno by mógł usłyszeć. Spojrzał w jej stronę z delikatnym uśmiechem. Chciałby jeszcze chodź raz ją spotkać. Kto wie może tego wieczoru poprosi o ponowne spotkanie.
- Ale za co? - zapytał. Dziewczyna spojrzała na niego znad kaptura uśmiechnęła się delikatnie, miała już coś powiedzieć, kiedy zza ich pleców rozbrzmiał czyjś krzyk.
-Stójcie! - Zawołał strażnik, Rei zerknął na strażnika. ,, Niech stracę'' - pomyślał i złapał Flo za rękę, ruszył biegiem przed siebie ciągnąc Flo. Nagle poczuł ból w udzie, jednak zagryzł zęby i dalej biegł nie zwalniając.
Floriano? Przepraszam, że takie krótkie, naprawdę się starałam ale nie mogłam wymyślić nic lepszego
- Dziękuję… za tamto. - powiedziała i kiwnęła głową w stronę martwego cielska z połowicznie odciętą łapą.
- Chyba innego wyjścia nie miałem - uśmiechnął się białowłosy, nie mogąc oderwać wzroku od płomiennych oczu kobiety. - A tak w ogóle, to jestem Reimenth. Ale mówią mi Rei.
- Floriana - przedstawiła się, a imię to obiło się kilka razy echem po głowie Rei'a. Po chwili, Floriana uśmiechnęła się. Uśmiechnięta wyglądała jeszcze śliczniej, a białowłosego urzekł ten widok. - Ale mówią mi Flo - dodała.
- Miło mi cię poznać, Flo - odpowiedział i rozejrzał się po zniszczonej sali. ,,Kto to teraz wszystko posprząta?'' - zapytał sam siebie w myśli. Wrócił wzrokiem do Foriany która nadal mu się przyglądała. - Ciekawy wieczór, nie uważasz? - Czy to nie było zbyt naiwne pytanie? Nie odpowiednie? Nie mógł teraz wymyślić niczego lepszego, jednak nie chciał kończyć rozmowy.
- Szalony, kto by pomyślał, że będzie trzeba walczyć z potworami. - powiedziała, lekko wzruszając ramionami.
- Ja nawet nie myślałem, że zobaczę cię znowu. - stwierdził Rei bez namysłu. Dopiero po pytającym wzroku dziewczyny dotarło do niego to, że przecież tylko on ją widział, gdy przemykała w tłumie. Zaśmiał się trochę by odpędzić od siebie uczucie zażenowania i wstydu. - Widziałem cię wcześniej i chciałem poprosić cię do tańca, ale ty zniknęłaś w tłumie nim ponownie się obejrzałem - wyjaśnił.
- Cóż… - powiedziała, zakładając kosmyk szaroniebieskich włosów za ucho. - trochę szkoda. - Widać było, że teraz ona była trochę zakłopotana. Reimenth nie czekał na to by cisza wypełniła przestrzeń między nimi.
- Jesteś członkiem któregoś z klanów? - zapytał. Flo kiwnęła głową. Przez chwilę zdawało się, że zastanawia się nad odpowiedzią. Jakby czegoś się obawiała
- Lwy z Castelli - odparła bez cienia wątpliwości. Białowłosy miał już zamiar coś powiedzieć, kiedy w sali rozbrzmiał dźwięk gry na dudach. Zdziwiony odwrócił się w stronę skąd rozbrzmiewała melodia. Ku jego zdziwieniu, na miejscu dawnej orkiestry, stały dwie dziewczyny. Od razu rozpoznał swoją siostrę i, niedawno poznaną, przyjaciółkę Dante. Margaret zaczęła grać na skrzypcach dołączając się do grającej już na dudach Beatrice. Przez moment muzyka przypominała bardziej kocie popisy głosowe, jednak po chwili stan rzeczy uległ nagłej poprawie. Reimenth, wrócił spojrzeniem do Flo, która nadal wpatrywała się z ciekawością w dwie grające postacie. Nie mogąc znaleźć odwagi na odezwanie się do dziewczyny, bojąc się, że gdy powie choćby słowo, postać rozpłynie się bez śladu, jak płochliwe widmo. Ogień, tańczył na truchłach potworów, a wokół roztaczało się lekko przytłumione, ciepłe światło, które odbijało się w rozsypanych kryształach stłuczonego żyrandolu. Flo nagle odwróciła się ponownie w stronę białowłosego, napotykając jego spojrzenie. Sytuacja znów była troszeczkę niezręczna. Uśmiechnął się.
- Ten bal zmienia się w prywatna imprezę dla członków klanów - powiedziała i wskazała miejsce za plecami Rei'a. Mężczyzna odchylił do tyłu głowę. Za nim tańczyła Dante i mag z borsuków. Białowłosy zaśmiał się cicho, bo w tym momencie wpadł na ,,wspaniały pomysł''. Czemu nie wykorzystać okazji i też nie spróbować choćby spytać o taniec?
- Rzeczywiście - przyznał wstając z posadzki i podchodząc do zdziwionej kobiety. Lekko się ukłonił i podał jej dłoń. - jeśli nie jest pani zmęczona, no i o ile można prosić, zatańczyła by pani? - uśmiechnął się szarmancko. Niechętnie wstała z kamiennej posadzki.
- A twoje udo? - zapytała. Zdziwiło to Rei'a, zaśmiał się tylko cicho.
- Mnie nic nie jest, bywało gorzej - powiedział, a Flo złapała za jego dłoń . Delikatnie chwycił ją i pociągnął do siebie. Teraz, gdy była tak blisko niego, jej oczy wydawały się jeszcze piękniejsze. Ostrożnie, i delikatnie położył na jej tali drugą rękę. Dłoń dziewczyny zaś spoczęła na jego ramieniu. Krok w tył, krok w przód, płynęli w tańcu w takt muzyki. Na twarzy białowłosego cały czas widniał uśmiech, co trochę rozładowywało napięcie. Po chwili melodia ucichła. Reimenth puścił dłoń Flo i odwracając się stanął obok niej. Jako pierwszy zaczął klaskać. Nie sądził bowiem, że Margaret zagra publicznie, do tego w duecie. Po krótkiej owacji, dziewczyny zaczęły grać coś wesołego. Floriana z powrotem usiadła na posadzce, białowłosy miał do niej dołączyć jednak ujrzał niedaleko stołu, swój porzucony, biały płaszcz. Wrócił do Flo, wraz ze swoją zgubą, i usiadł w mniej więcej, tej samej odległości co wcześniej.
- Ślicznie grają - przyznała Flo.
- Ta co bardziej fałszuje, to moja siostra - zażartował i wskazał Margaret która grała na skrzypcach.
- Twoja siostra? - Zdziwiła się. - Jesteście zupełnie nie podobni!
- No... w sumie racja ale nie jest to moja rodzona siostra.
- A, tak to by wiele wyjaśniało - zaśmiał się, a śmiech jej sprawił iż serce Rei'a lekko zadrżało.
Jeszcze chwilę rozmawiali, w sumie o niczym, co jakiś czas żartując. Reimenth bardzo polubił Floriane. Jej sposób rozmowy, nie była oziębła, ani nieśmiała. W jakiś sposób, ujęła też po części serce Rei'a i to on co jakiś czas zawstydzony, uśmiechał się głupawo. W chwili gdy zatracili się całkowicie w rozmowie, ktoś musiał im akurat przeszkodzić. Była to grupa strażników. Muzyka ucichła.
Flo drgnęła lekko. Rei, to zauważył. Flo, odwróciła szybko twarz, co mogło znaczyć, że próbuje ją ukryć. Uchyliła wargi by coś powiedzieć ale Rei ją uprzedził.
- Może wyjdziemy się przewietrzyć? - Zaproponował, a dziewczyna szybko przytaknęła. Wstał i wyciągnął rękę w stronę Flo pomagając jej wstać. Okrył ją swoim płaszczem i założył jej kaptur na głowę. Nie słuchając co strażnicy mają do powiedzenia. Przemknęli niepostrzeżenie na zewnątrz, a przynajmniej Rei myślał, że nikt ich nie zauważył. Dlaczego właściwi to zrobił? Zaufał Florianie, polubił ją i zechciał jej pomóc, nawet jeśli miał już nigdy więcej jej nie zobaczyć. Przeszli kawałek od budynku, wchodząc na kamienne uliczki miasta, Było dość chłodno, niebo było piękne i bezchmurne. Rei zadarł do góry twarz, by przypatrzeć się pięknym konstelacją widniejącym na granatowej chuście nieba.
- Dziękuję - szepnęła Flo, jednak n tyle głośno by mógł usłyszeć. Spojrzał w jej stronę z delikatnym uśmiechem. Chciałby jeszcze chodź raz ją spotkać. Kto wie może tego wieczoru poprosi o ponowne spotkanie.
- Ale za co? - zapytał. Dziewczyna spojrzała na niego znad kaptura uśmiechnęła się delikatnie, miała już coś powiedzieć, kiedy zza ich pleców rozbrzmiał czyjś krzyk.
-Stójcie! - Zawołał strażnik, Rei zerknął na strażnika. ,, Niech stracę'' - pomyślał i złapał Flo za rękę, ruszył biegiem przed siebie ciągnąc Flo. Nagle poczuł ból w udzie, jednak zagryzł zęby i dalej biegł nie zwalniając.
Floriano? Przepraszam, że takie krótkie, naprawdę się starałam ale nie mogłam wymyślić nic lepszego
Od Margaret - Różne talenty muzyczne
To był jeden z najbardziej udanych wieczorów Margaret. Właściwie to był
pierwszy bal Margaret, na którym świetnie się bawiła, a przecież nic nie
wskazywało na tak udaną i spektakularną potyczkę z potworami. Kiedy
wszystkie bestie zgromadzone w sali padły, podeszła do jednego z
ocalałych stołów i usiadła obok Beatrice - z którą spędziła ten uroczy
wieczór przed napaścią potworów- nalała sobie wina do lekko pękniętego
kielicha. To był chyba już czwarty tego wieczoru który wypiła, a trzeba
przyznać, że nie posiadała mocnej głowy do alkoholu. Jeszcze przed całą
tą jatką dziewczęta spokojnie rozmawiały przy winie na bardzo różne
tematy. Charakter i szczerość Beatrice oczarowały Margaret. Dziewczyna
nie miała jakoś oporów dyskutować z nowo poznaną osobą w tak szczery
sposób. Może to przez to, że rozluźnił ją właśnie alkohol.Uśmiechnęła
się do brązowowłosej trochę przymulona. Nie uśmiechała się zbyt często,
po raz pierwszy (przy małej pomocy wina) nie myślała o tym jak być
idealną, przestała uważać na każdy swój ruch. Swobodnie wyrażała swoje
myśli tego wieczoru. Nie przypominała siebie, to tak jakby spotkać
zupełnie inną osobę. Jednak, może to nie przez alkohol... może to sposób
w jaki Beatrice prowadziła rozmowę, sprawił, że Mag obdarzyła ją jakąś
dziwną sympatią?
