Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Revan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Revan. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 czerwca 2017

Od Revana (CD Thalii) - Kupując konia...i cenny czas

        Re mimowolnie spojrzał z powrotem na ośmionogiego ogiera. Tym razem przyszło mu to z trudem, gdyż wokół brutalnie (i prostacko) unieruchomionego zwierzęcia powoli zaczynał się zbierać tłum. Bestia zarżała wyzywająco, jakby wyśmiewała tchórzliwych ludzi. Szaremu wydawało się, że słyszy dumny, władczy głos, mogący należeć do jakiegoś lorda. No dalej, dwunogi! Teraz chojraczycie, ale co będzie, gdy się uwolnię? Rozwiążcie mnie i stańcie do równej walki! Łatwo się śmiać ze związanego, co?!
  Jakkolwiek wspaniale by nie brzmiał, przywodziło mu to na myśl tylko i wyłącznie żałosnego skazańca w celi, ukrywającego rozpacz i beznadzieję gromkimi, obraźliwymi okrzykami pod adresem oprawców. A ci się śmiali z więźnia, jakby był nieświadomy tego co go czeka. O ile cały targ nawet najemnego mordercę potrafił napawać obrzydzeniem, o tyle widok tak wspaniałej istoty upokorzonej w tak bardzo ludzki sposób już nawet nie bolał, co budził wściekłość. Revan nigdy po sobie nie okazywał podobnego uczucia i tym razem nie było inaczej. Nie znaczyło to jednak, że los ośmionogiego był mu obojętny. W końcu dlaczego pomimo strachu patrzymy z pewnym uwielbieniem na smoki i inne bestie? Dlaczego nazwano klany po dzikich zwierzętach i po co umieszczamy je na godłach? Niektóre stworzenia po prostu rodzą się z majestatem, siłą...i wolnością. A zazdrosny człowiek chcąc udowodnić swoją władzę zdecydował się je tej wolności pozbawić. To była kropla, która przelała czarę cierpliwości. Ktoś musiał zakończyć ten cyrk...
  I Revan miał bardzo nieprzyjemne wrażenie, że będzie to wymagało wykorzystania brutalnej siły uosobionego, niekontrolowanego chaosu: Thalii. Mimo tego dalej wcale odpowiedzialnym za to wszystko łotrom nie współczuł. (A powinien, dodała w myślach autorka zaraz po postawieniu kropki.)
  - Jeśli liczysz, że powiem teraz ,,Masz rację” to śnij dalej. - odpowiedział w końcu Prześladowca, Sargent nie musiała jednak długo się zastanawiać, by wyłapać w tym twierdzącą odpowiedź na swoją propozycję.
  - Świetnie! - zatarła diabolicznie dłonie (a gest ten aż zaskakująco do niej Revanowi pasował). - To jaki mamy plan?
  Mężczyzna powoli obrócił w jej stronę głowę, wyrobionym już zwyczajem podnosząc jedną brew w jawnym powątpiewaniu.
  - No co? - zapytała z wyrzutem kobieta.
  - Wiesz, z reguły gdy ktoś mi proponuje udział w jakimś przedsięwzięciu, zgadzam się zakładając, że pomysłodawca ma jakiś plan. - zauważył.
  - I czego ty ode mnie oczekujesz? Jestem piratem! - Szkwał wskazała na siebie obiema rękami, jakby udzieliła właśnie najbardziej oczywistej odpowiedzi pod słońcem. - Chyba już to dzisiaj uzgodniliśmy.
  - Najwyraźniej mam więcej wiary w twój intelekt niż ty sama... - mruknął na wpół do siebie Szary z westchnieniem zrezygnowania. Po chwili ponownie zwrócił się do towarzyszki: - Ujmę to inaczej: jak się do tego zabierzemy?
  - Szczerze to część mnie nie spodziewała się, że sprawy zajdą do tego właśnie punktu, w którym zadajesz jakieś pytania. - Thalia uśmiechnęła się niewinnie (a ten gest do niej znowu nie pasował w ogóle). - Zakładałam improwizację kończącą się naszym sukcesem.
  - Godny pochwały optymizm...
  Tłumek wokół zaczynał się coraz bardziej zagęszczać. Revan i Thalia nie byli już w stanie patrzeć na rumaka inaczej niż ponad ramionami innych zwiedzających targ. Re jak mało kto znał zasady rządzące wzbieraniem zainteresowania przypadkowej publiczności i szybko zdał sobie sprawę, że coś zaraz ma się tutaj wydarzyć. Sztorm również zwróciła na to uwagę, próbując ocenić z jakim typem widowni mają tym razem do czynienia. Wokół nich nie było ani jednej kobiety, a sami faceci, z czego stanowcza większość rozmawiała między sobą, co jakiś czas ważąc w dłoniach własne sakwy. Jedno wszyscy mieli wspólne: uśmiech, którego przekaz Revan rozpoznał bezbłędnie - w ten sposób uśmiechali się tylko ludzie przekonani, że zaraz kogoś wykiwają i zgarną sporą wygraną.
  Aukcjonerzy, pomyślał. Cudownie.
  - Chyba nie mamy całego dnia... - rzucił do Thalii ostrzegawczo.
  - Podzielisz się jeszcze jakimś błyskotliwym spostrzeżeniem, Kapitanie Hak? - odparła złośliwie piratka. Bez dłuższego namysłu pogładziła rękojeść szabli. - A skoro zeszliśmy do tematu haków...jak oceniasz szansę dwójki awanturników przeciwko bandzie handlarzy?
  - Biorąc pod uwagę fakt, iż mówimy tu o CZARNORYNKOWYCH handlarzach, powinniśmy się spodziewać wszystkiego.
  - Co masz na myśli?
  - Ich zawód tkwi w tej samej niszy co mój i twój. Gdybym wyzwał cię na pojedynek, zaufałabyś mi, że będę walczył uczciwie?
  - Sugerujesz coś, czy to tylko czczy przykład? - kobieta błysnęła zębami w krótkim, zbójeckim uśmiechu, zapewne wyobrażając sobie na ile sposobów mogłaby się w takiej sytuacji odegrać na Szarym. Gdy w odpowiedzi otrzymała jedynie wywrócenie oczami, wróciła do rzeczywistości. - Niech ci będzie. Boisz się wzniecać burdę? A może wykułeś w ciągu nocy surowy kodeks Orłów zabraniający dobrej zabawy?
  - Zaskoczę cię, ale bliższa prawdy jest pierwsza opcja. - odpowiedział spokojnie Revan. - Jestem skrytobójcą, nie radzę sobie najlepiej w walkach jeden na trzech. Wbrew wszelkim pogłoskom jestem jak najbardziej ,,do unieszkodliwienia”. Jeśli zatłucze mnie banda rozeźlonych ochroniarzy wynajętych przez jeszcze bardziej złych uczestników aukcji, z kim potem będziesz się kłócić?
  - I tak chodzi o dobre wrażenie na Dante, prawda?
  Re westchnął przeciągle, udzielając zadowolonej Thalii bezsprzecznego potwierdzenia.
  - Rozpędzenie zbiegowiska stalą na pewno nie jest godne pochwały. - zgodził się Poursuivant. Obok nich stanął jakiś kupiec, toteż dalsze słowa wypowiedział ciszej. - I narobiło by nam więcej roboty, jeśli faktycznie Orły lub Wilki zainteresują się zlikwidowaniem problemu u korzenia: organizatorzy rozbiegliby się na wszystkie strony świata i przeczekali burzę. Podsumowując: nie zaczynajmy bójki, póki tylko nie jest to konieczne.
  - Ale jest opcja, że BĘDZIE konieczne? - w tonie Sargent niemal dało się usłyszeć proszącą nutę godną niecierpliwego dziecka.
  Znając ciebie? Niewątpliwie, pomyślał mężczyzna, ale wolał nie wypowiadać tego na głos w obawie przed oczywistymi konsekwencjami.
  - Kupców można pokonać na wiele sposobów nie wymagających niepotrzebnej krwi. - kontynuował, ignorując pytanie Szkwał. - Wykorzystamy ich własną broń...
  - Spryt. - odgadła Thal.
  - I pieniądze. - uzupełnił Re.
  Tym razem to on został obdarzony niedowierzającym uniesieniem brwi.
  - Czekaj, pogubiłam się. - Sargent pokręciła głową. - Jeden: nie mamy pieniędzy. Dwa: to chyba legalne.
  - Jeden: wiem. Dwa: Biorąc pod uwagę miejsce i okoliczności, to całkowicie nielegalne. Nie musisz się martwić o swoją kryształową reputację.
  - Planujesz licytować konia bez pieniędzy?
  - Z całego zebranego towarzystwa tylko my wiemy, że moja rodzinna fortuna, którą za chwilę w razie czego zamierzam się pochwalić na forum publicznym, jest tylko mitem. Amatorskie aukcje mają ten mankament, że licytować może każdy, nawet całkowicie spłukany chłop, bo o pieniądze pytają dopiero po fakcie. - wyjaśnił. - Tu niestety muszę uwierzyć, że dzięki tobie nie dojdzie do sytuacji, w której faktycznie będę musiał chwalić się zawartością sakiewki.
  - W skrócie: ty ich zajmujesz, ja uwalniam konia. - skwitowała kruczowłosa, śledząc już wzrokiem wchodzącego na drewniane podium mężczyznę w średnim wieku.
  - W założeniu. Jedna porada: załatw to tak, by nikt się nie domyślał, że chodzi właśnie o tę aukcję. - dodał szybko Re. - Zrób to, co wychodzi ci najlepiej: chaos.
  Na ustach kobiety zatańczył uśmiech tak złowrogi, że Prześladowca niemal pożałował swojej decyzji. Już miała ruszyć w stronę najbliższych namiotów, gdy nagle zawahała się wpół kroku.
  - Licytacja to za mało czasu. - zauważyła, dobierając szybko słowa. Tymczasem facet na mównicy zaczynał już swoją wstępną przemowę. Czas zaczynał sypać się przez palce. - To zawsze kwestia kilku minut, nie kilkunastu...
  - Nie zamierzam go przecież kupować. - uspokoił ją Revan, jednym uchem już słuchając zachwalającego towar sprzedawcę. - Będę  u d a w a ł, że to robię.
  - Nie pojmuję różnicy między tym, a wcześniejszymi założeniami.
  - Zaufaj mi. - wzrok mordercy utkwiony był w podium. Mężczyzna wyczekiwał odpowiedniej chwili.
  - Dopiero co...
  - PRZEPRASZAM BARDZO! - zawołał nagle Re, zwracając na siebie uwagę wszystkich wokół.
  Thalia zaklęła pod nosem i w ostatniej chwili umknęła w bok. Wydostała się niezauważenie z tłumu, po czym ruszyła w stronę pobliskich namiotów, które - jak miała nadzieję - należały do ludzi odpowiedzialnych za przetrzymywanie ośmionogiego konia. Teraz już nie miała innego wyboru jak wziąć się do roboty. Nawet jeśli to zdanie w życiu nie przeszłoby jej przez gardło...musiała Szaremu zaufać.
  Tymczasem wokół jej towarzysza utworzyło się trochę pustego miejsca, jakby był kroplą oleju w wodzie. Sprzedający urwał swój monolog i także zerknął na szczupłego zamaskowanego mężczyznę w brązowo szarym stroju. Był zarówno zniesmaczony przerywaniem jego przygotowywanej cały ranek mowy, jak i autentycznie ciekawy o co też mogło chodzić. Zawsze to jakaś odmiana dla rutynowej aukcji.
  - Słucham szanownego pana. - odpowiedział na tyle głośno, by słyszeli go wszyscy, nie tylko Revan. - Cóż też pana trapi?
  - Pchły. - odpowiedział krótko Szary.
  - Co proszę? - mężczyzna zamrugał z konsternacją. Takiej odpowiedzi się nie spodziewał.
  - Czy. Ten ogier. Nie jest. ZAPCHLONY. - Prześladowca odezwał się tym razem głośniej, akcentując odpowiednie części zdania niczym urażony szlachcic. - Nie będę kupował hodowli pasożytów.
  Kilku innych kupców obejrzało się podejrzliwie w stronę uwiązanego ogiera. Mimowolnie zdecydowali się trochę odsunąć, chociaż już z takiej odległości nie groziło im złapanie żadnego skórnego pasożyta.
  - Z całym szacunkiem, ale pan chyba nie ma zielonego pojęcia o koniach. Z tego co mi wiadomo, konie nie mają PCHEŁ. - wyjaśnił aukcjoner, lekko zirytowany powodem przerywania prezentacji towaru.
  - No dobrze, tu mnie pan ma: w kwestii koni jestem zielony. - przyznał się Poursuivant zakładając ręce na piersi. - Ale mam pewne pojęcie o pasożytach, zwłaszcza istot popularnie i błędnie nazywanych ,,magicznymi”. Jeśli nie rozumie pan zagrożenia wynikającego z jednego zapchlonego czy zawszonego zwierzaka wprowadzonego między inne, chyba nie mamy o czym gadać.
  - Sugerujesz, że sprzedaję towar gorszej jakości?
  - Sugeruję, że ten akurat koń może nie być najlepszej jakości. - Revan zaczął gestykulować jedną ręką, doskonale imitując człowieka, który wie o czym mówi...czyli, innymi słowy, doskonale kłamiąc. - To jakiś zaklasyfikowany gatunek, czy po prostu wynaturzony koń o ośmiu nogach?
  - Co ma pan na myśli? - zapytał sprzedawca. Zaraz pokręcił jeszcze głową, dodając: - I kim pan w ogóle do cholery jest, by dyktować mi jakiekolwiek warunki?
  - Kadmen Torque, herbu Czerwonego Jastrzębia, zaprzysiężony herold Pana Białych Piasków. - odpowiedział bez chwili wahania Re, po czym wrócił do tematu zanim ktokolwiek zaczął szukać w pamięci któregokolwiek z wymienionych przez niego tytułów: - Ośmionogi koń to doprawdy niesamowite stworzenie, przyznaję bez bicia. Jednakże martwi mnie, iż nie powstało ono drogą naturalną, a pod wpływem eksperymentu, czy też - nie dajcie bogowie - przypadku. Spójrzmy wszakże ileż to dzisiaj jest monstr wychodzących spod rąk szalonych alchemików. Zwierzę wyhodowane w niewoli jest wybrakowane, nie wspominając o tym, iż Pan Białych Piasków brzydzi się magią i alchemią.
  - Zaraz temu twojemu Panu... - mruknął mężczyzna do siebie, ale urwał, z trwogą dostrzegając, że szanowny domniemany Kadmen Torque zyskał spore poparcie wokół siebie. Niedoszli licytujący z każdym argumentem robili się coraz bardziej podejrzliwi, aż w końcu również zaczęli domagać się odpowiedzi na zadane przez szarego herolda pytanie. - NIECH WAM BĘDZIE, psiakrew. Pójdę to sprawdzić... - powiedział w końcu i zszedł z podium, udając się w stronę jakiegoś faceta przyglądającego się aukcji niedaleko, najprawdopodobniej obecnego właściciela niesamowitego konia.
  Revan założył ręce na piersi w niemym oburzeniu, nie wychodząc ze swojej roli. To szło aż zaskakująco gładko. Wręcz podejrzanie gładko. Wytykanie ludziom błędów i odnajdywanie dziur w całym nigdy nie wydawało mu się niczym trudnym, niemniej dalej dręczyło go wrażenie, że zaraz coś pójdzie nie tak.
  Wtedy kątem oka dostrzegł przemykającą między namiotami wysoką postać, kierującą się w tym samym kierunku co wcześniej Thalia. Była to dosłownie chwila, mgnienie nie poparte żadnym dźwiękiem, jednak Szary był przekonany, że jego umysł niebezpodstawnie przywiódł mu na myśl spotkaną już wcześniej kobietę w białej masce. Mimowolnie poczuł lekki niepokój. Co wiedział o Shi? Nie przypominała żadnej innej kobiety jaką kiedykolwiek poznał. Nie lubiła handlu żywym towarem prawdopodobnie mocniej od niego. Miała broń i motyw. Nie miał pojęcia, do czego mogła być zdolna. Mogła właśnie ruszyć, by kogoś najnormalniej zabić. Mogła też chcieć zrobić coś więcej. I w ten sposób mogła stanowić zagrożenie dla powodzenia obecnego zadania Prześladowcy i Szkwał.
  Czy Re właśnie nieumyślnie wywalczył trochę czasu także jej?
  Shi, kimkolwiek jesteś, nie rób głupot, poprosił w myślach, na wszelki wypadek już opracowując plan awaryjny.


  Thal? Daję to akurat tobie także na prośbę Red :P

czwartek, 16 marca 2017

Od Revana (CD Thalii) - Same niespodzianki

        Nawet nie zamierzam rozpisywać się na temat tego co czuł Szary wylewając wodę z butów. Był to rodzaj dogłębnego zażenowania, charakterystycznego czynowi tak głupiemu i dziecinnemu, że po prostu brakowało słów. Toteż Re siedząc na brzegu w wilgotnej koszuli i wykręcając przemokniętą bandanę nie potrafił się wysilić na żaden inteligentny komentarz mogący w pełni oddać to, co właśnie miał na myśli. Tym bardziej, że nie zwykł korzystać z kolokwialnego zasobnika zwrotów przysłowiowego szewca.
  Thalia natomiast, niesamowicie dumna z siebie, stała oparta o drzewo z zadowoloną miną, jakby osiągnęła coś niemożliwego. Mogła mieć w tym odrobinę racji - liczbę osób zdolnych do zepchnięcia słynnego Nocnego Prześladowcy do rzeki dało się policzyć na palcach jednej ręki. Szkwał nie dość, że miała na tyle odwagi by wykręcić podobny numer seryjnemu mordercy, to jeszcze nie zamierzała tak szybko odpuścić.
  - Co tam, Panie Szary? - zapytała. - Żadnej inteligentnej riposty? Nie spróbujesz zrobić mi wodę z mózgu w akcie zemsty?
  Revan ze stoickim spokojem zarzucił od biedy wysuszony kaftan i zawiązał z powrotem bandanę, zanim zdecydował się odpowiedzieć:
  - Skoro już zeszliśmy do poziomu iście dziecinnego, to wybacz, ale nie jestem cudotwórcą - nie stworzę wody z czegoś, co u piratów podobno nie istnieje.
  Sargent parsknęła śmiechem, zupełnie niewzruszona. Bo i jak miała się zdenerwować o tak głupią uwagę? Podobnymi dogryzają sobie dzieciaki na podwórku, jedyną różnicą pozostawało właściwie nieco bardziej elokwentne revanowskie słownictwo.
  - Szczerze, to ten widok był jak najbardziej wart całej tej dziecinady - na ustach piratki zatańczył zbójecki uśmiech. - Niech no tylko Chow o tym usłyszy...
  - Doskonały pomysł! - wypalił nagle Prześladowca wstając. Kobieta zamrugała niezrozumiale, zaskoczona tym niespodziewanym entuzjazmem w głosie. - Ale najpierw pochwalimy się jej twoim wierszem.
  - Hej hej hej! - zaprotestowała, nie tracąc jednak dobrego humoru. - Zapomniałeś o istotnym szczególe: kartka spłonęła.
  - A co to za problem? - Re uniósł jedną brew i zacytował: - Gdyby życie było lądem, a marzenia morzem, bądź rwącą rzeką, Zabrałabym Cię w długi rejs, na Zachód, od świata daleko. Tak to szło?
  Kobieta zmrużyła oczy w wyraźnym komunikacie ,,Jeszcze ci mało?". Ale Revan po prostu nie mógł się powstrzymać przed kontynuowaniem tego tematu, póki tylko miał przewagę.
  - Wiesz co? Mi też chyba bardziej pasuje jednak ten drugi... - zaczął niewinnie. - W noc posępną i ponurą, Gdy kruki na cmentarzach się zlatują, Niebo, od niby krwi, czerwienią lśni. Nocna Mara podchodzi do Twych drzwi...Trochę mało rytmicznie, ale i tak całkiem nieźle jak na początek.
  - Rozpowiadaj sobie ile chcesz. I tak nikt ci w to nie uwierzy bez tej przeklętej kartki - stwierdziła Szkwał ze wzruszeniem ramion.
  - Więc mówisz, że zrzucenie z pomostu postrachu zachodniej Castelii brzmi bardziej realnie niż pirat piszący wiersze? - głos mężczyzny wręcz ociekał sarkazmem.
  Mimo to jednak sam się nad tym stwierdzeniem zastanowił. Oba wydarzenia wydawały mu się nierealne, z oczywistych powodów. Jego, wedle reputacji, nie dało się podejść, nie wspominając, że pseudonim Revana sam w sobie budził strach w podmiejskich okolicach i ciężko stwierdzić, czy ktokolwiek odważyłby się zrobić coś równie głupiego. Natomiast Thalię Sargent, wilka morskiego również szczycącego się niejaką sławą (za coś strażnicy musieli chcieć ją powiesić), nie dało się podejrzewać o takie ,,pierdoły" jak zafascynowanie poezją. Pewnie rzeczy po prostu nie chodziły w parze, a jednak pomimo tego Nocny Prześladowca pozwolił się zaskoczyć, a Szkwał okraść przez kapucynkę. Nie ma co, morderca i pirat nawzajem udowodnili sobie co jest ich wspólną największą słabością: nieuwaga.
  Tak więc ponownie dziwną, niewypowiedzianą umową oboje zdecydowali się zapomnieć o tym temacie. Skoro Re się nie wygadał, Thal też tego nie zrobi (w co liczył mimo pewnych wątpliwości). A jeśli któreś puści parę z ust, drugie będzie miało solidny argument do rewanżu. Na razie jednak Sargent pojednawczo podała Revanowi uratowany przed wodą tomik z wierszami i ruszyli w stronę koni.
  - To jak? Skoro już przeschłeś, to jedziemy się temu przyjrzeć? - kobieta kiwnęła głową w stronę dziwnej kępy drzew.
  - Lepiej zostawmy konie gdzieś niedaleko i przejdźmy się pieszo - zaproponował Szary. - Mam przeczucie, że to nie będzie to czego się spodziewasz.
  - A czego TY się tam spodziewasz?
  - Czegoś tak nieoczywistego, że w pierwszej kolejności pewnie stracę wiarę we własne pojęcie o magii. O ile takowe kiedykolwiek istniało.