- Udany wieczór - powiedziała, spoglądając w stronę Beatrice.
- Tak, gdyby tylko jeszcze chodź trochę gorzały ocalało... - zażartowała. Margaret mimowolnie się uśmiechnęła i wzięła łyk wina.
- No, mi się podobało.
- A czy ja powiedziałam, że mi się nie podobało? - zapytała Beatrice - Mi też się podobało, nie był to przynajmniej kolejny sztywny bal.
- Eh, fajnie było ale się skończyło. - spojrzała na czerwoną ciecz w naczyniu które trzymała w ręku. Taki bal się więcej nie powtórzy, odejdzie w zapomnienie. Niczym przeczytana już powieść, którą trzeba odłożyć na półkę, by spoczęła pod pokładem kurzu, czekając aż ktoś ponownie ją przeczyta. Jednak, komu miałaby niby opowiadać tę historię? Z kim miałaby ją wspominać? Nie miała przecież za dużo znajomych... raczej nie miała ich w ogóle, już sam kontakt z bratem czasami ją wykańczał. Po prostu do tej pory wystarczyły jej książki... no i rozgadany brat. Nie widziała sensu w utrzymywaniu innych znajomości. Czy chciała to zmienić? Fajnie by czasami wymienić parę słów albo wyjść gdzieś wspólnie. Margaret wpatrując się w wino rozmyślała czy... czy chciała by zyskać kogoś, na kim zależało by jej i utrzymywała by z nim kontakt? Chciałaby mieć przyjaciela? Przecież jest samowystarczalna, ale to nie koliduje z posiadaniem kogoś zaufanego. Przecież przeczytała już wiele książek gdzie główny bohater przeżywał przygody ze swoimi przyjaciółmi. Więc i ona może.
- Hej, właściwie, zostajesz jeszcze na trochę w Ikramie? - Nagle przerwała milczenie.
- No tak... Dante mnie zaprosiła więc zostanę jeszcze. - odpowiedziała Beatrice, obserwując białowłosą.
- A mogłybyśmy się jeszcze spotkać? - Zapytała niepewnie.
- Jasne ale teraz... csiii... czy ty słyszysz to samo co ja? - Beatrice nagle wstała i podeszła do dwójki rozmawiających ze sobą postaci. Margaret podążyła w ślad za swoją ,,towarzyszką''. Nagle Beatrice weszła między Dante a jakiegoś mężczyznę, zmuszając ich, by odsunęli się od siebie. - Jak chcecie niby tańczyć... słyszycie tu gdzieś muzykę? - Zapytała spoglądając to raz na brązowowłosego, raz na kobietę.
- Skoro tak, to bardzo proszę, skołuj nam muzykę - skwitowała Dante.
- Już się robi! - Pochyliła się komicznie, wykonując coś na kształt ukłonu. Odwróciła się i spojrzała rozpromieniona na Mag. W jej oczach błyszczały iskierki. - Margaret! Chodź pomożesz mi! - Z entuzjazmem Beatrice złapała brunetkę za rękę i pociągnęła w miejsce gdzie wcześniej grała orkiestra. Mag poszła za nią, zaskoczona obrotem sprawy i siłą Beatrice. Gdy podeszły, Margaret zobaczyła instrumenty porzucone byle jak w pośpiechu. Beatrice puściła rękę dziewczyny i schyliła się po najbliższy instrument. Były to dudy.
- To wygląda nieźle! - zawołała z entuzjazmem. Margaret omiotła wszystkie przedmioty, a jej spojrzenie zatrzymało się na skrzypcach. Przypomniało jej się, że przecież potrafi grać. Smyczek leżał niedaleko, tuż pod samą ścianą. Podchodząc do smyczka, usłyszała, niezwykle pięknie brzmiące dźwięki, trochę nie równe. Jakby ktoś po prostu szarpał struny. Jednak po chwili zaczęły się układać w piękną melodię. Margaret nie chcąc być gorsza szybko chwyciła za smyczek i również zaczęła grać. Przez pierwszą chwilę słychać było jedynie kocią muzykę, jednak w końcu, obie nawiązały jakąś dziwną, niemą nić porozumienia i zaczęły grać wspólnie w jednym rytmie, w jednym takcie i w tej samej gamie dźwięków. Margaret bez zastanowienia zatraciła się w grze, przeciągała smyczek po napiętych strunach skrzypiec. W sali ponownie rozbrzmiała piękna melodia, delikatna i wolna, na myśl przywodząca mglisty poranek. Nie była to symfonia, zagrana przez wielkiej sławy grajków, jednak tańczyć i słuchać się dało.
Margaret przymrużyła oczy i spoglądała na innych spod rzęs. Większość wydawała się być zdumiona takim obrotem sprawy, inni pozostawali nieruchomo na swoich miejscach przysłuchując się. W końcu, niedaleko dziewcząt, Dante i brązowowłosy mężczyzna zaczęli tańczyć. Kręcili się po parkiecie, brudni, w zniszczonych strojach, ale szczęśliwi. Gdzieś w oddali niektóre z ciał wcześniej pokonanych potworów nadal płonęła, powoli, coraz mniejszym płomieniem, który rzucał już prawie jedyne światło na salę. Nawet z licznymi zniszczeniami w pomieszczeniu zapanował bardzo kameralny nastrój. Ku zdziwieniu Margaret, po chwili na zniszczonym parkiecie wyrwala się do tańca druga para. Z szarymi komórkami zalanymi, jak dla dziewczyny, dużą ilością alkoholu, trudno było ocenić kto właściwie tańczył.
Grały tak jeszcze chwilę z Beatrice, aż znudzone po prostu przestały. Ukłoniły się komicznie, gdzie nie gdzie było słychać oklaski. Margaret pomyślała, że to już koniec ich popisu umiejętności. Jednak wtedy Beatrice ścisnęła dudy na powrót i zaczęła grać jakąś skoczną melodię. Brązowowłosa uśmiechnęła się do siebie i dołączyła się do grania. Instrumenty wydawały z siebie wesołe skoczne dźwięki, wysokie, niskie, czasem nieczyste. To, że grały nie przeszkadzało im się również wygłupiać. Najwyraźniej, muzyka przyciągnęła jeszcze kogoś. Przez otwarte drzwi do wielkiej, całkowicie zdewastowanej sali balowej, weszło dwóch mężczyzn. Tego samego wzrostu i w dokładnie takich samych strojach. Podeszli do grających dziewcząt i... również chwycili za instrumenty i zaczęli grać. Młodszy mężczyzna z blond włosami zaczął grać na klarnecie, starszy z widoczną siwizną i gęstą brodą, na trybie. Dźwięki przeplatały się ze sobą, tworząc przyjemną, skoczną melodię, trochę chaotyczną, ale Margaret teraz to nie obchodziło. Nie obchodziło jej czy gra poprawnie, czy nie. Po prostu dobrze się bawiła. Alkohol zerwał z niej ,, maskę'' lodowatych uczuć. Muzyka i radość wypełniała jej serce. Nawet nie próbowała tego, jak zwykle bywało, ukryć.
Wszystko co dobre musi się niestety skończyć. Po paru dłuższych chwilach do sali wpadła grupa umundurowanych osób. To co zobaczyli wprawiło ich w osłupienie, a może nawet zazdrość. Wesoła kompania ucichła, patrząc wyczekująco na strażników.
- Prosimy o jak najszybsze wyjście z sali - krzyknął jeden z ich. - Czy jest ktoś ranny?
- No i po zabawie - wrzasnęła niezadowolona Beatrice ciskając dudami o podłogę, natomiast Margaret odłożyła skrzypce delikatnie na ziemię. Wszyscy zaczęli wstawać z podłogi i kierować się do wyjścia, w tym Beatrice. Margaret ruszyła za nią. Kiedy wyszły przed budynek uderzyło je chłode nocne powietrze. Margaret przystanęła na chwilę i spojrzała w górę. Na granatowym nieboskłonie jarzyły się jasne gwiazdy, niby iskierki, jednak najmocniej z nich świecił jasny księżyc oświetlający ziemie spowitą mrokiem. Rozcieńczał swym blaskiem, ciemność nocy, więc spokojnie można było wyjść na spacer, bo wszystko było bardzo dobrze widoczne. Margaret spojrzała na Beatrice. Chwilę zastanowiła się czy aby na pewno powinna się odezwać. Westchnęła i zapytała:
- Co teraz?
- No jak to “co”? - odpowiedziała kobieta i spojrzała uśmiechnięta, prosto w oczy Mag - Idziemy kontynuować naszą świetną zabawę! - zawołała entuzjastycznie.
Zapowiadała się długa noc...
Beatrice? Przepraszam, że takie krótkie
- Udany wieczór - powiedziała, spoglądając w stronę Beatrice.
- Tak, gdyby tylko jeszcze chodź trochę gorzały ocalało... - zażartowała. Margaret mimowolnie się uśmiechnęła i wzięła łyk wina.
- No, mi się podobało.
- A czy ja powiedziałam, że mi się nie podobało? - zapytała Beatrice - Mi też się podobało, nie był to przynajmniej kolejny sztywny bal.
- Eh, fajnie było ale się skończyło. - spojrzała na czerwoną ciecz w naczyniu które trzymała w ręku. Taki bal się więcej nie powtórzy, odejdzie w zapomnienie. Niczym przeczytana już powieść, którą trzeba odłożyć na półkę, by spoczęła pod pokładem kurzu, czekając aż ktoś ponownie ją przeczyta. Jednak, komu miałaby niby opowiadać tę historię? Z kim miałaby ją wspominać? Nie miała przecież za dużo znajomych... raczej nie miała ich w ogóle, już sam kontakt z bratem czasami ją wykańczał. Po prostu do tej pory wystarczyły jej książki... no i rozgadany brat. Nie widziała sensu w utrzymywaniu innych znajomości. Czy chciała to zmienić? Fajnie by czasami wymienić parę słów albo wyjść gdzieś wspólnie. Margaret wpatrując się w wino rozmyślała czy... czy chciała by zyskać kogoś, na kim zależało by jej i utrzymywała by z nim kontakt? Chciałaby mieć przyjaciela? Przecież jest samowystarczalna, ale to nie koliduje z posiadaniem kogoś zaufanego. Przecież przeczytała już wiele książek gdzie główny bohater przeżywał przygody ze swoimi przyjaciółmi. Więc i ona może.