        Nie istniało.
  To, co ukazało się oczom dwójki muszkieterów po przejściu przez magiczną barierę, przebiło wszelkie ich oczekiwania. To nie był zwykły skarb. To nie były wozy pełne złota i drogich kamieni. To nie była przykrywka dla obozu bandytów czy jakichś rewolucjonistów kryjących się przed władzą. Ostatecznie spodziewać mogli się choćby i gigantycznej bestii uwiązanej łańcuchami. Ale to nawet nie było to...
  Bestii było więcej.
  Siedziały w klatkach, przywiązane do drzew, czasem w wykopanych dołach. Niektóre były na tyle potulne, że chodziły wolno, dając się głaskać przechodzącym ludziom. Wyglądały różnie: od paskudnych i wrednych mieszanek drapieżników, po łagodne, przypominające zmutowane domowe pupilki. Siedzący pod namiotami i na wozach handlarze podejrzanego sortu zachwalali głośno czego to ich zwierzaki nie potrafią, a pozostali odwiedzający, w stanowczej większości mężczyźni, podchodzili zaciekawieni i oglądali. Nie było to więc nic innego, jak targ. Oczywiście całkowicie nielegalny, biorąc pod uwagę typ sprzedawanych ,,towarów". Przez ruch nikt nie zauważył przybycia Szarego i Szkwał, co było dwójce Orłów jak najbardziej na rękę.
  - Thalio, jeśli kiedykolwiek zacznę się wymądrzać w kwestii magii - powiedział z pełnym przekonaniem Prześladowca - masz pełne prawo zdzielić mnie w łeb.
  Kobieta uśmiechnęła się z aż nieludzką satysfakcją.
  - Zdajesz sobie sprawę, że ci tego nie zapomnę? - zauważyła.
  - Owszem. W innym wypadku zachowałbym to dla siebie - odpowiedział.
  Z braku lepszych pomysłów ruszyli przed siebie, by chociaż trochę wmieszać się w tłum. Re nagle strasznie zaciążyła świadomość bycia członkiem klanu Orłów. Niby nie był już na terenie Ikramu, ale miał przeczucie, że Dante i tak nie przepuściłaby okazji, by się temu miejscu przyjrzeć z bliska. Nie wspominając o niewątpliwym obowiązku poinformowaniu o nielegalnym handlu samych Wilków, de facto pilnujących Ironwood. Jeszcze bardziej cisnęła go myśl, że nikt wokół nie zdawał sobie sprawy z niebywałej okazji do zepsucia wszystkim tu obecnym interesów jaką właśnie uzyskał nowy członek Orłów.
  - A więc to jest ten twój skarb... - spojrzał podejrzanie na dwugłowego węża zaklinanego przez jakiegoś klarnecistę. - Zadowolona? - zerknął na towarzyszkę.
  - Nawet nie wiesz jak - Thalia jak dziecko zatrzymywała się przy każdym mijanym zwierzaku. - To jest genialne! Nie miałam pojęcia, że na lądzie jest coś ciekawszego od krensharów czy bandrochłapów.
  - Skoro już zobaczyliśmy o co tu biega, to może zróbmy w tył zwrot...
  - Jaja sobie robisz Re? Widzisz ile tego tutaj jest?! - kobieta zamachnęła się na oślep ręką, prawie uderzając jakiegoś gościa w twarz. - No nie mów mi, że nic ci się tutaj nie rzuciło w oczy.
  - Nie jestem fanem handlu CZYMKOLWIEK żywym - stwierdził odprowadzając wzrokiem jakiegoś wyjątkowo zmęczonego dwugłowego psa, ciągniętego za obrożę przez swojego nowego właściciela.
  - Panie Szary, pomyśl o tym jak o zwykłym targu. Mamy chwilę spokoju to z niej korzystajmy! - Sargent popchnęła go zachęcająco naprzód. - Idź coś pooglądać i widzimy się za jakiś czas, co ty na to?
  Mężczyzna obrócił się z zamiarem wyliczenia Thalii rzeczy, które mu się w tym zamyśle w zupełności nie podobają, ale piratki już nie było. Przeklinając w myślach ruszył więc w byle jakim kierunku, starając się szukać jakichkolwiek plusów w całej tej sytuacji. Widok zamkniętych w klatkach zwierząt może nie budził w nim przesadnych reakcji, czy niesamowitego oburzenia. Lekko go to po prostu przybijało na duchu, jak każdego posiadającego chociaż odrobinę empatii. Nawet ta odrobina zmuszała cię do pytania samego siebie ,,Dlaczego nie może być inaczej?". Westchnął mijając kojec z nieokreślonego gatunku gryzącymi się młodymi. Reakcją każdego zwykłego mieszczanina byłby zapewne sceptyczny komentarz o tym, czego to ludzie nie robią dla pieniędzy. Sam Re nie przywykł do korzystania z podobnego określenia. Jakby nie było, wspomnienie nazwy jego zawodu powodowało identyczną reakcję, zaraz po prostytutkach i lichwiarzach.
  Mijał właśnie żółty namiot, gdy coś przykuło jego uwagę. Na stole stały porozkładane klatki z mniejszymi zwierzętami. Jakiś zębaty kanarek, śpiąca jaszczurka...i łasica, która patrzyła prosto w jego stronę z żywym, niemalże ludzkim zainteresowaniem. Mężczyzna podszedł do kramu i przyklęknął na ziemi, chcąc przyjrzeć się dziwnemu zwierzakowi. Niby wyglądał najnormalniej ze wszystkich, a to właśnie przez to wydawał się niezwykły. Skąd wśród potworów normalna łasica? Musiała mieć w sobie coś niezwykłego. Revan widział to już w tym podejrzanym błysku inteligencji w oczach. Wąsy łasicy zadrgały gdy wyciągnęła nosek przez kraty w jego kierunku, próbując wybadać zapach Szarego.
  - Czym ty jesteś? - mruknął do siebie Prześladowca.
  Przystawił do krat dłoń w rękawicy. Zwierzę powąchało jego palce i cofnęło się do tyłu z potężnym kichnięciem. Równocześnie, ku wielkiemu zaskoczeniu mężczyzny, zmieniło swoją postać. Na miejscu łasicy siedział...szczur. Gryzoń obmył sobie pyszczek łapkami, drapiąc się po nosie.
  Wtedy ktoś za plecami Revana zaśmiał się cicho, od czego aż przeszły mu po plecach ciarki. To ktoś za nim stał? Od kiedy? Obejrzał się przez ramię w górę. I ponownie tego dnia ujrzał coś, czego spodziewał się najmniej: wysoką kobietę w wystrzępionym stroju z długim drzewcem jakiejś nietypowej włóczni w ręce i drewnianą maską na twarzy. Spod kapelusza wystawał kosmyk czarnych włosów. Przez wąskie otwory białej maski nie dało się dostrzec nawet oczu. Nieznajoma jakby zupełnie ignorując obecność Szarego podeszła do stolika i pochyliła się nad klatką szczuro-łasicy, zafascynowana zwierzakiem. Nagle za nimi przeszedł jakiś facet niosący aż boleśnie skamlące pudło. Kobieta obejrzała się za nim gwałtownie, mimowolnie zaciskając palce na broni.
  - Też ci się tutaj nie podoba? - rzucił Prześladowca, bawiąc się przez kraty z towarzyskim szczurem.
  W odpowiedzi dostał jedynie westchnienie, gdy nieznajoma przyklękła na ziemi obok niego, patrząc na gryzonia. Nie odezwała się ani słowem.
  - Zgaduję, że nie jesteś tu przypadkiem - kontynuował niewzruszenie. Skoro potrafi się dogadać z koniem (który wydobyć z siebie głosu w ogóle nie umie) to rozmowa z nie odzywającym się człowiekiem nie powinna być tak trudna.
  Popatrzyła na niego przekrzywiając głowę z ciekawością.
  - Jakaś krucjata? Czy po prostu nie lubisz handlu zwierzętami? - wstał zakładając ręce na piersi.
  Uniosła dwa palce. Czyli to drugie. Mężczyznę nagle podkusiło, by podpuścić ją do wydania z siebie głosu. Skoro umie się śmiać, to znaczy, że nie jest niemową. Na coś w końcu będzie musiała odpowiedzieć.
  - Jak masz na imię? - zapytał wprost. Tu nie mogła się wywinąć.
  Ku jego zdziwieniu, jednak mogła. Bowiem zamiast odpowiedzieć wykonała dłońmi trzy proste gesty. Dopiero po chwili je skojarzył z czymś oczywistym: migowy. Jego zdolności pod tym względem zdążyły już zerdzewieć, ale całe szczęście imię było krótkie i łatwe do odczytania...
  - ,,Shi"? - powtórzył.
  Kobieta zaklaskała w ręce uradowana. Najwyraźniej rzadko kiedy mogła się z kimś porozumieć migowym.
  - SZARY! - wydarł się ktoś nagle, chwytając go za ramię i odciągając w tłum. - MUSISZ TO ZOBACZYĆ!
  Nie trzeba długo myśleć, by odgadnąć, że to Thalia jak zwykle pojawiała się w najmniej odpowiedniej ku temu chwili. Obejrzał się w stronę nieznajomej. Shi tylko zaśmiała się machając mu dłonią na pożegnanie i zniknęła między namiotami. Revanowi pozostało pójść za rozemocjonowaną Szkwał. W sumie to ciekawiło go nawet jakie ,,lądowe bydle" byłoby w stanie wywołać w niej taką reakcję...

Thal? Wybacz czas, miało być tydzień temu xP

niedziela, 26 lutego 2017

Od Revana (CD Thalii) - Nad Dos

        Szary ze zdumieniem stwierdził, że już po raz drugi zwykły zwitek papieru staje się przyczyną tymczasowego sojuszu między nim a panną Sargent. Jakimś tajemniczym sposobem Thalia była w stanie znikąd wytrzasnąć choćby i strzęp obarczony jakimś dziwnym brzemieniem. Wcześniej było nim kilka linijek niewinnego wiersza, teraz zarys mapy z kilkoma niewyraźnymi słowami. Revan najwyraźniej nie miał do czynienia z kobietą, a wcieleniem diabła, zawsze noszącego przy sobie jakiś cyrograf zaadresowany do Nocnego Prześladowcy. Zwykła kartka, a wręcz ociekała tajemnicą. Żaden rozsądnie myślący człowiek nie pchałby się na ślepo po nieznanym szlaku, nakreślonym zapewne przez typa podejrzanego sortu. Ale czy ta dwójka była rozsądna? Szkwał, nie ujmując jej niczego innego, myślała raczej chaotycznie, ciągnąc do obietnicy rozrywki niczym ćma do ognia. A Re...?
  Re najwyraźniej zgubił zdrowy rozsądek wczorajszego wieczoru. Albo ukradła mu go kapucynka piratki. W każdym razie, po chwili ciszy skinął głową z westchnieniem.
  - Niech ci będzie - powiedział, jakby w ogóle miał kiedykolwiek jakiś wybór. Sargent pewnie i tak by go za sobą porwała, niezależnie od odpowiedzi.
  Thalia zaklaskała w ręce jak mała dziewczynka, ale jej diaboliczny wyszczerz wnet zrujnował całe to porównanie. Rozwinęła przed sobą kartkę, przyglądając się zarysowi. Zmrużyła oczy próbując dostrzec jakiekolwiek znaki rozpoznawcze oznaczone na mapce. W końcu jednak warknęła z frustracją i wcisnęła ją Szaremu.
  - Za cholerę nic z tego nie wyczytam - stwierdziła. - Ty tu jesteś miejscowym, ja się na topografii Dal-Virii nie znam.
  Mężczyzna przyjrzał się rysunkowi. Był wyjątkowo prosty - jakieś rysunki drzewek z lewej strony, mające pewnie oznaczać las, oraz zbiegające się dwie linie prawie na środku, przypominające literę L. Przecinała je pod skosem trzecia, łamana linia. Pomiędzy wszystkimi narysowano prostokącik z dwoma kołami z symbolem monety...wóz kupiecki? Na krążku widniał symbol, najwyraźniej uproszczone godło mennicy. Revan przyjrzał się mu bliżej, rozpoznając wizerunek profilu wilczego pyska. ,,Wilczego" w przypadku tego rysunku było nieco naciągane, ale Prześladowca nie przypominał sobie żadnego królestwa mającego w godle psa, więc jedyną opcją był ironwoodzki wilk.
  - Brązowa korona wybita w Ironwood - powiedział wskazując na wóz. - Ktoś próbował tu narysować zbieg rzek Io i Dos. Ta krzywa musi być granicą.
  - Czyli szukamy czegoś pomiędzy granicą Ikram-Ironwood i dwoma rzekami - skwitowała Szkwał. - To zdecydowanie zawęża obszar poszukiwań z całego kraju do kilku hektarów niczyjego terenu - dodała krzywiąc się lekko. Po chwili jednak jej oblicze znowu rozjaśnił ten sam uśmiech entuzjazmu. - Ale czego to się nie robi dla ducha przygody, co nie?
  - Lepsze to niż plątanie się po omacku - Revan wzruszył ramionami.
  Nagle z boku któryś stajenny krzyknął ostrzegawczo. Re spojrzał wgłąb stajni...w ostatniej chwili by dostrzec szarżującego srokatego konia. Chwycił piratkę pod ramię i przyciągnął do siebie, odsuwając ją z toru wściekłej bestii, najwyraźniej nie przejmującej się ile osób po drodze stratuje. Nawet się nie zatrzymała, wlepiając wzrok w drugi koniec pomieszczenia. Dwoje Orłów śledziło ją wzrokiem w osłupieniu. Wtedy Thalia zdała sobie sprawę, że dalej stoi zbyt blisko Szarego i najwyraźniej nie mogła przegapić okazji do docinki.
  - No proszę, proszę - rzuciła z zalotnym uśmiechem. - Takiej śmiałości to się po tobie nie spodziewałam, panie Szary.
  Ten uniósł jedynie pytająco brew.
  - Próbujesz zmusić mój żołądek do zwrócenia śniadania? - zapytał.
  Thal w odpowiedzi walnęła go łokciem w żebra i odsunęła się z dłońmi na biodrach, wyraźnie zdegustowana.
  - Za grosz podejścia do kobiet - pokręciła głową niezadowolona.
  - Wybacz, tego jednego moje szkolenia kwalifikacyjne nie obejmowały - odparł zgryźliwie. - Dziw bierze, że sama masz o tym jakiekolwiek pojęcie.
  - Ugh, a idź ty... - machnęła ręką odwracając się w stronę wyjścia. - Za piętnaście minut chcę widzieć tą szarą paskudę na dziedzińcu. Och, i nie zapomnij konia - dodała rzucając mu przez ramię złośliwy uśmieszek.