- Hej, właściwie, zostajesz jeszcze na trochę w Ikramie? - Nagle przerwała milczenie.
- No tak... Dante mnie zaprosiła więc zostanę jeszcze. - odpowiedziała Beatrice, obserwując białowłosą.
- A mogłybyśmy się jeszcze spotkać? - Zapytała niepewnie.
- Jasne ale teraz... csiii... czy ty słyszysz to samo co ja? - Beatrice nagle wstała i podeszła do dwójki rozmawiających ze sobą postaci. Margaret podążyła w ślad za swoją ,,towarzyszką''. Nagle Beatrice weszła między Dante a jakiegoś mężczyznę, zmuszając ich, by odsunęli się od siebie. - Jak chcecie niby tańczyć... słyszycie tu gdzieś muzykę? - Zapytała spoglądając to raz na brązowowłosego, raz na kobietę.
- Skoro tak, to bardzo proszę, skołuj nam muzykę - skwitowała Dante.
- Już się robi! - Pochyliła się komicznie, wykonując coś na kształt ukłonu. Odwróciła się i spojrzała rozpromieniona na Mag. W jej oczach błyszczały iskierki. - Margaret! Chodź pomożesz mi! - Z entuzjazmem Beatrice złapała brunetkę za rękę i pociągnęła w miejsce gdzie wcześniej grała orkiestra. Mag poszła za nią, zaskoczona obrotem sprawy i siłą Beatrice. Gdy podeszły, Margaret zobaczyła instrumenty porzucone byle jak w pośpiechu. Beatrice puściła rękę dziewczyny i schyliła się po najbliższy instrument. Były to dudy.
- To wygląda nieźle! - zawołała z entuzjazmem. Margaret omiotła wszystkie przedmioty, a jej spojrzenie zatrzymało się na skrzypcach. Przypomniało jej się, że przecież potrafi grać. Smyczek leżał niedaleko, tuż pod samą ścianą. Podchodząc do smyczka, usłyszała, niezwykle pięknie brzmiące dźwięki, trochę nie równe. Jakby ktoś po prostu szarpał struny. Jednak po chwili zaczęły się układać w piękną melodię. Margaret nie chcąc być gorsza szybko chwyciła za smyczek i również zaczęła grać. Przez pierwszą chwilę słychać było jedynie kocią muzykę, jednak w końcu, obie nawiązały jakąś dziwną, niemą nić porozumienia i zaczęły grać wspólnie w jednym rytmie, w jednym takcie i w tej samej gamie dźwięków. Margaret bez zastanowienia zatraciła się w grze, przeciągała smyczek po napiętych strunach skrzypiec. W sali ponownie rozbrzmiała piękna melodia, delikatna i wolna, na myśl przywodząca mglisty poranek. Nie była to symfonia, zagrana przez wielkiej sławy grajków, jednak tańczyć i słuchać się dało.
Margaret przymrużyła oczy i spoglądała na innych spod rzęs. Większość wydawała się być zdumiona takim obrotem sprawy, inni pozostawali nieruchomo na swoich miejscach przysłuchując się. W końcu, niedaleko dziewcząt, Dante i brązowowłosy mężczyzna zaczęli tańczyć. Kręcili się po parkiecie, brudni, w zniszczonych strojach, ale szczęśliwi. Gdzieś w oddali niektóre z ciał wcześniej pokonanych potworów nadal płonęła, powoli, coraz mniejszym płomieniem, który rzucał już prawie jedyne światło na salę. Nawet z licznymi zniszczeniami w pomieszczeniu zapanował bardzo kameralny nastrój. Ku zdziwieniu Margaret, po chwili na zniszczonym parkiecie wyrwala się do tańca druga para. Z szarymi komórkami zalanymi, jak dla dziewczyny, dużą ilością alkoholu, trudno było ocenić kto właściwie tańczył.
Grały tak jeszcze chwilę z Beatrice, aż znudzone po prostu przestały. Ukłoniły się komicznie, gdzie nie gdzie było słychać oklaski. Margaret pomyślała, że to już koniec ich popisu umiejętności. Jednak wtedy Beatrice ścisnęła dudy na powrót i zaczęła grać jakąś skoczną melodię. Brązowowłosa uśmiechnęła się do siebie i dołączyła się do grania. Instrumenty wydawały z siebie wesołe skoczne dźwięki, wysokie, niskie, czasem nieczyste. To, że grały nie przeszkadzało im się również wygłupiać. Najwyraźniej, muzyka przyciągnęła jeszcze kogoś. Przez otwarte drzwi do wielkiej, całkowicie zdewastowanej sali balowej, weszło dwóch mężczyzn. Tego samego wzrostu i w dokładnie takich samych strojach. Podeszli do grających dziewcząt i... również chwycili za instrumenty i zaczęli grać. Młodszy mężczyzna z blond włosami zaczął grać na klarnecie, starszy z widoczną siwizną i gęstą brodą, na trybie. Dźwięki przeplatały się ze sobą, tworząc przyjemną, skoczną melodię, trochę chaotyczną, ale Margaret teraz to nie obchodziło. Nie obchodziło jej czy gra poprawnie, czy nie. Po prostu dobrze się bawiła. Alkohol zerwał z niej ,, maskę'' lodowatych uczuć. Muzyka i radość wypełniała jej serce. Nawet nie próbowała tego, jak zwykle bywało, ukryć.
Wszystko co dobre musi się niestety skończyć. Po paru dłuższych chwilach do sali wpadła grupa umundurowanych osób. To co zobaczyli wprawiło ich w osłupienie, a może nawet zazdrość. Wesoła kompania ucichła, patrząc wyczekująco na strażników.
- Prosimy o jak najszybsze wyjście z sali - krzyknął jeden z ich. - Czy jest ktoś ranny?
- No i po zabawie - wrzasnęła niezadowolona Beatrice ciskając dudami o podłogę, natomiast Margaret odłożyła skrzypce delikatnie na ziemię. Wszyscy zaczęli wstawać z podłogi i kierować się do wyjścia, w tym Beatrice. Margaret ruszyła za nią. Kiedy wyszły przed budynek uderzyło je chłode nocne powietrze. Margaret przystanęła na chwilę i spojrzała w górę. Na granatowym nieboskłonie jarzyły się jasne gwiazdy, niby iskierki, jednak najmocniej z nich świecił jasny księżyc oświetlający ziemie spowitą mrokiem. Rozcieńczał swym blaskiem, ciemność nocy, więc spokojnie można było wyjść na spacer, bo wszystko było bardzo dobrze widoczne. Margaret spojrzała na Beatrice. Chwilę zastanowiła się czy aby na pewno powinna się odezwać. Westchnęła i zapytała:
- Co teraz?
- No jak to “co”? - odpowiedziała kobieta i spojrzała uśmiechnięta, prosto w oczy Mag - Idziemy kontynuować naszą świetną zabawę! - zawołała entuzjastycznie.
Zapowiadała się długa noc...
Beatrice? Przepraszam, że takie krótkie
czwartek, 16 lutego 2017
Od Seneki - Rój
Nim Seneka przybył na miejsce, było już po wszystkim.
Wioska nie ucierpiała tak, jak byłoby to możliwe - potwory skupiły swoją chęć mordu na czymś poza jej obrębem. Tylko niektórzy maruderzy postraszyli wieśniaków, rozbili kilka okien i wywrócili stragany, po czym zdecydowali się przyłączyć do rozróby trwającej na poletku niedaleko. A przynajmniej tyle Mglisty zdołał wyczytać ze śladów. Przedstawienie zakończyło się już dawno. Przerytą pługami ziemię zasłały trupy jakiegoś latającego plugastwa, gdzieniegdzie leżały większe, których formalnych nazw mężczyzna nawet nie próbował zgadywać. Powietrze przywodziło na myśl dżumę, chociaż w okolicy przypadków zgonów wywołanych czarną śmiercią nie odnotowano od długich lat. Cierpko słodkawą woń Seneka rozpoznał bezbłędnie: przedwczesne stadium rozkładu, nienaturalne w przypadku zwłok ludzkich.
Przynajmniej wiem, że dobrze trafiłem, pomyślał, a z maski uleciał ze świstem odgłos ponurego westchnienia.
Zrobił krok nad poletkiem i coś pod jego nogą chrupnęło, rozlewając wokół siebie półpłynną masę. Spojrzał w dół, unosząc nogę za którą pociągnął kilka wstęg zielonych glutów. Rozdeptał coś przypominające komara, tylko że wielkości małego psa. Wytarł z odrazą but o kępę trawy. Nic nie napawało go tak wielkim obrzydzeniem jak młode Roju. Rozejrzał się po pozostałych martwych owadach, próbując ocenić ich wiek. Jeśli było tu więcej młodych, gniazdo musiało być blisko. Młode obawiały się oddalać od Roju, dopiero z wiekiem robiły się coraz śmielsze. A te owady nie umierały po kilku dniach. Jeden Rój potrafił istnieć setki lat, mając trutnie w wieku nawet piętnastu lat, nie wspominając, że królowe żyły kilka razy dłużej. Jeszcze kilka lat temu thanadeimscy chłopi pokpiwali sobie z zagrożenia jakie może stanowić Rój, niszcząc gniazda dopiero gdy znajdowali je na swoich polach. Nie tępione owady zaczęły się jednak rozmnażać w lasach, kryjąc się, mimo przerażającej liczebności. Gdy jednak zdecydowały się atakować ludzkie siedziby w poszukiwaniu krwi, mieszkańcy odludzi zdali sobie sprawę z powagi sytuacji. Obecnie Rój był już plagą, pustoszącą nie tylko zbiory, ale i mordującą ludzi w wielkich chmarach.