        Grupka dzieciaków przebiegła przed nosem Werseta, goniąc za zszytą byle jak piłką. Za nimi podskakiwał łaciaty kundelek, ujadając za rozchichranymi mikrusami. Widząc dwóch jeźdźców zatrzymał się na chwilę i zaczął szczekać w kierunku koni, zazdrośnie broniąc swojego terenu przed obcymi. Ludzie z chat po obu stronach niby to przypadkiem zerkali znad swojej roboty na dysputujących ze sobą nietypowych podróżnych. Widok był doprawdy ciekawy: krótkowłosa kobieta w wymiętej koszuli siedziała tyłem do kierunku jazdy, kierując całą swoją uwagę w stronę chudego mężczyzny, dla odmiany siedzącego w siodle bokiem, patrzącego to na towarzyszkę, to w tekst w małej książce w ręce. Urywki zażartej dyskusji docierały aż nad brzeg odległej o zaledwie dwadzieścia metrów Dos:
  - ...dlatego właśnie ikramska marynarka nie ma żadnych szans na wyłapanie piratów - upierała się Thalia gestykulując żywiołowo. - Brakuje wam, szczurom lądowym, pewnego... - zastanowiła się chwilę nad odpowiednim słowem - Wyczucia!
  - ,,Wyczucia"? - powtórzył Re z pobłażaniem w głosie.
  - Oczywiście! Prawdziwy pirat jest w stanie bezbłędnie odpowiedzieć ci skąd przybędzie sztorm i jak go wyminąć. To jest właśnie ,,wyczucie" - wyjaśniała. - Ikramscy oficerowie potrzebują do tego dziesiątki uczonych i informacji z kilkudniowym wyprzedzeniem. Siedzą za biurkiem, nawet nie próbując poznać morza. Nie da się zrozumieć żywiołu czytając książki podróżnicze! I dopóki się tego nie nauczycie, pirat zawsze będzie miał nad wami przewagę.
  - Fascynujące - Szary zamknął książkę i obrócił się z powrotem w siodle, patrząc Sargent w oczy. - Jednego tylko nie rozumiem...
  - Słucham.
  - Od niemal godziny słucham argumentów dowodzących nieudolności profesjonalnej marynarki wobec zorganizowanej załogi statku pirackiego - zaczął. - A mówi mi to pirat nie posiadający żadnego okrętu. Zakładając oczywiście, że nie chowasz go w kieszeni, śmiem twierdzić, iż nie jesteś wiarygodnym źródłem w temacie uciekania przed władzą. Nie wspominając już nawet, że poznaliśmy się w więzieniu.
  Ku jego zdziwieniu, kobiecie zaczęły trząść się ramiona od tłumionego śmiechu.
  - Oj, panie Szary - powiedziała kręcąc głową z tym samym, tajemniczym uśmiechem. - Za mało jeszcze o mnie wiesz, by móc wyciągać tak pochopne insynuacje.
  - To mnie oświeć - zaproponował Prześladowca. W jego głosie zabrzmiało coś na kształt wyzwania. - Jak ,,doświadczony pirat" zgubił statek z całą załogą?
  - Nie mam żadnych podstaw, by dzielić się tą historią akurat z tobą - odpowiedziała zdawkowo kobieta, obracając się przodem w kierunku jazdy.
  - Czyżby było to tak bolesne wspomnienie, że aż obawiasz się wybuchu emocji? - Revan bardziej droczył się z Sargent, niż wysuwał faktyczne domysły. - A może to wyjątkowo głupia historia, do której nawet ty wstydziłabyś się przyznać?
  - Może po prostu nie lubię takich rzeczy? - odpowiedziała Thalia.
  - Pirat nie lubiący koloryzowanych opowiastek? - mężczyzna uniósł brew powątpiewająco. - Coś nie chce mi się w to wierzyć.
  - Jak w pirata czytającego wiersze? - odgryzła się Sztorm, zerkając kątem oka na swojego rozmówcę. - Już ci mówiłam, że nie lubię się trzymać zasad.
  Szary podniósł ręce na znak kapitulacji. Kobieta uśmiechnęła się tryumfalnie i z powrotem skierowała wzrok na drogę. Mimo wszystko miała jednak wrażenie, że to jeszcze nie koniec słownej potyczki. Może i znała tego pana krótko, ale była święcie przekonana, iż odpuszczanie w takim momencie nie leżało w jego naturze. I miała rację - w głowie Revana kotłowało się kilka różnych tematów, w których miałby nieco większą szansę wygrać z Sargent. A że poprzednim razem to ona mogła wybrać pole do popisu, teraz przypadła jego kolej. Tak oto rozpoczynała się kolejna runda tej ich dziwnej, nie opisanej żadnymi zasadami gry, którą z nudów zaczęli prowadzić odkąd wyjechali z Ikramu. Re ostatni raz dobrał słowa i w końcu powiedział:
  - Jak dobrze, że wróciliśmy do tematu poezji. Właściwie, to nie zdążyłem ci powiedzieć, że naprawdę ładnie piszesz.
  Zdanie było proste, z pozoru zupełnie niewinne. Można by uznać, że był to wręcz komplement. A mimo tego Thalia zesztywniała lekko i obejrzała się gwałtownie w kierunku człowieka z bandanką na twarzy. Po oczach było widać, że na jego twarzy widnieje zbójecki uśmiech, do tej pory niepodzielnie utrzymujący się na ustach Szkwał. Mężczyzna z zadowoleniem przejął pałeczkę, poruszając temat, który wedle przekonania piratki spłonął wczorajszego dnia nad świeczką w namiocie wróżbitki razem z papierem zapisanym kilkoma linijkami tekstu. Słowa Szarego nie były tylko kolejną złośliwością, ale i stwierdzeniem faktu. W końcu dziewczyna naprawdę potrafiła pisać, nawet jeśli sama nie chciała tego docenić. Niemniej jej zwężone burzliwe oczy dawały jasny przekaz: właśnie przekroczył pewną granicę.

Thalia? Mówiłam, że ci tego wiersza nie zapomnę x3

poniedziałek, 13 lutego 2017

Od Revana (CD Thalii) - A nazwiemy cię...

        Thalia bezpardonowo pociągnęła go za sobą za rękaw. Z boku musiało to przypominać dwójkę dzieci, gdzie jedno znalazło coś fascynującego i chciało to jak najszybciej pokazać drugiemu. W końcu piratka puściła Szarego i popędziła pomóc Chow. Revan pobiegł w drugą stronę, widząc ostatnią żywą z mniejszych bestii. Dziecinnie proste rozwiązanie okazywało się naprawdę łatwo kończyć piekielne przyjęcie - kątem oka Prześladowca widział jak dwie bestie samoistnie stają w płomieniach. Uznał to za działanie czarów, kierując się jedną ze swoich życiowych dewiz: ,,Jeśli nie wiesz co się wokół ciebie dzieje, to sprawka magii".
  Ostatnia z bestii próbowała wspiąć się po ścianie na galeryjkę na piętrze, rycząc złowróżbnie. Cała była naszpikowana strzałami o trzech różnych brzechwach. Tych w brązowo-białe paski i błękitnych nie poznawał, ale żółte lotki wydały się Revanowi znajome. I faktycznie, gdy uniósł wzrok wyżej dostrzegł stojącego na górze Jina, opierającego jedną nogę na barierce i próbującego ustrzelić potwora w oczy.
  - Manquer! - zawołał w jego stronę, starając się zwrócić uwagę łucznika. Całe szczęście bestia się jego głosem nie przejęła.
  - Coś ci już o ty przezwisku mówiłem! - przypomniał mu Jiantou, nie patrząc w jego stronę.
  - Znajdź lampy oliwne i skrawki szmat! - kontynuował Re ignorując przytyk.
  - Jestem trochę zajęty... - zauważył Lis. - Może ta młoda w kapturze da radę?
  - JA MIAŁABYM NIE DAĆ RADY?!
  Szary aż odsunął się w bok, gdy z niczego znajoma złodziejka haków wydarła mu się prosto do ucha. Błękitny kapturek widząc jego reakcję uśmiechnął się od ucha do ucha. Prześladowca nie umiał jej zrozumieć. Nie potrafił ogarnąć tak ogromnej plątaniny bezmyślnego chaosu i żądzy zniszczenia drzemiącej w tak ograniczonym, drobnym ciele (a pamiętajmy, że całkiem sporo czasu przyjdzie mu spędzić w towarzystwie Thalii i Chow). Mała Niszczycielka Światów nawet w środku walki widziała sens w zakradaniu się za plecy innych i wykręcania im drobnych numerów, jak choćby próby ogłuszenia. Był święcie przekonany, że w trakcie całego zamieszania zdążyła popodkładać nogi większości obecnych, bez względu na fakt, że walczyli tu o życie.
  - Na piętrze na pewno mają oliwę - rzucił krótko Revan, chcąc jak najszybciej dać temu tworowi szatana jakieś konkretne zajęcie.
  - Aye aye! - Hood zasalutowała i ponownie rozmyła się w powietrzu. Jej diaboliczny uśmiech pozostawił w mężczyźnie całkiem sporo wątpliwości. Jakby nie było, pokazał AMICIE gdzie ma szukać ŁATWOPALNYCH substancji...
  Obejrzał się w stronę pozostałych. Sytuacja w chwili obecnej nie wydawała się już tak tragiczna. A gdy wszyscy dostali już trochę nasączonych oliwą szmat, przedstawienie zaczęło zbliżać się ku końcowi.
  Plus tego wszystkiego był jeden: Szary nareszcie miał porządny powód, by nienawidzić większych przyjęć. Co z tego, że w przyszłości pewnie i tak nikt mu w to nie uwierzy...

* * *

        Siwy ogier (no dobra, w szarawą cętkę na zadzie) parsknął lekko, trącając nosem siano. Nie zainteresował się dźwiękami kroków, w końcu dzisiejszego ranka w stajni działo się naprawdę dużo. Ludzie biegali w te i z powrotem, cały czas o czymś gadając. Ale co go to miało obchodzić? Zawsze gadali, gadają i gadać będą. Taki ludzki urok. A czasem gadali nawet do zwierząt. Stajenni robili tak właściwie codziennie. Dziwne. Takie z tych ludzi gaduły, a lepszym znajdują rozmowę z koniem niż z drugim człowiekiem.
  Gdy jednak siwy usłyszał, że czyjeś nogi zatrzymują się przed jego boksem, uniósł ciekawie łeb. O drzwi oparł się luźno ten sam szczupły mężczyzna, który go tu przyprowadził. Zarżał na powitanie. Revan uśmiechnął się lekko, gdy zwierzak przystawił łeb do kraty.
  - Cześć pierdoło - powiedział gładząc rumaka po chrapach.
  Koń oczywiście się nie obraził. Jakkolwiek go nie nazwano, zrobiono to przyjemnym tonem. Czyli nikt go nie próbował obrazić. Obrócił się w miejscu, przyciskając w stronę Szarego szyję. Jak już chcesz mnie podrapać, to zrób to tutaj, wydawał się mówić.
  - Wiesz, że nie mam co z tobą zrobić? - kontynuował mężczyzna, spełniając nieme życzenie wierzchowca.
  Siwek prychnął i tupnął przednią nogą. Czyli ten człowiek też nie chce gadać z innymi ze swojego gatunku? Niech mu będzie. Przynajmniej w końcu ktoś go podrapał po szyi.
  - Z tego co wiem, nie jesteś mój. I zaskakująco mało się tym przejmuję.
  Ja również, zdawał się mówić zwierzak, otrząsając łeb.
  - Dante wspominała, że w związku z posłanniczym charakterem klanu, przyda mi się wierzchowiec - Re poklepał konia po łopatce. - Żadnych lepszych kandydatów w pobliżu nie widzę.
  Ogier aż spojrzał w jego kierunku z uniesionymi na sztorc uszami. Zrozumiał? Ze strachem czy radością?
  - Tak, paskudo - powiedział już zdecydowany Prześladowca. - Oto zostałeś koniem klanu Orłów.
  - Ojojoj, to w takim razie trzeba mu przyznać nadobniejsze imię...
  Thalia (bo któż by inny?) położyła mu z powagą rękę na ramieniu, jakby diagnozowała poważną chorobę.
  - ,,Paskuda" mi wystarcza - stwierdził Re unosząc jedną brew.
  - TOBIE, samolubie jeden - oburzyła się piratka. - Całe życie na morzu spędziłam, a wiem więcej o koniach niż szczur lądowy. Doprawdy, albo to ja mam powód do dumy, albo ty do wstydu.
  - To może ,,Cholera"? - zaproponował mężczyzna, specjalnie próbując zirytować Szkwał.
  - Albo przejdźmy od razu do ,,Dżumy" - odparła złośliwie kobieta.
  Revan udał zastanowienie, po czym pokręcił głową.
  - Nie - odpowiedział z pełnym przekonaniem w głosie. - Oba brzmią jak dla klaczy. Wyjątkowo paskudnej i złośliwej - zaakcentował, patrząc znacząco w stronę Thalii.
  Sztorm uśmiechnęła się tylko zbójecko.
  - Oj, niejedno imię nosiłam, każde z równą dumą - oparła się o boks, patrząc w stronę bezimiennego, póki co niczyjego konia. Jakby nie było, własność mogło mu nadać tylko imię.
  Szary pogładził zwierzę po długim pysku. W oczach rumaka błyszczała inteligencja, podobna jak u tresowanego psa. Ale Re jakoś od zawsze bardziej wolał konie od psów. Chociaż po prawdzie oba gatunki od stuleci wydawały się na równi człowieka słuchać. I rozumieć.
  - Cóż tobie imię moje powie? Umrze jak smutny poszum fali - zacytował Prześladowca w zastanowieniu, bardziej do siebie niż do kogoś. - Co plunie w brzeg i zmilknie w dali...
  - ...jak nocą głuchą dźwięk w dąbrowie - dokończyła Thal. - Często bawisz się w rymowanki. Cholera jasna, mam nadzieję, że to nie zaraźliwe...
  - Wnioskując po fakcie, że dokończyłaś, to śmiem stwierdzić, że jednak jest - w oczach Revana błysnęła wesołość. - Ale nie martw się, uzupełnianie przypadkowych wersetów to tylko pierwszy objaw, jeszcze o niczym nie świadczy.
  - Tak, jasne - zgodziła się Sargent. - W stadium zaawansowanym zacznę gadać wierszami jak potłuczona. Czyli zupełnie jak ty.
  Wtedy Szaremu coś zaświtało. Zmrużył oczy, wpatrując się w siwka. Przypadkowy werset...
  - Werset - powtórzył myśl jak echo. Poklepał ogiera po szyi. - Panie i panowie, znaleźliśmy paskudzie imię.

Thalia? Jakieś zupełnie zbędne i kreatywne komentarze? :P

piątek, 23 grudnia 2016

Od Revana (CD Flo) - A mówili ,,nie baw się ogniem"...