Elzahar nie wątpił, że ze stadkiem uporał się ktoś z zewnątrz - miejscowi w niczym nie przypominali wojowników. Może to nawet lepiej, że się nie pchali kupą z widłami i pochodniami jak w słabej opowiastce. Tak przynajmniej nie było w pobliżu żadnego ludzkiego trupa. Za to pozostały całe sterty zdechłych owadów. Ktokolwiek uratował mieszkańców wioski, zdecydowanie chciał zostać i pomóc po sobie posprzątać. Ależ oczywiście, dodał w myślach Seneka ze wstrętem. Przecież bohaterowie nie sprzątają. Muszą zostawiać to uczciwym ludziom, którzy pewnie nie mieli niczego ważnego zaplanowanego na ten wieczór. W końcu nie ma nic lepszego od zbierania śmierdzących trucheł...
I to on w tej historii ma być ,,tym złym".
Blancheflor siedziała bokiem w siodle, z typową sobie gracją utrzymując bez problemu równowagę. Jedną ręką bezwiednie gładziła łopatkę karego ogiera, z nudów wąchającego trawę przy szlaku, a w drugiej trzymała książkę. Pogrążona w lekturze, zauważyła powrót Seneki dopiero gdy wsiadł na swojego konia. Podniosła wzrok lekko zaskoczona.
- I jak? - zapytała, przerzucając jedną nogę z powrotem na drugą stronę grzbietu wierzchowca.
- Rój. Palili martwe trutnie - wyjaśnił, mając na myśli dym na horyzoncie, który to właśnie zwrócił jego uwagę na wioskę.
- Ktoś jednak pomógł? - odgadła Blanche. Ruszyli stępa przed siebie.
- Tak - odpowiedział krótko Mglisty.
- Ale pewnie tego kogoś już tam nie było?
- Tak - mężczyzna westchnął zrezygnowany. - Zaczynam już dostrzegać dlaczego ten kraj jest z góry skazany na zagładę.
- Zagładę? - kobieta uniosła jedną brew. - Nie przesadzasz zbytnio?
- Przypomnij sobie Dal-Virię - zaczął Seneka. - Opowiadałaś mi raz jak mieszkańcy Tiade zrobili szturm na to stare dworzyszcze, które sobie zajęłaś bez pytania. Zdarzyło się tak więcej razy?
- Oj taaak... - Blancheflor rozmarzyła się chwilę, wspominając z uśmiechem swój pobyt w Castelii. - Zbierali się od czasu do czasu w grupę i szli z pochodniami ,,przepędzić upiora"...ciekawe, co by było, jakby zobaczyli ciebie - dodała z nutą złośliwości.
- Wracając do tematu - jej mąż zignorował ostatni komentarz. - Dal-virczycy byli gotowi walczyć z czymś, czego nawet na oczy nie widzieli. Nie chcieli u siebie niczego, co mogło im w jakiś sposób zagrozić. A thanadeimczycy nie mają nawet tyle chęci, by spalić kilka niewyrobionych jeszcze gniazd. Bo po co? Martwią się tym dopiero, gdy robale zaczynają przerastać kozy.
- Są pewni siebie - sukkub wzruszył ramionami. - Rozpiera ich pycha i lekceważenie.
- I tu tkwi problem - mężczyzna ponownie obejrzał się w stronę wioski w dole wzgórza.
Blanche również spojrzała w tamtym kierunku. Teraz w zaczerwienione od zachodu niebo wznosiły się już trzy słupy smolistego dymu. Grube, chitynowe pancerzyki przerośniętych owadów nie chciały się spalić. Pod wpływem ciepła prędzej pękały, uwalniając kłęby cuchnącej pary z ugotowanych w środku wnętrzności. Powietrze po takim ,,ognisku" sprzyjało chorobom płucnym, ale - jak zauważył Seneka - mieszkańcy Thanadeimu nie przejmowali się już absolutnie niczym. W końcu co za różnica zginąć rozszarpanym przez bandrochłapa, a uduszonym przez smołę w płucach? Kobieta westchnęła.
- To nigdy nie był twój obowiązek - przypomniała mężowi. - A teraz dostaliśmy wyraźny rozkaz. Dopóki Rój nie pojawi się również w Dal-Virii, nie powinniśmy się tym wszystkim przejmować. Na pewne rzeczy nie warto tracić nerwów.
Lider Kruków nie odpowiedział. Spojrzał tylko z powrotem w kierunku jazdy. Nie chciał wypowiedzieć tego na głos, ale miał silne przeczucie, że Rój w końcu znajdzie sposób, by przedostać się przez góry. Thanadeim, ironicznie, był dla Dal-Virii ostatnią barykadą przed wyjaławiającą ziemię krwiożerczą plagą.
Ale co racja to racja. Jeśli kiedykolwiek do tego dojdzie, Seneka przynajmniej nie będzie mógł się o to obwiniać. To w końcu nigdy nie był jego prawdziwy obowiązek. To było złudzenie. Usilnie wmawiał sobie, że jest tu jeszcze do czegoś potrzebny. A przecież nie był thanadeimczykiem. Nie był temu krajowi nic winien. Powinien go obchodzić tak samo, jak obchodziła go przyszłość Dal-Virii.
Szkoda, że nie umiał tego wmówić sumieniu.
Wioska nie ucierpiała tak, jak byłoby to możliwe - potwory skupiły swoją chęć mordu na czymś poza jej obrębem. Tylko niektórzy maruderzy postraszyli wieśniaków, rozbili kilka okien i wywrócili stragany, po czym zdecydowali się przyłączyć do rozróby trwającej na poletku niedaleko. A przynajmniej tyle Mglisty zdołał wyczytać ze śladów. Przedstawienie zakończyło się już dawno. Przerytą pługami ziemię zasłały trupy jakiegoś latającego plugastwa, gdzieniegdzie leżały większe, których formalnych nazw mężczyzna nawet nie próbował zgadywać. Powietrze przywodziło na myśl dżumę, chociaż w okolicy przypadków zgonów wywołanych czarną śmiercią nie odnotowano od długich lat. Cierpko słodkawą woń Seneka rozpoznał bezbłędnie: przedwczesne stadium rozkładu, nienaturalne w przypadku zwłok ludzkich.
Przynajmniej wiem, że dobrze trafiłem, pomyślał, a z maski uleciał ze świstem odgłos ponurego westchnienia.
Zrobił krok nad poletkiem i coś pod jego nogą chrupnęło, rozlewając wokół siebie półpłynną masę. Spojrzał w dół, unosząc nogę za którą pociągnął kilka wstęg zielonych glutów. Rozdeptał coś przypominające komara, tylko że wielkości małego psa. Wytarł z odrazą but o kępę trawy. Nic nie napawało go tak wielkim obrzydzeniem jak młode Roju. Rozejrzał się po pozostałych martwych owadach, próbując ocenić ich wiek. Jeśli było tu więcej młodych, gniazdo musiało być blisko. Młode obawiały się oddalać od Roju, dopiero z wiekiem robiły się coraz śmielsze. A te owady nie umierały po kilku dniach. Jeden Rój potrafił istnieć setki lat, mając trutnie w wieku nawet piętnastu lat, nie wspominając, że królowe żyły kilka razy dłużej. Jeszcze kilka lat temu thanadeimscy chłopi pokpiwali sobie z zagrożenia jakie może stanowić Rój, niszcząc gniazda dopiero gdy znajdowali je na swoich polach. Nie tępione owady zaczęły się jednak rozmnażać w lasach, kryjąc się, mimo przerażającej liczebności. Gdy jednak zdecydowały się atakować ludzkie siedziby w poszukiwaniu krwi, mieszkańcy odludzi zdali sobie sprawę z powagi sytuacji. Obecnie Rój był już plagą, pustoszącą nie tylko zbiory, ale i mordującą ludzi w wielkich chmarach.
Elzahar nie wątpił, że ze stadkiem uporał się ktoś z zewnątrz - miejscowi w niczym nie przypominali wojowników. Może to nawet lepiej, że się nie pchali kupą z widłami i pochodniami jak w słabej opowiastce. Tak przynajmniej nie było w pobliżu żadnego ludzkiego trupa. Za to pozostały całe sterty zdechłych owadów. Ktokolwiek uratował mieszkańców wioski, zdecydowanie chciał zostać i pomóc po sobie posprzątać. Ależ oczywiście, dodał w myślach Seneka ze wstrętem. Przecież bohaterowie nie sprzątają. Muszą zostawiać to uczciwym ludziom, którzy pewnie nie mieli niczego ważnego zaplanowanego na ten wieczór. W końcu nie ma nic lepszego od zbierania śmierdzących trucheł...
I to on w tej historii ma być ,,tym złym".
Blancheflor siedziała bokiem w siodle, z typową sobie gracją utrzymując bez problemu równowagę. Jedną ręką bezwiednie gładziła łopatkę karego ogiera, z nudów wąchającego trawę przy szlaku, a w drugiej trzymała książkę. Pogrążona w lekturze, zauważyła powrót Seneki dopiero gdy wsiadł na swojego konia. Podniosła wzrok lekko zaskoczona.
- I jak? - zapytała, przerzucając jedną nogę z powrotem na drugą stronę grzbietu wierzchowca.
- Rój. Palili martwe trutnie - wyjaśnił, mając na myśli dym na horyzoncie, który to właśnie zwrócił jego uwagę na wioskę.
- Ktoś jednak pomógł? - odgadła Blanche. Ruszyli stępa przed siebie.
- Tak - odpowiedział krótko Mglisty.
- Ale pewnie tego kogoś już tam nie było?
- Tak - mężczyzna westchnął zrezygnowany. - Zaczynam już dostrzegać dlaczego ten kraj jest z góry skazany na zagładę.
- Zagładę? - kobieta uniosła jedną brew. - Nie przesadzasz zbytnio?
- Przypomnij sobie Dal-Virię - zaczął Seneka. - Opowiadałaś mi raz jak mieszkańcy Tiade zrobili szturm na to stare dworzyszcze, które sobie zajęłaś bez pytania. Zdarzyło się tak więcej razy?
- Oj taaak... - Blancheflor rozmarzyła się chwilę, wspominając z uśmiechem swój pobyt w Castelii. - Zbierali się od czasu do czasu w grupę i szli z pochodniami ,,przepędzić upiora"...ciekawe, co by było, jakby zobaczyli ciebie - dodała z nutą złośliwości.
- Wracając do tematu - jej mąż zignorował ostatni komentarz. - Dal-virczycy byli gotowi walczyć z czymś, czego nawet na oczy nie widzieli. Nie chcieli u siebie niczego, co mogło im w jakiś sposób zagrozić. A thanadeimczycy nie mają nawet tyle chęci, by spalić kilka niewyrobionych jeszcze gniazd. Bo po co? Martwią się tym dopiero, gdy robale zaczynają przerastać kozy.