        To zdecydowanie wykracza poza moje kompetencje, myślał Re starając się nie spaść z wierzgającej bestii. Nie do tego szkolił się całe życie. Arystokrata? Herszt? Seryjny morderca? Pestka. Póki miał do czynienia z człowiekiem żadne wyzwanie nie wydawało się Nocnemu Prześladowcy niemożliwe do wykonania. I nagle w środku balu, tuż po jego poetyckim pojedynku z piratką, pojawia się Chow i bestie godne uwiecznienia w dziełach Lovecrafta. Swoją drogą, ciekawe, że to akurat po pojawieniu się Chowlie cały bal poświęcony wieloletniej idei międzyrasowej tolerancji poszedł w niepamięć w przeciągu jednej minuty. Revan już wcześniej miewał wrażenie, że nie docenił kurierki, ale to przebiło wszelkie jego oczekiwania.
  Wbity w kark hak zdążył już przejść na wylot i z każdą chwilą do umysłu Szarego coraz bardziej dobijała się przerażająca wizja pękającej skóry. Upadek w takiej chwili byłby chyba największym i jednocześnie ostatnim w jego krótkim życiu. Całe szczęście (albo i nieszczęście, patrząc po ilości potworów na sali) dziwadła miały niesamowicie grubą i wytrzymałą skórę. Ciekawe czy dałoby się z tego zrobić porządny kaftan? Odzież powstrzymująca bełty, to by było coś...
  Profesjonalnych lekcji jazdy może i nigdy nie miał, ale lata jeżdżenia wszerz i wzdłuż Dal-Virii zrobiły z Revana całkiem dobrego jeźdźca, chociaż w życiu nie spodziewałby się, że te umiejętności przydadzą mu się w pokonywaniu potworów. Zupełnie jak w siodle. Łatwizna, powtarzał sobie w myślach, próbując wychylić się do przodu po swój rzucony wcześniej nóż i przy okazji nie złamać karku na kafelkach. Nie miał najmniejszej ochoty zakończyć swojej kariery w klanie Orłów tu i teraz, a już na pewno nie w tak idiotyczny sposób. W końcu dosięgnął rękojeści.
  - To chyba moje! - rzucił ujmując mocno broń, wyszarpując ją przy kolejnym wierzgnięciu z satysfakcjonującym cmoknięciem rozcinanego ciała, które (nie żeby się temu kiedykolwiek przysłuchiwał) brzmiało wyjątkowo paskudnie i nienaturalnie. I hurra, odzyskał nóż...tylko co teraz? Jego plan właściwie nie zakładał sukcesu, o ile w ogóle jakikolwiek ,,plan" kiedykolwiek istniał.
  Z braku lepszych pomysłów, po prostu wbił go w drugie oko.
  Reakcja była natychmiastowa. Ryk boleści był jak wbite w uszy kolce, chwilowo ogłuszając mężczyznę. W ostatniej chwili zdołał wyrwać swój hak i zeskoczyć, zanim bestia w ostatecznej próbie ukarania szaro brązowego szkodnika rzuciła się desperacko na ziemię. Revan przekoziołkował po ziemi, od razu stając na nogach. No, przynajmniej lądowanie mu wyszło.
  - Ha, łatwizna - rzucił do siebie bez entuzjazmu, otrzepując ubranie.
  Stojąca obok rogata elfka obserwowała cierpiącego potwora. Szary z ubolewaniem zauważył, że koniec końców nie odzyskał swojego noża - broń dalej tkwiła w paskudzie, ale po drugiej stronie głowy. Pyrrusowe zwycięstwo. Po chwili dobiegły do nich Thalia i Chow, obie zdyszane...i nieludzko uradowane.
  - Ej! - rzuciła Szkwał do nieznajomej. - Pierwsze tu byłyśmy. Nie kradnij zabawy - mimo raczej negatywnego przekazu, widniejący na twarzy piratki uśmiech przeinaczył komunikat w przyjazną złośliwość.
  - Ktoś tu się nie umie dzielić - dorzuciła szatynka, równie uradowana. Na jej ramieniu wylądował Ozzi, głośno zwiastując swojego przybycie znanym całej trójce hasłem.
  - Dobra, potem dogadacie się kto kogo okradł - wtrącił się Prześladowca. - Najpierw trzeba unieszkodliwić tą gnidę zanim wstanie...
  - TE gnidy - poprawiła go kurierka, wskazując kciukiem w stronę końca sali.
  Pobojowisko wyglądało jeszcze gorzej niż kilka minut temu. Revan mógłby przysiąc, że gdy siedział na grzbiecie potwora, kandelabr jeszcze wisiał na swoim miejscu, a gobeliny nie płonęły. Jedna z bestii, z którą chyba walczyła Dante, leżała martwa, rozcięta włócznią, a w jej miejsce jakimś niewyjaśnionym cudem pojawiły się trzy nowe, głodne i w pełni sił stwory. Szary na chwilę stracił wiarę w swoje pojęcie matematyki. Obejrzał się w stronę drzwi - liderka Słowików, lider Borsuków i jakiś trzeci typ walczyli z jednym potworem. Drugi zwijał się już bardziej z wściekłości niż bólu tuż przed nim. A trzeci był martwy...
  - Skąd tu się do cholery wzięła kolejna trójka? - wypowiedział na głos dokończenie myśli.
  - Cud natury - odparła Chowlie.
  - A na serio? - wtrąciła elfka, wcale niezadowolona z takiego przebiegu sytuacji.
  - Rozcięte paskudy dają więcej paskud - wyjaśniła Thalia, domyślając się co się wydarzyło.
  - A mniejsze paskudy dadzą ich jeszcze więcej. Tak więc nie tniemy - podsumowała Chow.
  Revan przejechał sobie dłonią po twarzy, dając w jednym westchnieniu frustracji upust wszystkich tłumionych od ataku potworów emocji. Najpierw musi walczyć z czymś, czego właściwie nie znał i nie mógł podejść żadnym ze znanych sobie sposobów, a potem dowiaduje się, że i tak go nie pokonają. Nie tylko jemu się to nie podobało. Thalia po prostu warknęła tupiąc z całej siły, po prostu czysto wściekła.
  - Jak mam coś zabić nie tnąc tego na kawałki?! - wyrzuciła z siebie.
  Prześladowca patrzył na drugiego z teraz już pięciu potworów. Łuskowaty brzydal porośnięty szorstką, rzadką sierścią wił się po podłodze, dalej przeżywając utratę wzroku. Chaotyczne ruchy w połączeniu z jękami boleści przypominały Revanowi sytuację sprzed kilku lat, gdy na szlaku przez Ironwood podpiął się do karawany kupców, a nocą napadł ich krenshar. Młody był i pewnie by go bez trudu usiekła sama dwójka woźniców, ale nikt mu nie chciał robić krzywdy. Potwór był jednak głodny i pewny siebie...i chyba nie wiedział jak działa ogień. Szorstka sierść zajęła się jak ognisko od rzuconej przez przestraszonego pachołka pochodni. Potworowi zostało tylko wić się w boleści...
  Potwór. Szorstka sierść. Ogień. To przecież oczywiste!
  - Chowlie, musimy go podpalić - powiedział szybko. Zwierzę zaczęło się już podnosić na łapy.
  - Co proszę? - odparła kurierka.
  - Po ogniu nie zostaje ślad. Nie rozetnie go, więc się nie rozmnoży.
  - Jak z czarownicami! - wtrąciła się Thal z szatańskim uśmiechem.
  - Od kiedy to czarownice rozmnażają się po rozcięciu na pół? - rzucił Prześladowca, nie mogąc się powstrzymać.
  Potwór skoczył w ich kierunku, rozdzielając grupę. Oczywiście Szkwał i Szarego los musiał rzucić w jednym kierunku, zmuszając ich do współpracy. W końcu to opowiadanie nie miałoby sensu bez choćby jednej słownej przepychanki z ich strony.
  - Nie łap mnie za słowa, panie poeto - zagroziła mu palcem, z niepokojącym uśmiechem sięgając po płonący gobelin. - Ale w sumie to by śmiesznie wyglądało. Wyobraź sobie minę łowcy czarownic, któremu trafiłby się taki przypadek. Mógłbyś? Ja mam zajęte ręce - skinęła głową w stronę maszkary, która zdecydowała się iść za Chowlie i rogatą dziewczyną.
  Mężczyzna obsunął bandanę i zagwizdał głośno na dwóch palcach. Ślepemu potworowi wibrujący dźwięk wkręcił się nieprzyjemnie w uszy. Obrócił się wściekły, ślizgając po posadzce i zaszarżował ślepo. Szary zagwizdał jeszcze kilka razy, by nie stracić zainteresowania bestii, po czym uskoczył w niemalże ostatniej chwili. Sargent czekała przygotowana trzymając zerwany gobelin za niepłonącą część.
  - Ole! - zakrzyknęła zarzucając ciężką tkaninę na ślepego potwora, równocześnie odsuwając się na bok eleganckim piruetem.
  Bestia biegła dalej. Przez ślepotą nie było dla niej różnicy w trzymaniu czegokolwiek na łbie. Za późno jednak zorientowała się, że nie powinno jej być tak ciepło. Droga tkanina paliła się łatwo, a sierść, ku uciesze piratki i mordercy, jeszcze lepiej. Stwór zaczął się rzucać po podłodze w bezsensownej walce. Łuski poddawały się pod temperaturą i odpadały, pozwalając płomieniom dostać się do skóry. Wkrótce niemal cały grzbiet bestii zajął się ogniem.
  - BUAHAHAHA! PŁOŃ! PŁOOOŃ! - wyrzuciła z siebie Thalia z nieludzką satysfakcją, unosząc ręce do góry. Urwała gdy ujrzała pytający wyraz twarzy Revana, dalej bez bandany. Mężczyzna pokręcił głową z dezaprobatą. Dziewczyna wzruszyła ramionami. - No co? Zasłużył sobie, bezczelny gnój.

Thalia? Pozostali? :3

piątek, 23 września 2016

Od Revana (CD Thalii) - Nie rzucać się w oczy?

        Mężczyzna podążył za wzrokiem piratki w stronę morza falujących barw. Tłumy pomniejszych lordów i szczupłych dam mieniły się najróżniejszymi kolorami, wśród których dominująca była zieleń, żółty, czasem nieco czerwieni i gdzieniegdzie pomiędzy tym przebijał się jakiś błękit czy fiolet, ale najwidoczniej w tym roku nie szczyciły się wielkim popytem. Wszystko to okraszone kontrastującą biżuterią i złotymi haftami, które błyszcząc w świetle kandelabrów nadawały wszystkiemu ciepły odcień. I pomyśleć, że Revan był w stanie powiedzieć słowo ,,ciepły" o bandzie snobistycznej arystokracji, z którą normalnie zwykł rozprawiać się w bocznych alejkach, z dala od przypadkowej widowni...Doprawdy, to święto naprawdę padło mu na mózg.
  Tym razem ukryta filozofia w wypowiedzi Thalii już go nie ruszyła. Nie umiał dokładnie stwierdzić, dlaczego, skoro jeszcze przed momentem stanowczo odradzał jej bawić się w myśliciela. Cóż, może właśnie przez fakt, że tym razem już się nie bawiła? Mężczyzna potrafił odróżnić ,,udawanie filozofa" od faktycznego, głębszego zastanowienia. Prawda jest taka, że nie da się wydusić z siebie takowych przemyśleń. Nie kontempluje się czegoś na siłę. Prawdziwa mądrość rodzi się z przypadku - z zachodu słońca, mieniącego rozbłyskami światła morza, wirujących w powietrzu płatków śniegu. Te małe cuda, dla każdego wydające się czymś najzwyklejszym w świecie, dla ludzi pokroju Re (czy, jak widać, także Thalii) stanowiły pierwszy krok do rozmyślań. Nie zastanawiali się jednak dokładnie nad tym, co właśnie obserwowali, bo kontemplowanie nad samą istotą spadającej z nieba zamarzniętej wody to idiotyzm. To nie woda była fascynująca. Piękny widok był jedynie drgnięciem popychającym nasz umysł w, z pozoru, niczym nie podobną do niego myśl. Z myśli rodziła się metafora, z metafory mądrość, która, zapisana, zdolna była przetrwać wieki. Jakże smutnym był fakt, jak wiele na świecie padało niesłyszalnych przez nikogo złotych myśli. Chłop pracujący w polu i student wyższej uczelni mogli stać na tym samym poziomie pod względem filozofii, ale koniec końców tylko ten drugi zyskiwał wielbicieli, bo pierwszy nie widział sensu w dzieleniu się swoimi rozmyślaniami. Miał na głowie cały dom i rodzinę, na cholerę komu zapisywać jakieś przypadkowe zdanie, które wpadło mu do głowy podczas wpatrywania się w łany zboża?
  I wśród piratów najwyraźniej zdarzały się podobne niewykorzystane potencjały. Gdyby Thalia wychowała się na bogatym dworze, mogłaby teraz stać gdzieś na uboczu otoczona grupką podobnych jej młodych, pełnych entuzjazmu następców wielkich możnych i wymieniać się z nimi swoimi przemyśleniami. Albo i nie, przeszło nagle Revanowi przez myśl. W końcu to życie kształtuje charakter. Gdyby Szkwał przeżyła je inaczej niż na pirackiej łajbie, byłaby dzisiaj przecież zupełnie inną z charakteru osobą. Miałaby na głowie inne sprawy niż książki. A tak - może z nudów, trudno powiedzieć co ją ku temu skłoniło - sięgnęła raz na okręcie po któryś tomik, po czym chcąc jeszcze bardziej nagiąć drażniące stereotypy, złamać wszelkie zasady, rozwinęła swój umysł w tym kierunku. Doprawdy niesamowite, jak bardzo odmienny los mógł spotkać każdego z osobna, gdyby tylko zmienić jedną rzecz w swojej przeszłości.
  Chociaż wolał tego na głos nie mówić, Szarego w głębi duszy cieszył fakt, że życie Thalii potoczyło się akurat tak, a nie inaczej. Świat potrzebuje i filozofów, i szaleńców.
  - Teraz jeszcze cię naszło na tańce? - uniósł jedną brew. - Doprawdy, w ogóle cię dzisiaj nie poznaję.
  Z twarzy Thalii zniknął wyraz zamyślenia, oddając pola już bardziej szkwałowemu, zbójeckiemu uśmiechowi.
  - Wątpisz w moje zdolności taneczne? - rzuciła piratka.
  - Wątpię w ich istnienie. Szant w to nie wliczaj, bo do tego tańczyć umie każdy.
  - Ta zniewaga krwi wymaga! - kobieta uniosła teatralnie głos. - Mam niby wierzyć, że sam jesteś mistrzem parkietu?
  - Mistrzem nie - przyznał Revan. - Ale jestem pewien, że lepiej się na tym znam niż ty.
  - Czyżby? - Sargent podparła się pod boki. Po chwili zacytowała: - Do tańca grają nam armaty, stali szczęk, śmierć kosi niby łan...
  -...lecz my nie wiemy co to lęk - w stalowoszarych oczach błysnęła wesołość. - Chciałaś mnie zmylić recytatorskim tonem?
  - Liczyłam, że brak muzyki utrudni to bardziej - Thalia zmrużyła oczy, lekko niezadowolona. - Wiersze jeszcze zrozumiem, ale szanty? Ten świat doprawdy schodzi na psy, skoro byle szczur lądowy może się poszczycić znajomością pieśni żeglarskich...
  - Żeglarskich? Na lądzie też to śpiewamy - mężczyzna założył ręce na piersi z udawanie urażonym tonem. - A zanim powstała melodia, musiał istnieć tekst.
  Szkwał zmierzyła Prześladowcę wzrokiem, jakby patrzyła na przeciwnika, szukając słabego punktu. Koniec końców jednak wrócili do nieskończonego tematu znajomości poezji. I chociaż żadne z nich nie wypowiedziało ani słowa, w tym spojrzeniu, postawie, ukryty był jeden, konkretny komunikat, który oboje doskonale zrozumieli...
  No to wojna.
  Pierwszy krok tym razem wykonał Szary:
  - Przejrzałem niskie ludzkości obszary Z różnych jej mniemań i barwą, i szumem: Wielkie i mętne, gdym patrzył rozumem...
  - Małe i jasne przed oczyma wiary - podłapała Thalia. - I was dostrzegłem o dumni badacze, Gdy wami burza jak śmieciem pomiata...
  - Zamknięci w sobie jak konchy ślimacze, Chcieliście, mali, obejrzeć krąg świata - drugą połowę Szary specjalnie zaakcentował.
  Jego przeciwniczka zmrużyła oczy wypowiadając niewerbalnie to, co miała ochotę mu teraz wytknąć. Mimo to kontynuowała:
  - Konieczność - rzekli - wedle ślepej woli Panuje światu jako księżyc morzu.
  - A drudzy rzekli: Przypadek swawoli W ludziach, jak wiatry w nadziemskim przestworzu.
  - Jest Pan, co objął oceanu fale... - urwała na chwilę, po czym dokończyła z uśmiechem: - I ziemię wiecznia kazał mu zamącać.
  - Ale granicę wykował na skale, O którą wiecznie będzie się roztrącać - ton głosu Revana przybrał lekko na wesołości. Pojedynek już na dobre zaczął przypominać dyskusję.
  Sargent uśmiechnęła się drapieżnie, zakładając ręce na piersi.
  - A więc to tak się chcesz bawić? - powiedziała zaczepnie. Zaczęła powoli iść po okręgu. Mężczyzna ruszył w przeciwną stronę. Cały widok przywodził na myśl szykujące się do walki dzikie koty. Szkwał szukała chwilę odpowiedniego utworu w pamięci, aż w końcu zaczęła drugą rundę: - Żyłem z wami, cierpiałem z wami, Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny...
  - Dziś was rzucam i dalej idę w cień - z duchami - A jak gdyby tu szczęście było - idę smętny - jak można się było spodziewać, Szary podjął wyzwanie. Więcej - zamierzał je wygrać. - Nie zostawiłem tutaj żadnego dziedzica Ani dla mojej lutni, ani dla imienia; Imię moje przeszło jako błyskawica I będzie jak dźwięk pusty trwać przez pokolenia.
  - Lecz wy, coście mnie znali, w podaniach przekażcie, Żem dla ojczyzny sterał moje lata młode; A póki okręt walczył - siedziałem na maszcie, A gdy tonął - z okrętem poszedłem pod wodę...
  - Niech przyjaciele moi w nocy się zgromadzą I biedne serce moje spalą w aloesie, I tej, która mi dała to serce, oddadzą - Tak się matkom wypłaca świat, gdy proch odniesie...
  Żadne z nich chyba nie zdawało sobie sprawy jak bardzo niedorzecznie musieli wyglądać. Dwoje obszarpańców, wyglądających jakby dostali się na bal bez zaproszenia przez uchylone okno, chodziło po tarasie żywo i coraz głośniej recytując. Gdyby byli kimś innym może miałoby to w sobie więcej sensu, w końcu pewnie nie byli pierwszymi urządzającymi sobie wieczorek poetycki na tego typu balu. Jednakże jeśli już ktoś spodziewałby się pojedynku dwóch miłośników literatury pięknej, zdecydowanie obstawiałby, że jego uczestnikami będą raczej wielcy lordowie-myśliciele. Gdyby jednak tak było, nie zgromadziliby wokół siebie żadnej publiczności - ot, znowu jakieś ważniaki próbują zrobić z konkurenta idiotę, nic nadzwyczajnego.
  Może to więc właśnie ten zaskakujący kontrast między charakterem pojedynku a jego uczestnikami zaczął zbierać zainteresowanie. Jakaś przechodząca, wyraźnie znudzona wywodami męża kobieta usłyszała fragmenty znanego jej poematu, umykające przez otwarte drzwi. Obróciła się zaintrygowana i szarpnęła męża za rękaw. Oboje zaciekawieni podchodzą i słuchają. Podobnie jakaś inna para, i jeszcze inna, aż w końcu tłumek zaczyna być bardziej widoczny i coraz więcej ciekawskich chce się dowiedzieć co też tu zgromadziło tylu ludzi.
  Zgromadzenie widzieli wszyscy. Wszyscy, poza Thalią i Revanem, kontynuującymi swój jakże istotny pojedynek.
  - Lecz zaklinam - niech żywi nie tracą nadziei - perorował Szary. - I przed narodem niosą oświaty kaganiec; A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei, Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec! Co do mnie - ja zostawiam maleńką tu drużbę Tych, co mogli pokochać serce moje dumne...
  - Znać, że srogą spełniłem, twardą bożą służbę I zgodziłem się tu mieć - niepłakaną trumnę - odpowiedziała Szkwał. - Kto drugi tak bez świata oklasków się zgodzi Iść... taką obojętność, jak ja, mieć dla świata? Być sternikiem duchami napełnionéj łodzi, I tak cicho odlecieć, jak duch, gdy odlata?
  - Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna, Co mi żywemu na nic... tylko czoło zdobi - Prześladowca zatrzymał się, stając oko w oko z przeciwniczką. Thalia, mimo, że niższa, bez oporu patrzyła mu dumnie prosto w stalowe ślepia i z równie wielką dumą przejęła zakończenie wiersza:
  - Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna, Aż was, zjadacze chleba - w aniołów przerobi.
  Po ostatnim słowie nastała chwila ciszy. Szybko przerwała ją jednak burza oklasków. Morderca i pirat spojrzeli zaskoczeni w stronę wejścia na salę, dopiero teraz dostrzegając zgromadzoną publiczność. Popatrzyli po sobie, po czym, jakby umówionym sygnałem, równocześnie wzruszyli ramionami i pokłonili się nisko, niczym odbicia w lustrze.
  - To chyba tyle jeśli chodzi o ,,nie rzucanie się w oczy"... - rzucił cicho Revan.
  Thalii jedynie zadrżały ramiona od stłumionego śmiechu.


I jak Blue? Dokonało się XD Trochę się usiedziałam, ale chyba wyszło :>

środa, 6 lipca 2016

Od Revana - Owca wśród wilków

        - Poursuivant? - powtórzyła panna Rubkat, powoli, dla pewności.
  Revan skinął głową. Stojący obok Jin natomiast wykazywał zdecydowanie więcej zainteresowania trwającym zaledwie kilka kroków dalej balem. A było na co patrzeć - lady Ikramu dopilnowała by wszystko było zapięte na ostatni guzik. Przyjęcie nie odbywało się bezpośrednio w zamku, a w stojącej obok niego osobno wybudowanej sali balowej. Szaremu z zewnątrz przypominała katedrę, pozbawioną tylko dzwonnicy i innych wieżyczek. Od wewnątrz jednak nietrudno było dostrzec, że budynek służył do czczenia zgoła innych bóstw niż przywykł. Jedno wielkie prostokątne pomieszczenie o łukowatym sklepieniu posiadało jedno główne wejście od południowego zachodu i wyjście do ogrodów na drugim końcu, od strony morza. Po bokach znajdowały się jeszcze po dwie pary schodków i szklanych drzwi prowadzących na lekko podwyższone tarasy, stamtąd natomiast można było wymknąć się na obwodzącą wzdłuż ścian galeryjkę na piętrze. Parkiet ułożony z idealnie gładkich czerwonych płytek, na środku tworzył zielony wzór kwiatu o żółtym środku. Ściany również trzymały kanon jasnej, pastelowej żółci i łagodnej, nie bijącej w oczy zieleni. Wszystko oświetlało pięć sporych rozmiarów kryształowych kandelabrów. Przechodząc pod największym pośrodku Prześladowca mimo woli oczekiwał aż usłyszy trzask pękającego łańcucha, gotów w każdej chwili uskoczyć na bok. Ogółem całe to przedstawienie wywoływało w nim typowe zawodowemu mordercy instynkty obronne. Każdy przechodzący obok niego szlachcic wydawał się podejrzany, a koniec końców przecież tylko on sam nosił tu maskę. Nawet Jin zdjął kaptur, nie przejmując się niczym. Chyba staję się paranoikiem, pomyślał, gdy po raz kolejny złapał się na oglądaniu przez ramię kątem oka.
  - Nietypowe nazwisko - uniosła jedną brew. - Pewnie jesteś castelijczykiem?
  - Zgadza się - odpowiedział Re. - A to mój kuzyn, Jin Harmon.
  Złodziej pokłonił się teatralnie, wzbudzając u liderki Orłów lekki uśmiech.
  - To zaszczyt panią poznać - powiedział, na co Szary tylko przewrócił oczami. Za grosz taktu.
  - Aż takich względów nie oczekuję - Rubkat na szczęście potraktowała to raczej jako dowcip niż próbę urazy. - Dante w zupełności wystarczy.
  Szarego dalej zaskakiwało jak bardzo ci wszyscy obecni tu liderzy odbiegali od podawanych przez płochliwą ludność wzorców. Żadne z nich się nie puszyło, zabraniali się tytułować choćby samym ,,pani/pan" i rozmawiali z każdym równie swobodnie co ze starym znajomym. Jak zauważył Re, większość z nich nawet się specjalnie nie wystroiła. Stojąca przed nim Dante Rubkat, słynna już w Ikramie liderka Orłów, nie miała na sobie sukni, a proste spodnie i tunikę.
  - Więc co was przekonuje do dołączenia do Orłów? - zapytała pogodnie.
  - Mam słabość do Ikramu - Jin zdecydował się odpowiedzieć pierwszy. - Przyjeżdżałem do Mithiremu jako dziecko i polubiłem morze. A skoro do Lwów nadaję się jak inwalida do wojska...to pozostaje mi wierzyć, że w Orłach znajdzie się miejsce - uśmiechnął się wesoło.
  Dobra taktyka, pomyślał mile zaskoczony Revan. Może jednak coś z tego gówniarza tutaj wyrośnie.
  - Oczywiście, że się znajdzie - zapewniła go kobieta. - A jak było z tobą Revanie?
  No właśnie - nie odezwała się nazwiskiem, jak osoba władzy wyższej, tylko imieniem. Niesamowity przypadek jak na dotychczasowe doświadczenie Prześladowcy.
  - Cóż, cała historia zaczęła się względnie niedawno - zaczął, starając się ostrożnie dobierać słowa. - Trafiłem na dwie młode kobiety, z czego jedna z nich okazała się członkinią Orłów...
  - Chowlie, jak mniemam? - zgadła Dan z lekkim uśmieszkiem.
  - Zgadza się. Zaproponowała mi i swojej towarzyszce dołączenie do klanu. Tak więc znaleźliśmy jakieś wierzchowce i ruszyliśmy tutaj licząc, że jeszcze zdążymy dotrzeć do stolicy przed Świętem Tolerancji - opowiedział pokrótce. I w głębi duszy liczył, że nie będzie się musiał dzielić całą historią. A przynajmniej nie z liderką klanu.
  - To musiała być wyjątkowo ciekawa podróż... - wysunęła domysł jasnowłosa. - No, w każdym razie witam wśród Orłów. Pozwolicie, że formalności - wypowiedziała to słowo z udawanym trudem - dopełnimy jutro?
  Jiantou wyszczerzył się doskonale rozumiejąc co Rubkat ma na myśli.
  - Ależ oczywiście! - zasalutował. - Miłego wieczoru!
  Dante również życzyła im miłej zabawy i oddaliła się spokojnym krokiem. Nie trwało zbyt długo zanim napadła ją jakaś grupka z arystokracji. Re przekazał jej w duchu wyrazy współczucia i zaczął rozglądać się za jakimś zajęciem. Wtedy jednak kątem oka dostrzegł wymykającego się Jina. Chwycił kuzyna pod ramię.
  - Hej, hej, a ty gdzie? - rzucił. - Zostawiasz mnie tu na pastwę losu? No wiesz co? Własną rodzinę? - ton jego głosu jednak wyraźnie wskazywał na lekką przesadę.
  - Przecież świetnie sobie radzisz - zaoponował Lis ze zbójeckim uśmiechem. - Jeszcze chwilę tak postój jakbyś miał kij w dupie i szlachta weźmie cię za swojego.
  Szary wymierzył chłopakowi z otwartej dłoni w tył głowy, ale łucznik wyślizgnął się w ostatniej chwili i rozpłynął w tłumie. Revan pokręcił głową z niedowierzaniem, jednak pod bandaną na twarzy malował mu się nieznaczny uśmiech. Nic się nie zmienił. Ani nie dorósł, ani nie spoważniał. Zupełnie jakby cała ta reputacja szkoły, którą zniósł przez kilka lat była tylko czczą gadaniną. Trzeba go będzie o to później wypytać.
  A tymczasem trzeba było jakoś na powrót stać się niewidzialnym. Normalnie Re nie miał z tym najmniejszych problemów, jednakże tutaj wyróżniał się aż zbytnio. Wśród kolorowych sukni i surdutów, szarobrązowy kaftan raził w oczy, chociaż zadanie przewidziano mu zgoła odwrotne. Jak na złość przez wzrost, do tej pory w niczym nie wadzący, teraz wydawał się przypominać jodłę wśród świerków. Zupełnie jakby specjalnie zaproszono tylko niższych od niego. Słowem, wbrew stwierdzeniu Jina udawanie jednego z członków arystokracji było niewykonalne.
  Na całe szczęście - lub nieszczęście - blisko jednego z wyjść na taras złapała go osoba, której spodziewał się tu najmniej: Thalia.
  - Co tak nerwowo? - parsknęła śmiechem piratka. - Nikt cię tu nie napadnie.
  Rzeczywiście, Szary czując na ramieniu czyjąś dłoń z miejsca spiął się w sobie, wbrew woli sięgając do pasa po broń. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że przez wzgląd na grzeczność i ogólną ideę Święta Tolerancji zostawił ją pod pewną ręką dozorcy. Nie wypadało przychodzić z przypiętym do pasa hakiem na przyjęcie czczące zgodę między rasami i królestwami. Westchnął z teatralną boleścią.
  - Na sali jest dobre trzy setki osób, ludzi, elfów, krasnoludów, a nawet khajiitów i reptilian. A ja trafiam akurat na pirata - powiedział złośliwie.
  Dziewczyna tylko wyszczerzyła się jeszcze bardziej, wyraźnie zadowolona z psucia mu humoru.
  - Oj weź odpuść, Re - przewróciła oczami. - Ja tu przychodzę się pointegrować, a ty z zębami. Nie wstyd ci?
  - Nie - odparł. - Własny kuzyn porzucił mnie na pastwę losu, czuję się w tym zbiegowisku jak owca wśród wilków, a teraz jeszcze ty postanawiasz i tym razem nie odpuścić. Jeszcze tylko Chow tutaj brakuje...- nagle ucichł zdając sobie sprawę z istotnego faktu. - Gdzie ona właściwie jest?
  Thalia też jakby dopiero teraz zauważyła brak hałaśliwej kurierki. Rozejrzała się wokół, jakby liczyła, że zaraz ją gdzieś zauważy. Oczywiście nic takiego nie miało miejsca. Wydęła wargi unosząc bezradnie ręce.
  - Na mnie nie patrz. W rękawie jej nie schowałam - odparła.
  - W takim razie lepiej się mieć na baczności - powiedział połowicznie do siebie Revan.
  - Myślisz, że planuje wysadzić zamek? - wyszeptała konspiracyjnie Szkwał, robiąc przy tym śmiertelnie poważną minę. Po chwili jednak wybuchła śmiechem.
  Szary pokręcił powoli głową.
  - Jesteście obie nienormalne - stwierdził w słowach to, co on i zapewne także większa część świata wiedzieli już od bardzo dawna.