- Są pewni siebie - sukkub wzruszył ramionami. - Rozpiera ich pycha i lekceważenie.
- I tu tkwi problem - mężczyzna ponownie obejrzał się w stronę wioski w dole wzgórza.
Blanche również spojrzała w tamtym kierunku. Teraz w zaczerwienione od zachodu niebo wznosiły się już trzy słupy smolistego dymu. Grube, chitynowe pancerzyki przerośniętych owadów nie chciały się spalić. Pod wpływem ciepła prędzej pękały, uwalniając kłęby cuchnącej pary z ugotowanych w środku wnętrzności. Powietrze po takim ,,ognisku" sprzyjało chorobom płucnym, ale - jak zauważył Seneka - mieszkańcy Thanadeimu nie przejmowali się już absolutnie niczym. W końcu co za różnica zginąć rozszarpanym przez bandrochłapa, a uduszonym przez smołę w płucach? Kobieta westchnęła.
- To nigdy nie był twój obowiązek - przypomniała mężowi. - A teraz dostaliśmy wyraźny rozkaz. Dopóki Rój nie pojawi się również w Dal-Virii, nie powinniśmy się tym wszystkim przejmować. Na pewne rzeczy nie warto tracić nerwów.
Lider Kruków nie odpowiedział. Spojrzał tylko z powrotem w kierunku jazdy. Nie chciał wypowiedzieć tego na głos, ale miał silne przeczucie, że Rój w końcu znajdzie sposób, by przedostać się przez góry. Thanadeim, ironicznie, był dla Dal-Virii ostatnią barykadą przed wyjaławiającą ziemię krwiożerczą plagą.
Ale co racja to racja. Jeśli kiedykolwiek do tego dojdzie, Seneka przynajmniej nie będzie mógł się o to obwiniać. To w końcu nigdy nie był jego prawdziwy obowiązek. To było złudzenie. Usilnie wmawiał sobie, że jest tu jeszcze do czegoś potrzebny. A przecież nie był thanadeimczykiem. Nie był temu krajowi nic winien. Powinien go obchodzić tak samo, jak obchodziła go przyszłość Dal-Virii.
Szkoda, że nie umiał tego wmówić sumieniu.
Od Flo (CD Reimenth'a) - Różne definicje ,,zwalania z nóg"...
Flo zerwała się na równe nogi nieco speszona. Białowłosy odsapnął, próbując niezdarnie wstać. Coś musiało go mocno walnąć. Uwadze Oszustki nie umknęła rana na udzie, chociaż ciężko było stwierdzić czy nie był ranny też gdzie indziej przez oblepiającą koszulę krew.
- Wybacz za to podcięcie - zaczął, oglądając się w stronę walki niemal na drugim końcu sali - ale coś zwaliło mnie z nóg - dodał patrząc w stronę jednej z bestii.
- Nie przejmuj się - stwierdziła Wiedźma, szukając wzrokiem swojego miecza. - Mam dwie lewe nogi, pewnie sama bym się na kogoś prędzej czy później wywaliła...
To akurat nie było do końca prawdą. Pieczęć szermierza dalej działała, wmawiając ciału Flo, że spędziło lata na treningach. Jej siła i równowaga ulegały znaczącej poprawie. Jakakolwiek pomyłka w tym momencie świadczyłaby o niekompetencji tworzącego pieczęć Fałszerza, a rogata elfka była mistrzynią w tej dziedzinie. Jej pieczęci nie zwykły zawodzić.
Zobaczyła swój miecz i skoczyła w jego kierunku. Złapała rękojeść, w ostatniej chwili rzucając się do tyłu na ziemię, by uratować się przed spotkaniem z zębatą paszczą. Szatynka z klanu Orłów zagwizdała na potwora, dając Wiedźmie chwilę czasu na zebranie się z powrotem do kupy.
- Tnijcie mu łapy! - zawołała kurierka.
- Jesteś pewna? - rzuciła niepewnie elfka.
- A nie widziałaś nigdy żywego inwalidy bez nogi?! TNIJCIE, CHOLERA JASNA!
- KURRRR*A MAĆ! - ożywiła się żółta papużka. Ta to w ogóle nie przejmuje się sytuacją. Floriana zaczynała zwierzakowi zazdrościć.
Białowłosemu chłopakowi powtarzać dwa razy nie trzeba było. Mimo najwyraźniej poważnego obicia i zranionej nogi bez oporów dołączył do walki, starając się mierzyć w tylną lewą kończynę. Uniknął zdradzieckiego ogona i wbił miecz na wysokości zgięcia. Ostrze kierowane impetem przebiło łuskę...ale utknęło w skórze. Szermierz przeklął i wyrwał broń w ostatniej chwili.
- Za jednym razem to chyba nie zadziała - powiedział.
- NO CO TY NIE POWIESZ? - Orlica dalej zajęty była ściąganiem na siebie głównej uwagi monstrum. - RĄBCIEŻ NA ZMIANĘ, ALBO DAJCIE MI MIECZ I SAMA TO ZROBIĘ!
Ani Flo, ani białowłosy nie mieli chyba ochoty oddawać swojej broni w obce ręce. Zebrali się więc do kupy i zaczęli na zmianę atakować tą samą łapę. Bestia z każdym ciosem zwracała się w ich kierunku, ale Szatynka nie pozwalała jej o sobie zapomnieć, dzieląc ją po łbie cienkim metalowym kijem. W końcu po kilku próbach rogata poczuła, jak jej miecz uderza w kość. Powietrze rozdarł ryk bólu i wściekłości. Potwór już ostatecznie zapomniał o istnieniu kurierki, kierując ślepia na Oszustkę. Całym swoim ciałem mówił, że chce kogoś w końcu zamordować, a najlepiej, by był to któryś z dręczących go małpoludów. Jednak nie było mu dane nacieszyć się smakiem krwi - czyjeś ostrze dokończyło dzieła, łamiąc ostatecznym uderzeniem twardą kość. Noga potwora pod ciężarem cielska wygięła się nie w tą stronę w którą powinna, przysparzając mu kolejnych cierpień i zmuszając do upadku. Szatynka złapała skądś podpaloną szmatkę i cisnęła nią w grzbiet potwora. Bestia niezgrabnie rzuciła się do ucieczki, gubiąc wbity w nogę miecz...białowłosego. Sam chłopak uskoczył przed uciekającym potworem i podniósł broń zdyszany.
W przeciągu kilku minut ryk ostatniego potwora został urwany zniecierpliwionym cięciem.
Wszyscy obecni popatrzyli po sobie. Zmęczeni, brudni od cuchnącej juchy, niektórzy w zniszczonych strojach wieczorowych. I nikt nie wiedział co ze sobą zrobić. Wyjść do przysłuchujących się wszystkiemu na zewnątrz ludzi? Zebrać manatki i pójść jakby nigdy nic do swoich pokoi?
Zastanowienie przerwały kruczowłosa piratka i kurierka z papugą na ramieniu - po prostu położyły się na podłodze, bezmyślnie gapiąc w sufit. Wszyscy ich przykładem usiedli na porytych kafelkach, pod ścianami, czy też bez pytania nalewali sobie wina z ostałych cudem dwóch stołów. Dopiero po kilku minutach zaczęły się rozmowy. I gdyby nie zniszczona sala i płonące cielska hybryd, wchodzący tu nieobeznany z sytuacją człowiek mógłby uznać, że trwa tu prywatne spotkanie towarzyskie dla członków klanów. W sumie to teraz wszystkim przydałaby się taka mała kameralna impreza, bez muzyki i arystokratów. Tylko tego typu odludki, mające przynajmniej jakieś wspólne tematy (nawet jeśli nawiązują one do rzeczy, których nie powinno się omawiać w kulturalnym towarzystwie). Skoro nikt nie wpadł na organizację mniejszego pomieszczenia dla wszystkich nie lubiących wielkich imprez, to zajęli sobie salę sami...no może z pomocą kilku potworów.
Flo usiadła na podłodze, nie zastanawiając się nawet zbytnio co robi. Przecież mogła teraz uciec, zanim wejdzie tu straż i zda sobie sprawę, że dalej mogą ukarać złodziejkę obrazów. Ale w sumie...po co? Nie chciała przełamywać tych kilku minut wytchnienia. Jeśli teraz wyjdzie, ściągnie na siebie uwagę i wszyscy gapie wleją się tu z powrotem. Nie, lepiej niech myślą, że nie powinni się wtrącać. Dziewczyna więc jedynie odchyliła głowę w stronę chłodnego prądu powietrza wdzierającego się przez rozbity witraż. Nie zdawała sobie sprawy jak zatęchłe od nienaturalnie krzepnącej krwi stało się wiszące w sali powietrze, dopóki nie poczuła świeżego powiewu.
Coś zaswędziało ją na szyi. Zirytowana obsunęła tunikę z ramienia i zdrapała granatową pieczęć. Ze skóry schodziła porównywalnie do plastra, ale nie szczypiąc przy tym tak strasznie. Gdy tylko ją oderwała, zmięła ją w palcach, rozdzierając na drobne części. Zawsze tak robiła. Kto wie, czy przypadkiem oderwany lak nie trafiłby do jakiegoś Fałszerza, zdolnego odczytać wzór pieczęci, a co za tym idzie całą przepisaną historię Flo. Mógłby wykorzystać jej wzory na własną korzyść, a Wiedźma, jak każdy szanujący swoją pracę Fałszerz, nie lubiła się dzielić.
Nagle zauważyła, że metr dalej usiadł białowłosy, spoglądając ciekawie na to co robi. Powstrzymał się jednak od pytań i chwała mu za to. Floriana przypomniała sobie o czymś istotnym.
- Dziękuję. Za tamto - powiedziała, a dla skorygowania kiwnęła głową w stronę martwego cielska z połowicznie odciętą łapą.
- Chyba innego wyjścia nie miałem - chłopak uśmiechnął się lekko. - A tak w ogóle, to jestem Reimenth...ale mówią mi Rei.
- Floriana - przedstawiła się Oszustka. Po chwili dodała, również z uśmiechem: - Ale mówią mi Flo.
Rei? Wybacz mi ten czas, błagam *^*
- Wybacz za to podcięcie - zaczął, oglądając się w stronę walki niemal na drugim końcu sali - ale coś zwaliło mnie z nóg - dodał patrząc w stronę jednej z bestii.
- Nie przejmuj się - stwierdziła Wiedźma, szukając wzrokiem swojego miecza. - Mam dwie lewe nogi, pewnie sama bym się na kogoś prędzej czy później wywaliła...
To akurat nie było do końca prawdą. Pieczęć szermierza dalej działała, wmawiając ciału Flo, że spędziło lata na treningach. Jej siła i równowaga ulegały znaczącej poprawie. Jakakolwiek pomyłka w tym momencie świadczyłaby o niekompetencji tworzącego pieczęć Fałszerza, a rogata elfka była mistrzynią w tej dziedzinie. Jej pieczęci nie zwykły zawodzić.
Zobaczyła swój miecz i skoczyła w jego kierunku. Złapała rękojeść, w ostatniej chwili rzucając się do tyłu na ziemię, by uratować się przed spotkaniem z zębatą paszczą. Szatynka z klanu Orłów zagwizdała na potwora, dając Wiedźmie chwilę czasu na zebranie się z powrotem do kupy.
- Tnijcie mu łapy! - zawołała kurierka.
- Jesteś pewna? - rzuciła niepewnie elfka.
- A nie widziałaś nigdy żywego inwalidy bez nogi?! TNIJCIE, CHOLERA JASNA!
- KURRRR*A MAĆ! - ożywiła się żółta papużka. Ta to w ogóle nie przejmuje się sytuacją. Floriana zaczynała zwierzakowi zazdrościć.
Białowłosemu chłopakowi powtarzać dwa razy nie trzeba było. Mimo najwyraźniej poważnego obicia i zranionej nogi bez oporów dołączył do walki, starając się mierzyć w tylną lewą kończynę. Uniknął zdradzieckiego ogona i wbił miecz na wysokości zgięcia. Ostrze kierowane impetem przebiło łuskę...ale utknęło w skórze. Szermierz przeklął i wyrwał broń w ostatniej chwili.
- Za jednym razem to chyba nie zadziała - powiedział.
- NO CO TY NIE POWIESZ? - Orlica dalej zajęty była ściąganiem na siebie głównej uwagi monstrum. - RĄBCIEŻ NA ZMIANĘ, ALBO DAJCIE MI MIECZ I SAMA TO ZROBIĘ!
Ani Flo, ani białowłosy nie mieli chyba ochoty oddawać swojej broni w obce ręce. Zebrali się więc do kupy i zaczęli na zmianę atakować tą samą łapę. Bestia z każdym ciosem zwracała się w ich kierunku, ale Szatynka nie pozwalała jej o sobie zapomnieć, dzieląc ją po łbie cienkim metalowym kijem. W końcu po kilku próbach rogata poczuła, jak jej miecz uderza w kość. Powietrze rozdarł ryk bólu i wściekłości. Potwór już ostatecznie zapomniał o istnieniu kurierki, kierując ślepia na Oszustkę. Całym swoim ciałem mówił, że chce kogoś w końcu zamordować, a najlepiej, by był to któryś z dręczących go małpoludów. Jednak nie było mu dane nacieszyć się smakiem krwi - czyjeś ostrze dokończyło dzieła, łamiąc ostatecznym uderzeniem twardą kość. Noga potwora pod ciężarem cielska wygięła się nie w tą stronę w którą powinna, przysparzając mu kolejnych cierpień i zmuszając do upadku. Szatynka złapała skądś podpaloną szmatkę i cisnęła nią w grzbiet potwora. Bestia niezgrabnie rzuciła się do ucieczki, gubiąc wbity w nogę miecz...białowłosego. Sam chłopak uskoczył przed uciekającym potworem i podniósł broń zdyszany.
W przeciągu kilku minut ryk ostatniego potwora został urwany zniecierpliwionym cięciem.
Wszyscy obecni popatrzyli po sobie. Zmęczeni, brudni od cuchnącej juchy, niektórzy w zniszczonych strojach wieczorowych. I nikt nie wiedział co ze sobą zrobić. Wyjść do przysłuchujących się wszystkiemu na zewnątrz ludzi? Zebrać manatki i pójść jakby nigdy nic do swoich pokoi?
Zastanowienie przerwały kruczowłosa piratka i kurierka z papugą na ramieniu - po prostu położyły się na podłodze, bezmyślnie gapiąc w sufit. Wszyscy ich przykładem usiedli na porytych kafelkach, pod ścianami, czy też bez pytania nalewali sobie wina z ostałych cudem dwóch stołów. Dopiero po kilku minutach zaczęły się rozmowy. I gdyby nie zniszczona sala i płonące cielska hybryd, wchodzący tu nieobeznany z sytuacją człowiek mógłby uznać, że trwa tu prywatne spotkanie towarzyskie dla członków klanów. W sumie to teraz wszystkim przydałaby się taka mała kameralna impreza, bez muzyki i arystokratów. Tylko tego typu odludki, mające przynajmniej jakieś wspólne tematy (nawet jeśli nawiązują one do rzeczy, których nie powinno się omawiać w kulturalnym towarzystwie). Skoro nikt nie wpadł na organizację mniejszego pomieszczenia dla wszystkich nie lubiących wielkich imprez, to zajęli sobie salę sami...no może z pomocą kilku potworów.
Flo usiadła na podłodze, nie zastanawiając się nawet zbytnio co robi. Przecież mogła teraz uciec, zanim wejdzie tu straż i zda sobie sprawę, że dalej mogą ukarać złodziejkę obrazów. Ale w sumie...po co? Nie chciała przełamywać tych kilku minut wytchnienia. Jeśli teraz wyjdzie, ściągnie na siebie uwagę i wszyscy gapie wleją się tu z powrotem. Nie, lepiej niech myślą, że nie powinni się wtrącać. Dziewczyna więc jedynie odchyliła głowę w stronę chłodnego prądu powietrza wdzierającego się przez rozbity witraż. Nie zdawała sobie sprawy jak zatęchłe od nienaturalnie krzepnącej krwi stało się wiszące w sali powietrze, dopóki nie poczuła świeżego powiewu.
Coś zaswędziało ją na szyi. Zirytowana obsunęła tunikę z ramienia i zdrapała granatową pieczęć. Ze skóry schodziła porównywalnie do plastra, ale nie szczypiąc przy tym tak strasznie. Gdy tylko ją oderwała, zmięła ją w palcach, rozdzierając na drobne części. Zawsze tak robiła. Kto wie, czy przypadkiem oderwany lak nie trafiłby do jakiegoś Fałszerza, zdolnego odczytać wzór pieczęci, a co za tym idzie całą przepisaną historię Flo. Mógłby wykorzystać jej wzory na własną korzyść, a Wiedźma, jak każdy szanujący swoją pracę Fałszerz, nie lubiła się dzielić.
Nagle zauważyła, że metr dalej usiadł białowłosy, spoglądając ciekawie na to co robi. Powstrzymał się jednak od pytań i chwała mu za to. Floriana przypomniała sobie o czymś istotnym.
- Dziękuję. Za tamto - powiedziała, a dla skorygowania kiwnęła głową w stronę martwego cielska z połowicznie odciętą łapą.
- Chyba innego wyjścia nie miałem - chłopak uśmiechnął się lekko. - A tak w ogóle, to jestem Reimenth...ale mówią mi Rei.
- Floriana - przedstawiła się Oszustka. Po chwili dodała, również z uśmiechem: - Ale mówią mi Flo.
Rei? Wybacz mi ten czas, błagam *^*
środa, 15 lutego 2017
Od Matteo (CD Dante) - Chwila wytchnienia
Teo nigdy nie lubił wielkich przyjęć. Za dużo było na nich ludzi wyrażających się wyjątkowo głośno na wszelkie dostępne tematy, pomimo faktu, że nie posiadali na ich temat żadnej wiedzy. Jak już zdążył się niejeden raz przekonać, ,,puste dzbanki tłuką się najgłośniej". Jedyną ulgą mogło być tylko zniesienie tej męki na spółkę z kimś równie niezadowolonym z sytuacji. Matteo daleko szukać nie musiał - wystarczyło jedno spojrzenie w stronę Dante, by zauważyć, że liderce Orłów wcale nie podoba się spędzanie wieczoru w dusznej sali balowej. Niestety, za każdym razem, gdy próbował jakoś się przecisnąć w stronę jasnowłosej dziewczyny znajdowało się coś chcące jeszcze bardziej uprzykrzyć mu wieczór. Głównie była to arystokracja, porywająca bogu ducha winną Rubkat w różne strony. Aż w końcu, gdy chłopak miał się już uwolnić od wariatki w błękitnym kapturku i zaprosić Dan do tańca zanim znowu ktoś ją zaczepi...
Modlitwy Teo po raz pierwszy w życiu zostały wysłuchane: pojawiła się porządna wymówka, by opuścić przyjęcie. Szkoda, że nic takiego nie przytrafiło mu się podczas POPRZEDNICH zabaw na których nie miał ŻADNYCH planów. Parszywe szczęście niebieskookiego maga musiało zsyłać małe stadko niezniszczalnych potworów akurat wtedy, gdy po latach oślego uporu i uprzedzeń zdecydował się bawić jak cała reszta zamiast podpierać ściany jak jakiś odludek.
Cóż, potraktujmy to jako jasny znak, że nie powinien postępować zgodnie z resztą.
Przejdźmy jednak do chwili, w której wściekła Dan miała już kompletnie dosyć niszczenia jej wieczoru. Bestie się rozmnożyły, ogień zaczynał szaleć, a wszyscy wydawali się już być solidnie wyczerpani. Kolejne stworzone przez Forrestera magiczne pęta prysły, nie stanowiąc dla potwora problemu. Rubkat starała się ciąć jak najmniej szkodliwie, co jedynie zwiększało jej frustrację.
- I na cholerę mi ten miecz, jeśli nie mogę niczego nim zaje*ać?! - wrzasnęła wściekła Beatrice, w jednym zdaniu wyrażając myśl dzieloną chyba przez wszystkich pozostałych na sali.
- To nie ma sensu - zgodził się Teo, dysząc z wysiłku. - Musi być na te potwory sposób...
- Malinowy czereśniak! - zawołało coś nagle obok niego.