Thalia? Blue, wdrażamy plan? >:)

A tak wg kochani, to zaczęliśmy bal! Wybaczcie mi moje lenistwo :< Mam nadzieję, że jakoś to wszystko ruszymy wspólnymi siłami :3

piątek, 13 maja 2016

Od Revana (CD Amity i Thalii) - Fortunny zbieg okoliczności

        Re bezwiednie sięgnął ręką do pasa. Kapitan Hak? Gdzieś już słyszał to przezwisko. Nawet niejeden raz. Malo oryginalne, jego zdaniem. Przecież nie był jedynym człowiekiem noszącym przy sobie hak. Zawsze istniała ta drobniutka szansa, że dziewczyna w kapturze trzymała akurat nie jego broń. Malutki procent równy procentowi jej szans na przeżycie jeśli jednak rzeczywiście go okradła. Szary złapał się na tym, że już modli się w duchu, by jednak się mylił, bo jeśli nie...
  Dłoń mężczyzny trafiła na pustkę. Dziewczyna niemal od razu rzuciła się do ucieczki. Wniosek nasunął się sam.
  - Jasna cholera... - zaklął pod nosem i ku zdziwieniu towarzyszy zerwał się z miejsca. Przebiegł przez placyk przeciskając się między ludźmi, aż w końcu wypadł na ulicę.
  Rozejrzał się w poszukiwaniu niebieskiego kaptura. W masie ludzi mignęła mu nagle roześmiana twarz dumnej z siebie złodziejki. Nawet nie zamierzała się kryć. Świetnie, pomyślał Prześladowca. W takim razie nie będziemy się cackać. Jak każdy szanujący się morderca, Revan traktował swoje narzędzia pracy z wyjątkową dbałością. Może nóż i kastet tak bardzo nie zawracały jego głowy, bo można je było nabyć niemal wszędzie przez całkiem sporą powszechność ich użytkowania. Ale hak i nadziak były taką revanowską Alfą i Omegą, jego znakiem rozpoznawczym. Robotę Nocnego Prześladowcy rozpoznawało się albo po jednej ranie kłutej w karku, albo rozprutym gardle czy (w wypadku, gdy już naprawdę zalewała go krew, a to się rzadko zdarza) brzuchu. Nikt, absolutnie NIKT nie może dotykać jego broni, a tym bardziej poważyć się o kradzież jednej z nich. No chyba, że jesteś zdesperowanym samobójcą.
  No dobra, mogę nieco przesadzać. W normalnej sytuacji Szary nie byłby przecież w stanie z zimną krwią zamordować szesnastolatki. Może i trudnił się (a niewykluczone, że dalej to robi) w zawodzie wyjątkowo brudnym i parszywym, ale skrytobójstwo jednak zasadniczo różni się od zwykłego mordu. Ponadto jak dobrze wiemy Re należał do tego małego odsetka morderców z pewnymi, wytyczonymi przez siebie zasadami oraz ograniczeniami. Jednak w chwili gdy ścigał przez tłum pewną siebie złodziejkę haków nie mógł ręczyć za siebie.
  Hood tymczasem mknęła zadowolona przebiegając pod brzuchami wierzchowców i przemykając pod pachami wyższych od siebie ludzi, doskonale wykorzystując fakt, że sporo wyższy od niej Revan miał niemałe trudności ze śledzeniem jej dokładnej trasy. Mimo wszystko, nie była to dla niego przecież pierwszyzna. Czym różnił się ten pościg od setki innych, które musiał wszczynać, gdy robota szła nie po jego myśli? Każdy poprzedni zakończył sukcesem, to i ten nie będzie wyjątkiem. Dziewczyna chyba nie zdawała sobie sprawy na co się porywa. Dostrzegła to jednak dopiero po fakcie, gdy zauważyła, że mimo jej zwodów i starannie dobieranych przeszkód mężczyzna nie tylko nie zostawał coraz bardziej w tyle, ale i zaczynał rozgryzać jej sztuczki, przybliżając się coraz bardziej. Spanikowała nieco gdy niemal chwycił ją za rękaw, po czym dostrzegła stojący przy jakimś niskim dachu pusty wóz. Pewna siebie posłała Szaremu zbójecki uśmiech i już po chwili była na daszku przybudówki. Revan uśmiechnął się pod nosem. Tylko na tyle cię stać?, pomyślał szybko idąc w jej ślady. Błękitny kaptur zniknął za krawędzią wyższego dachu. Prześladowca znalazł się na nim zaledwie dwie sekundy później...
  Dziewczyna zniknęła.
  Stanął jak wryty, oglądając się na boki. Jak to diabła? Rozpłynęła się? Odleciała? W sumie o tylu dziwactwach słyszał, że wcale by się nie zdziwił, gdyby złodziejka była magiem zdolnym wyczarować sobie skrzydła (co może też świadczyć, że nie ma bladego pojęcia o prawdziwej magii). W każdym razie: dziewczyna zniknęła, jego hak również. Po prostu pięknie.
  - Świetnie - prychnął odkopując jakiś odłamek komina. - Wprost cu-dow-nie! Dlaczego to ja trafiam na same waria...
  - Re?
  Głos tak Szarego zaskoczył, że urwał odwracając się do tyłu. Dobra, sam w sobie głos zaskakujący nie był - to pewnie nie pierwszy i nie ostatni raz gdy jakiś wariat wychodzi sobie na dach pokrzyczeć. To w końcu wolny kraj. Inna sprawą jest fakt, że padło jego imię, a właściwie zdrobnienie, co było jeszcze bardziej niepokojące. Osoby, które mogły bez konsekwencji mówić mu ,,Re" mógł policzyć na palcach jednej ręki. I nie miał pewności, czy aby stojący kilka metrów dalej niższy chłopak na pewno do nich należał. Miał na głowie kaptur, a twarz, podobnie jak Revan, zakrywał bandaną. Ubrany był w najzwyklejszy lekki łuczniczy pancerz, a ponad ramieniem wystawały zgodnie z poprzednim lotki strzał oraz łęk łuku.
  Oboje niepewni, czy aby na pewno się znają podeszli na odległość półtora metra i niczym lustrzane odbicia przekrzywili głowy zakładając ręce na piersi. Jak jeden równocześnie zsunęli z twarz bandany. Chłopak okazał się być skośnooki o kruczoczarnych włosach i ciemniejszej od słońca skórze. Zmrużyli oczy przyglądając się drugiemu, aż kącik ust każdego podniósł się lekko w złodziejskim uśmieszku.
  - Dalej nosisz damskie kapelusze? - rzucił Jin.
  - Dalej nie wyleczyłeś kleptomanii? - odparował Re.
  Jiantou zaśmiał się i sprzedał kuzynowi niedźwiedzi uścisk. Revan odwzajemnił go, naprawdę ciesząc się z powrotu Manquera.
  - Nie powinieneś siedzieć za morzem? - rzucił w końcu czepliwie.
  - A powinienem - odparł ze wzruszeniem ramion Kitsune. - Ale nie chciało mi się. Tak bardzo mnie tu nie chcecie, że pytasz? - uśmiechnął się złośliwie.
  - Skąd. Mnie to nie przeszkadza. A rodzina się wyniosła, więc nikt cię nie pogoni z powrotem - odparł z identycznym uśmiechem Prześladowca.
  Nastrój Jina jakby nieco opadł.
  - Wynieśli się? - wydusił zdziwiony. - Ale dokąd?
  - A cholera ich wie - Szary machnął ręką. - Jak na mój gust mogą nie wracać. Lepiej opowiadaj jak było w tej całej akademii.
  - To chyba na inny moment. No chyba, że wolisz siedzieć na jakimś dachu podczas jednej z większych imprez w kraju.
  - Wiesz...to chyba akurat rodzinne - Re skrzywił się lekko na myśl o balu. Nie miał ochoty tam siedzieć dłużej, niżby to było konieczne.
  Lis widząc wyraz twarzy kuzyna parsknął śmiechem.
  - Co racja, to racja - odparł podzielając jego zdanie.
  - Haaaalooo! Ktoś tu chyba się nie umie bawić!
  Mężczyźni odwrócili się w stronę wyrastającego z dachu komina. A na nim siedziała majtając nogami drobna dziewczyna z krótkim warkoczykiem z boku głowy i mocnymi cieniami wokół oczu. Co jednak najważniejsze, Szary dostrzegł zdjęty z głowy niebieski kaptur. Zupełnie zapomniał o ukradzionym haku.
  - Nie graliście nigdy w berka? - perorowała dalej złodziejka. - Jedna osoba goni drugą. Proste jak drut! Nie ma miejsca na gadanie! To przecież nudne...
  - Gdzie mój hak? - przerwał jej Prześladowca.
  - Tutaj - dziewczyna wzięła rzeczony przedmiot do ręki. - Fajne cacko. Ile za nie dałeś?
  - Lepiej to oddaj zanim się pokaleczysz... - powiedział zimnym jak stal tonem, przewiercając Hood na wylot wzrokiem. Wolał nie dodawać, że w innym wypadku to ktoś ją pokaleczy...
  - Może masz rację? - zaczęła z namysłem oglądając zdobiony karwasz. - W końcu jestem tylko dzieckiem, biegam z nożyczkami i podaję ludziom noże ostrzem do góry...meh, chyba nigdy się niczego nie nauczę. - rzuciła broń właścicielowi i uśmiechnęła się diabolicznie. - Ale to chyba lepiej. Pewnych rzeczy po prostu nie powinno się zmieniać. Takich nieuków jak ja włączywszy. No, fajnie było chłopaki, ale wszystko zepsuliście. Do następnego! - po tych słowach dziewczyna jak gdyby nigdy nic zniknęła. Ot tak, jakby rozpłynęła się w powietrzu. Do uszu Revana dotarł jednak odgłos szybkich kroków po dachówkach.
  - A to co było? - zapytał zdezorientowany Kitsune.
  - Sam chciałbym wiedzieć - Szary przypiął hak na powrót do pasa. - Nie znam jej.
  - To by wyjaśniało dlaczego odważyła się dotykać twoich rzeczy - Jiantou uśmiechnął się lekko.
  - Zapewne - Re zerknął na horyzont. Słońce zaczynało zachodzić. Za niedługo miał się zacząć ten przeklęty bal. - Skoro masz mi już coś opowiedzieć to może rzeczywiście znajdźmy ku temu lepszą sposobność, nie sądzisz?
  Jin przytaknął krótko głową i podeszli do skraju dachu. Przykucnęli tam, oboje z wrodzoną już wprawą oceniając sytuację na ulicy. Zamieszanie na dole sięgnęło już swojego apogeum. Idealna okazja, by dwójka niekoniecznie lubianych w niektórych częściach państwa młodych mężczyzn mogła niepostrzeżenie zniknąć w tłumie. Oboje naciągnęli na twarze bandany, bezwiednie znów robiąc coś równocześnie. Spojrzeli po sobie, nie mogąc nie skorzystać z okazji do kolejnych złośliwości.
  - Na pewno niczego ostatnio nie ukradłeś - rzucił Revan.
  - Na pewno nikogo ostatnio nie zabiłeś - odparował Jiantou, po czym zeskoczyli na niższy dach.