Spojrzał w bok zaskoczony. W całym chaosie zapomniał o istnieniu małego demona szczycącego się imieniem Amita. Dziewczyna, tak jak podczas przyjęcia, pojawiła się znikąd, znowu krzycząc do ucha chłopaka słowa nie mające żadnego sensu. Tym razem jednak usłyszeli ją wszyscy obok. Obejrzeli się z tym samym zaskoczonym wyrazem na twarzach. Roześmiana (wbrew sytuacji) Ishwari szybko się poprawiła:
- Miałam na myśli ogień! - rzuciła Beatrice nasiąkniętą czymś szmatę.
Kobieta obejrzała się wgłąb sali, w stronę głównego wejścia. Faktycznie, kilka potworów już zajęło się ogniem, a trzy leżały już martwe. I nie wyglądało na to, by coś jeszcze miało z nich wyleźć. Beatrice uśmiechnęła się diabolicznie i owinęła miecz szmatą, umoczoną najpewniej w oliwie.
- DAN! - zawołała do unikającej ataków potwora liderki Orłów.
Dziewczyna prześlizgnęła się pod brzuchem potwora, zyskując kilka sekund na złapanie rzuconego jej mokrego strzępu z jakiejś firany. Nie pytała po co, po prostu zawinęła w niego ostrze miecza. Zanim Teo zdążył zapytać skąd wezmą ogień, broń zajęła się nim samoistnie. Obejrzał się wokół, z zaskoczeniem dostrzegając, że sytuacja powtórzyła się w przypadku każdego oręża pokrytego łatwopalnym materiałem. Płomienie wydawały się nie niszczyć metalu ani parzyć ich właścicieli, co wskazywało na ingerencję potężniejszego maga.
- Teo, miałabym prośbę! - zawołała Dante, w ostatniej chwili uchylając się pod pazurzastą łapą. - Mógłbyś tego gnoja unieruchomić?!
Matteo skinął głową i wyciągnął ręce w stronę bestii. Ostatni wysiłek, powtórzył sobie w myślach próbując zebrać choć trochę skupienia. Wtedy łapy stwora owinęły błękitne łańcuchy, przykuwając je do ziemi. Potwór stracił równowagę przez szarpnięcie, gdy gwałtownie uniósł przednią łapę. Upadł paskudnym pyskiem na posadzkę, a dziewczyny nie tracąc ani chwili cięły z dwóch stron w ustawioną jak pod katowski topór szyję. Łeb nie odpadł całkowicie - ciało, jakby nadal żywe, zdążyło się jeszcze podnieść na chwiejne łapy, ciągnąc za sobą głowę wiszącą ohydnie na kilku ścięgnach. Dopiero potem cielsko upadło, pozostając już w ostatecznym bezruchu.
Zapach przypalonego mięsa wkrótce wisiał już w powietrzu w całej sali. Mdlący odór zaczynał już przyprawiać o zawrót głowy. Gdy było już po wszystkim, zapadła nagła cisza. Ostatni kwik potwora ktoś urwał zamaszystym cięciem. A potem pozostały jedynie dźwięki skwierczącej skóry.
Matteo rozejrzał się po pobojowisku, opierając o ścianę między całymi oknami. Wszyscy chyba nie czuli się na siłach, by opuszczać salę. Tak jak stali, siadali na podłodze, pod ścianami i kolumnadą. Niektórzy, jak szatynka z papugą i piratka, nawet kładli się całkowicie na kafelkach, gapiąc bezmyślnie w sufit. Nikt nie miał ochoty wyjść na zewnątrz by dać znać, że jeszcze żyje. Przecież wtedy znowu będzie się od nich czegoś wymagać. Ludzie zaczną pytać i nie przestaną, chociaż żaden z uczestników walki nie znał konkretnych odpowiedzi. Teraz zasłużyli na chwilę wytchnienia. Potem mogą wrócić do żywych.
Dante, w obszarpanej sukni i wyjątkowo podłym nastroju, osunęła się po ścianie obok Teo i klapnęła na podłogę. Kilka razy lekko uderzyła potylicą w cegły, próbując jak pozostali zebrać się do kupy.
- Wisisz mi ten taniec - mruknęła do Borsuka tonem, jakby całe to zamieszanie z potworami było jego winą.
Chłopak parsknął śmiechem.
- Cokolwiek sobie pani zażyczy - odpowiedział z westchnieniem.
Dante? Krótko, ale chyba trzeba kończyć to przyjęcie :P
Modlitwy Teo po raz pierwszy w życiu zostały wysłuchane: pojawiła się porządna wymówka, by opuścić przyjęcie. Szkoda, że nic takiego nie przytrafiło mu się podczas POPRZEDNICH zabaw na których nie miał ŻADNYCH planów. Parszywe szczęście niebieskookiego maga musiało zsyłać małe stadko niezniszczalnych potworów akurat wtedy, gdy po latach oślego uporu i uprzedzeń zdecydował się bawić jak cała reszta zamiast podpierać ściany jak jakiś odludek.
Cóż, potraktujmy to jako jasny znak, że nie powinien postępować zgodnie z resztą.
Przejdźmy jednak do chwili, w której wściekła Dan miała już kompletnie dosyć niszczenia jej wieczoru. Bestie się rozmnożyły, ogień zaczynał szaleć, a wszyscy wydawali się już być solidnie wyczerpani. Kolejne stworzone przez Forrestera magiczne pęta prysły, nie stanowiąc dla potwora problemu. Rubkat starała się ciąć jak najmniej szkodliwie, co jedynie zwiększało jej frustrację.
- I na cholerę mi ten miecz, jeśli nie mogę niczego nim zaje*ać?! - wrzasnęła wściekła Beatrice, w jednym zdaniu wyrażając myśl dzieloną chyba przez wszystkich pozostałych na sali.
- To nie ma sensu - zgodził się Teo, dysząc z wysiłku. - Musi być na te potwory sposób...
- Malinowy czereśniak! - zawołało coś nagle obok niego.
Spojrzał w bok zaskoczony. W całym chaosie zapomniał o istnieniu małego demona szczycącego się imieniem Amita. Dziewczyna, tak jak podczas przyjęcia, pojawiła się znikąd, znowu krzycząc do ucha chłopaka słowa nie mające żadnego sensu. Tym razem jednak usłyszeli ją wszyscy obok. Obejrzeli się z tym samym zaskoczonym wyrazem na twarzach. Roześmiana (wbrew sytuacji) Ishwari szybko się poprawiła:
- Miałam na myśli ogień! - rzuciła Beatrice nasiąkniętą czymś szmatę.
Kobieta obejrzała się wgłąb sali, w stronę głównego wejścia. Faktycznie, kilka potworów już zajęło się ogniem, a trzy leżały już martwe. I nie wyglądało na to, by coś jeszcze miało z nich wyleźć. Beatrice uśmiechnęła się diabolicznie i owinęła miecz szmatą, umoczoną najpewniej w oliwie.
- DAN! - zawołała do unikającej ataków potwora liderki Orłów.
Dziewczyna prześlizgnęła się pod brzuchem potwora, zyskując kilka sekund na złapanie rzuconego jej mokrego strzępu z jakiejś firany. Nie pytała po co, po prostu zawinęła w niego ostrze miecza. Zanim Teo zdążył zapytać skąd wezmą ogień, broń zajęła się nim samoistnie. Obejrzał się wokół, z zaskoczeniem dostrzegając, że sytuacja powtórzyła się w przypadku każdego oręża pokrytego łatwopalnym materiałem. Płomienie wydawały się nie niszczyć metalu ani parzyć ich właścicieli, co wskazywało na ingerencję potężniejszego maga.
- Teo, miałabym prośbę! - zawołała Dante, w ostatniej chwili uchylając się pod pazurzastą łapą. - Mógłbyś tego gnoja unieruchomić?!
Matteo skinął głową i wyciągnął ręce w stronę bestii. Ostatni wysiłek, powtórzył sobie w myślach próbując zebrać choć trochę skupienia. Wtedy łapy stwora owinęły błękitne łańcuchy, przykuwając je do ziemi. Potwór stracił równowagę przez szarpnięcie, gdy gwałtownie uniósł przednią łapę. Upadł paskudnym pyskiem na posadzkę, a dziewczyny nie tracąc ani chwili cięły z dwóch stron w ustawioną jak pod katowski topór szyję. Łeb nie odpadł całkowicie - ciało, jakby nadal żywe, zdążyło się jeszcze podnieść na chwiejne łapy, ciągnąc za sobą głowę wiszącą ohydnie na kilku ścięgnach. Dopiero potem cielsko upadło, pozostając już w ostatecznym bezruchu.
Zapach przypalonego mięsa wkrótce wisiał już w powietrzu w całej sali. Mdlący odór zaczynał już przyprawiać o zawrót głowy. Gdy było już po wszystkim, zapadła nagła cisza. Ostatni kwik potwora ktoś urwał zamaszystym cięciem. A potem pozostały jedynie dźwięki skwierczącej skóry.
Matteo rozejrzał się po pobojowisku, opierając o ścianę między całymi oknami. Wszyscy chyba nie czuli się na siłach, by opuszczać salę. Tak jak stali, siadali na podłodze, pod ścianami i kolumnadą. Niektórzy, jak szatynka z papugą i piratka, nawet kładli się całkowicie na kafelkach, gapiąc bezmyślnie w sufit. Nikt nie miał ochoty wyjść na zewnątrz by dać znać, że jeszcze żyje. Przecież wtedy znowu będzie się od nich czegoś wymagać. Ludzie zaczną pytać i nie przestaną, chociaż żaden z uczestników walki nie znał konkretnych odpowiedzi. Teraz zasłużyli na chwilę wytchnienia. Potem mogą wrócić do żywych.
Dante, w obszarpanej sukni i wyjątkowo podłym nastroju, osunęła się po ścianie obok Teo i klapnęła na podłogę. Kilka razy lekko uderzyła potylicą w cegły, próbując jak pozostali zebrać się do kupy.
- Wisisz mi ten taniec - mruknęła do Borsuka tonem, jakby całe to zamieszanie z potworami było jego winą.
Chłopak parsknął śmiechem.
- Cokolwiek sobie pani zażyczy - odpowiedział z westchnieniem.
Dante? Krótko, ale chyba trzeba kończyć to przyjęcie :P
Zapomniany Thanadeim i trochę muzyki
Dawno nie było postów informacyjnych, co? Oj tam, wiem, że je kochacie x3
Na początku ponownie muszę z bólem serca przeprosić za własną niechęć do roboty. Jakby nie było, miesiąc zastoju to wina głównie moja, najmojsza z mojszych. Zablokowałam was nieco i bardzo mi z tego powodu przykro (nie wieszajcie mnie za kostki w klatce z krensharami, proszę *^*). Ale mam coś co może wam nieco ten przestój osłodzić...
Od dawien dawna dostaję propozycji na założenie nowego klanu, którego członkowie działali by dla Thanadeimu. Jednakże powstrzymywała mnie przed tym świadomość jak biednym królestwem jest nasz szósty kolega. Biednym w opisie i ideologii. Thanadeim był po prostu najbardziej kliszowatą siedzibą wszelkiego zła plątającego się po świecie przedstawionym, a niedoceniony Ivan Noctourn miał być jedynie kozłem ofiarnym dla przekleństw i pogróżek. Nic dziwnego - pisałam to kilka lat temu, a przez ten czas mój styl i postrzeganie fantastyki uległo poważnej zmianie. Dlatego zdecydowałam się przed wprowadzeniem szóstego klanu zrobić kompletny rework zapomnianego, obrośniętego kurzem i pleśnią królestwa. Zmienione opisy Ivana i Thanadeimu są już dostępne na stronach z miejscami i postaciami epizodycznymi.
Zabieg wydaje mi się całkiem skuteczny. Thanadeim powinien wydawać się teraz miejscem bardziej realnym (jeśli można użyć takiego słowa w przypadku fantasy). Przede wszystkim potrzebne było zaznaczenie, że tam też żyją zwykli, strudzeni życiem, ciężko pracujący ludzie. W końcu spróbujmy sobie wyobrazić królestwo, którego obywatelami byłyby same potwory (i w tym momencie przed oczami staje mi wizja bandrochłapa w stroju lokaja noszącego lordowi Noctournowi tacę z jedzeniem :') Kocham swoją wyobraźnię!). Nawet w Mordorze Tolkiena żyli zwykli chłopi i rosły normalne rośliny (nie sugerujcie się fragmentem Mordoru przedstawionym w filmowym Powrocie Króla :P Zapraszam do lektury Silmarillionu). Sam Ivan Noctourn dostał jakąś mniej sztampową osobowość. Owszem, dalej jest tu ,,tym złym i winnym", bo sam sobie na tytuł wroga korony zasłużył. Ale nie przesadzajmy - przypomnijmy sobie wszystkich złych, których jednak koniec końców zaczynaliśmy lubić.
A propos dających się polubić złych - jak wam się podoba lider Kruków? :) Jestem naprawdę szczęśliwa, że Red w końcu zgodziła się zostać liderem (a długo mi przychodziło nalegać, oj długo xP) i nie mam wątpliwości, że świetnie sobie poradzi w pisaniu ,,tym złym". Klan póki co liczy dwóch członków (nie mogłam się powstrzymać przed stworzeniem postaci Blanche - ten wątek demonicznego małżeństwa był zbyt obiecujący >3) i nie nalegam do tworzenia nowych postaci. Wiem jak to jest z czasem, a raczej jego brakiem. Jednak wydaje mi się, że Kruki okażą się dla niektórych ciekawszą opcją wyboru niż pozostałe klany. Oj znam ja te wasze skłonności do tworzenia psychopatów (i jestem dumna z zasilania szeregów socjopatów). Teraz macie pole do popisu - thanadeimczycy akceptują najgorszych z najgorszych, bo w porównaniu do ich codziennego życia jeden potwór więcej nie zrobi różnicy :P
No i do tej pory najwięcej przestępców mamy w klanie Orłów...Zrehabilitowanych (albo na dobrej ku temu drodze), ale jednak morderców i złodziei. Nie żeby mi to przeszkadzało :P
Druga sprawa, o którą również prowadziłam długie dyskusje ze swoimi lubiącymi kolorowe nazwy demonicznymi sługami, których imion się już domyślacie: SONG THEME.
Nie wiem jak reszta, ale podczas słuchania muzyki odruchowo dopasowuję sobie do klimatu melodii i tekstu którąś z postaci z blogów. Po prostu siedzi mi taki delikwent w głowie i przytupuje nogą gadając ,,Hah, moje życie w pigułce". Takie jakieś zboczenie psychiczne najwyraźniej. Dalej się tego nawyku nie pozbyłam, a do swoich postaci na Dal-Virii (zwłaszcza Re <3) tak już od pół roku znajduję pasujące song theme. No i w końcu, po wiekowych wysiłkach, decyduję się tą sprawę poruszyć i tutaj. Jeśli ktoś posiada podobne schorzenia muzyczno-psychiczne to teraz macie okazję się wyszaleć. Nie jest to wymagane, a jedynie dodane dla przyjemności. Kto chętny, proszę o link (lub dwa, jeśli nie umiesz się zdecydować) z youtube, przesłany na howrse. Postaram się tym zająć z miejsca gdy tylko napiszecie. Miłej zabawy! :>
Jak zawsze proszę o wasze opinie w komentarzach pod tym postem, bo jestem dziwnym człowiekiem nie umiejącym żyć bez opinii ludziów na których mi zależy =.= Co sądzicie o obecnym opisie Thanadeimu i powstaniu Kruków? Mocno ściskam (może nawet duszę) każdego z was z osobna i życzę powodzenia na drugi semestr :P
Na początku ponownie muszę z bólem serca przeprosić za własną niechęć do roboty. Jakby nie było, miesiąc zastoju to wina głównie moja, najmojsza z mojszych. Zablokowałam was nieco i bardzo mi z tego powodu przykro (nie wieszajcie mnie za kostki w klatce z krensharami, proszę *^*). Ale mam coś co może wam nieco ten przestój osłodzić...
Od dawien dawna dostaję propozycji na założenie nowego klanu, którego członkowie działali by dla Thanadeimu. Jednakże powstrzymywała mnie przed tym świadomość jak biednym królestwem jest nasz szósty kolega. Biednym w opisie i ideologii. Thanadeim był po prostu najbardziej kliszowatą siedzibą wszelkiego zła plątającego się po świecie przedstawionym, a niedoceniony Ivan Noctourn miał być jedynie kozłem ofiarnym dla przekleństw i pogróżek. Nic dziwnego - pisałam to kilka lat temu, a przez ten czas mój styl i postrzeganie fantastyki uległo poważnej zmianie. Dlatego zdecydowałam się przed wprowadzeniem szóstego klanu zrobić kompletny rework zapomnianego, obrośniętego kurzem i pleśnią królestwa. Zmienione opisy Ivana i Thanadeimu są już dostępne na stronach z miejscami i postaciami epizodycznymi.
Zabieg wydaje mi się całkiem skuteczny. Thanadeim powinien wydawać się teraz miejscem bardziej realnym (jeśli można użyć takiego słowa w przypadku fantasy). Przede wszystkim potrzebne było zaznaczenie, że tam też żyją zwykli, strudzeni życiem, ciężko pracujący ludzie. W końcu spróbujmy sobie wyobrazić królestwo, którego obywatelami byłyby same potwory (i w tym momencie przed oczami staje mi wizja bandrochłapa w stroju lokaja noszącego lordowi Noctournowi tacę z jedzeniem :') Kocham swoją wyobraźnię!). Nawet w Mordorze Tolkiena żyli zwykli chłopi i rosły normalne rośliny (nie sugerujcie się fragmentem Mordoru przedstawionym w filmowym Powrocie Króla :P Zapraszam do lektury Silmarillionu). Sam Ivan Noctourn dostał jakąś mniej sztampową osobowość. Owszem, dalej jest tu ,,tym złym i winnym", bo sam sobie na tytuł wroga korony zasłużył. Ale nie przesadzajmy - przypomnijmy sobie wszystkich złych, których jednak koniec końców zaczynaliśmy lubić.
A propos dających się polubić złych - jak wam się podoba lider Kruków? :) Jestem naprawdę szczęśliwa, że Red w końcu zgodziła się zostać liderem (a długo mi przychodziło nalegać, oj długo xP) i nie mam wątpliwości, że świetnie sobie poradzi w pisaniu ,,tym złym". Klan póki co liczy dwóch członków (nie mogłam się powstrzymać przed stworzeniem postaci Blanche - ten wątek demonicznego małżeństwa był zbyt obiecujący >3) i nie nalegam do tworzenia nowych postaci. Wiem jak to jest z czasem, a raczej jego brakiem. Jednak wydaje mi się, że Kruki okażą się dla niektórych ciekawszą opcją wyboru niż pozostałe klany. Oj znam ja te wasze skłonności do tworzenia psychopatów (i jestem dumna z zasilania szeregów socjopatów). Teraz macie pole do popisu - thanadeimczycy akceptują najgorszych z najgorszych, bo w porównaniu do ich codziennego życia jeden potwór więcej nie zrobi różnicy :P
No i do tej pory najwięcej przestępców mamy w klanie Orłów...Zrehabilitowanych (albo na dobrej ku temu drodze), ale jednak morderców i złodziei. Nie żeby mi to przeszkadzało :P
Druga sprawa, o którą również prowadziłam długie dyskusje ze swoimi lubiącymi kolorowe nazwy demonicznymi sługami, których imion się już domyślacie: SONG THEME.
Nie wiem jak reszta, ale podczas słuchania muzyki odruchowo dopasowuję sobie do klimatu melodii i tekstu którąś z postaci z blogów. Po prostu siedzi mi taki delikwent w głowie i przytupuje nogą gadając ,,Hah, moje życie w pigułce". Takie jakieś zboczenie psychiczne najwyraźniej. Dalej się tego nawyku nie pozbyłam, a do swoich postaci na Dal-Virii (zwłaszcza Re <3) tak już od pół roku znajduję pasujące song theme. No i w końcu, po wiekowych wysiłkach, decyduję się tą sprawę poruszyć i tutaj. Jeśli ktoś posiada podobne schorzenia muzyczno-psychiczne to teraz macie okazję się wyszaleć. Nie jest to wymagane, a jedynie dodane dla przyjemności. Kto chętny, proszę o link (lub dwa, jeśli nie umiesz się zdecydować) z youtube, przesłany na howrse. Postaram się tym zająć z miejsca gdy tylko napiszecie. Miłej zabawy! :>
Jak zawsze proszę o wasze opinie w komentarzach pod tym postem, bo jestem dziwnym człowiekiem nie umiejącym żyć bez opinii ludziów na których mi zależy =.= Co sądzicie o obecnym opisie Thanadeimu i powstaniu Kruków? Mocno ściskam (może nawet duszę) każdego z was z osobna i życzę powodzenia na drugi semestr :P
Subskrybuj:
Posty (Atom)