środa, 30 marca 2016

Od Revana (CD Chowlie) - Nowi i starzy znajomi

        Chowlie odeszła z wielkim hukiem i przeklinającą papugą, a stojący na placyku przy stajni morderca i piratka odprowadzali ją żądnym mordu wzrokiem. Revan spojrzał na Thalię, ale Sargent uprzedziła oczywiste pytanie:
  - Tak, ona zawsze taka była. A przynajmniej odkąd ją znam.
  - Tego się spodziewałem - westchnął Szary i pociągnął swojego siwego rumaka do stajni.
  Ikramskie stajnie najwyraźniej nie zmieniały się pod żadnym wpływem - gdziekolwiek by nie stały, jakkolwiek długo i do kogokolwiek by nie należały, były przestronne oraz świetnie zaopatrzone. Stajnie klanu Orłów nie były wyjątkiem. W końcu, co to za goniec nie szanujący konia? Te cudowne, malownicze zwierzęta dla ikramskich kurierów były niesamowicie ważne i cenne. Uwadze Re nie uszedł fakt, że boksy były w lepszym stanie niż domy najbiedniejszych mieszkańców mniejszych miast. Nie żeby coś miał do tutejszych władz, jednak w głębi serca trochę go to bolało, bo samemu nierzadko przyszło żyć w gorszych warunkach. Ale co on tam wie? Jest tylko płatnym mordercą.
  Stajenna z uśmiechem wskazała Revanowi i Thalii puste miejsca dla wierzchowców. Najwyraźniej ceniono sobie tutaj porządek także wśród koni. Prześladowca rzucił okiem na jeden z boksów. Zajmowała go srokata klacz. Wyglądała względnie normalnie...póki nie zobaczyła, że Re na nią patrzy. Jakby wyczuła, że jest obiektem zainteresowania i zakwiczała nienaturalnie, płosząc konie w boksach. Pracująca w stajni dziewczyna wyrwała z siana jakiś badyl i bezpardonowo trzepnęła klacz w nos.
  - Paszo won, Skata! - warknęła. - Ani mi się waż skubać! - zwróciła się z powrotem do Prześladowcy i Szkwał: - Wybaczcie, same z nią problemy. To kelpia.
  - Kelpia?! - piratka wydawała się ucieszyć. - No proszę! Nie tylko ja tu tęsknię za morzem, co, malutka? - powiedziała do rumaka, ale Skata tylko kłapnęła na nią zębami.
  - Ciągnie swój do swego - skomentował z lekką wesołością Revan, ale Sargent jedynie uśmiechnęła się podejrzanie.
  - Dobra - przerwała im stajenna. - Siwka poproszę tutaj, a drugiego do stanowiska, aż się jakiś boks zwolni.
  Szary wprowadził swojego podopiecznego do wskazanego boksu i uwiązał go do drewnianych krat. Ogier sapnął, jakby zasmucony. Mężczyzna nie mogąc się powstrzymać poklepał go po szyi pocieszająco.
  - Mi też się tu nie podoba, stary - powiedział.
  - Czy mi się przesłyszało, czy ty gadasz do konia? - usłyszał nieco zbyt głośne słowa Thalii ze stanowiska naprzeciwko linii boksów.
  - Podobno konie rozumieją ludzką mowę - odparował.
  - A jakże! - wtrąciła się wesoło stajenna nasypując paszy do żłobu nowego lokatora. - Nie tylko słowa rozumieją, ale i człowieka potrafią na wylot przejrzeć!
  Re uniósł jedną brew i spojrzał na siwka.
  - Jaja sobie robisz? - mruknął do konia. - Nawet ja tak nie umiem.
  Koń otrzepał się prychając, jakby mówił A co ja tam wiem?. Re uśmiechnął się i rozsiodłał zwierzę. Całkiem miła bestia. Może by go tak zatrzymać? Niegłupi pomysł. W końcu jako członek klanu Orłów będzie musiał obcować z wierzchowcami dosyć często. O ile go w ogóle tutaj przyjmą...cóż, jakby co, to wiedział w którym boksie czekał na niego bilet do wolności, gdyby sprawy przybrały najmniej korzystny obrót.
  Zawiesił siodło na furtce i już miał sięgnąć, by zdjąć ogłowie gdy nagle przed jego nosem coś śmignęło, po czym wbiło się w drewnianą ściankę. Stuknięcie wystraszyło nieco siwego ogiera, który zadreptał w miejscu niezadowolony. Revan spojrzał na drgający jeszcze pocisk. Lodowy sopel. Było to coś tak niespodziewanego w ciepłym klimacie Ikramu, że przywodziło mu na myśl tylko jedną osobę.
  - Spudłowałeś - powiedział głośno i dopiero wtedy odwrócił się w stronę przyjezdnego.
  Mag w błękitnej tunice uśmiechnął się lekko. W niczym się nie zmienił. Tak samo jak Re i - wnioskując ze słów Thalii - Chowlie, należał do grupy osób, które wbrew wszelkim prawom przemijania cały czas pozostawały takie same.
  - Skąd wiesz, że celowałem akurat w ciebie? - odparł Istomin.
  - Za dobrze cię znam, Tundra - Revan wrócił do przerwanego zajęcia.
  - Nie korzystam już z tego imienia - skrzywił się Han.
  - Lata świetności minęły? - rzucił zgryźliwie Prześladowca.
  - Raczej niewoli.
  - Jak zwał tak zwał - Szary ostatni raz poklepał rumaka po łopatce, położył ogłowie na siodle i wyszedł z boksu. - Czego szukasz w Ikramie?
  - Lidera Lwów - odparł bez ogródek mag. - Poza tym podobno szykuje się jakieś święto.
  - Taak, już widzę jak prosisz kogoś do tańca - w stalowych oczach Re zagościła nutka wesołości, świadcząca, że uśmiecha się pod maską.
  Han już miał rzucić jakąś ciętą ripostą, ale do rozmowy wtrąciła się Szkwał. Klepnęła Istomina w plecy, jakby znali się już od dawna i posłała im obu swój zwyczajowy uśmiech.
  - No proszę, jednak masz jakichś znajomych - powiedziała złośliwie do Revana. - Może przedstawisz?
  - A co ja jestem, herold? - mężczyzna założył ręce na piersi. - To nie niemowa, ani nikt ważny, by musieć go anonsować, nieprawdaż? - dodał patrząc już na Frosta.

Thalia? Han? Macie obiecane opo :P

niedziela, 6 marca 2016

Od Revana (CD Chowlie) - Co chcesz wiedzieć?

        Re podniósł jedną brew w niemym zapytaniu. Przez całą drogę kurierka milczała (w przenośni, oczywiście), aż tu nagle chce czegoś się o nim dowiedzieć. A był niemal pewien, że wie o nim wszystko. W końcu wieści się roznoszą. Może nie z wiatrem, ale z takimi jak ona, którzy i tak niewiele w tyle zostają. I ku ironii to właśnie ludzie starający się jak najbardziej zachować anonimowość, zacierać każde ślady i podawać fałszywe nazwiska jako pierwsi trafiają na piedestał, pozbawieni masek. Szary z miejsca sądząc, że Chowlie nie będzie miała o co go pytać dał się jej zaskoczyć, a to zdecydowanie mu nie odpowiadało. Potwierdziło jedynie jego uprzednie przekonania, że nie istnieje coś takiego jak ,,przewidywalny goniec".
  Koniec końców, w pewnym stopniu miała rację. Ikram już blisko i zaraz będą służyć pod jednym sztandarem. Revan nie mógł szczerze przyznać, że ufa swoim kompanom. Nie byłby w stanie dać pannie Sargent stłuczonej butelki, nie wspominając o nożu, po czym opowiedzieć o sobie wszystko Mistral i mimo wszystko spać spokojnie. Jedyne czego chciał to porządne alibi, które pozwoli mu pojawiać się w większych miastach bez wzbudzania sensacji. Jeśli nie będzie w stanie zaufać swoim towarzyszom broni, ani tym bardziej liczyć na wzajemność, długo w klanie nie posiedzi.
  Westchnął więc jedynie i powiedział:
  - Czego więc o mnie nie wiesz?
  Pytanie, chodź dziwnie skonstruowane, wydawało się osiągnąć efekt. Re poczuł lekką satysfakcję widząc na twarzy Chow cień zaskoczenia.
  - I już? - odparła w końcu. - Od tak mi powiesz co chcę wiedzieć?
  - W moim stanie zdrowotnym dalszy opór nie ma sensu - wyjaśnił z lekką złośliwością w głosie.
  - W takim razie daj mi chwilę - Chowlie uniosła lekko palec wskazujący i zrobiła teatralnie przesadną minę mającą wyrazić powagę całej sytuacji. - To wiekopomna chwila, która prawdopodobnie więcej się nie powtórzy, dlatego wolę się namyślić nad pytaniem.
  Thalia parsknęła śmiechem. Re zerknął na nią kątem oka. Chociaż piratka udawała zupełną obojętność nie trudno było się domyślić, że także nastawia ucha. Prześladowca poczuł się jak podczas nieprzyjemnej partii szachów, w której dostał niekompletny zestaw figur. Nie zamierzał śpiewać jak u spowiednika. Wystarczy, że powie tyle ile wystarcza, by komuś względnie zaufać. Jak każdy miał swoje tajemnice i wolał ich z miejsca nie wygadać, zwłaszcza komuś kto jeździ po Dal-Virii wzdłuż i wszerz.
  - To może najpierw: skąd jesteś? - zapytała kurierka.
  - ,,Najpierw"? - Revan uniósł brew. - Mam się bać?
  - Więc? - nalegała brunetka.
  - Kiromi - odparł krótko Prześladowca.
  - No i to by wiele wyjaśniało - Chowlie uśmiechnęła się tryumfalnie. - Słyszałam, że na zachodzie Castelii lubiany nie jesteś, panie Nocny Prześladowco, ale teraz to przynajmniej jakiś konkret. A nazwisko?
  Szary zgromił ją spojrzeniem stalowo szarych oczu. Czy wszyscy jej pokroju muszą zaczynać od pytań względnie bezpiecznych, a już na drugiej pozycji ustawić zgoła gorsze? No trudno, zobowiązał się sam przed sobą, to i musi swojej decyzji sprostać. Problem polegał na tym, że nie miał nazwiska. Po prostu. Zawsze był Revanem, a przynajmniej tak to pamięta. Nie byłoby to nic dziwnego, większość przedstawicieli stanów niskich nie ma nazwisk rodowych, które można by przekazywać z ojca na syna. Dostają własne, wymyślone przez siebie czy znajomych. Były to głównie odwzorowania cech, coś, dzięki czemu właściciel był od razu rozpoznawany...a czemu by nie mogło służyć jako swoiste ostrzeżenie?
  - Poursuivant - odpowiedział pewnie.
  Chowlie powtórzyła to sobie bezgłośnie, jakby chciała się tego nauczyć na pamięć. Chwilę się zamyśliła po czym uśmiechnęła zbójecko.
  - W Kiromi nie mieszka żaden ród o takim tytule - wydedukowała. - Całkiem sprawnie ci idzie wymyślanie nazwisk na poczekaniu.
  - A to coś złego? - Re uśmiechnął się lekko. - Nazwisko i tak mi się przyda. To swego rodzaju przywilej móc wymyślić je sobie samemu.
  - Nawet jeśli brzmi ono ,,Prześladowca"? - wtrąciła się Sargent.
  - Lepiej, że sam siebie tak nazwałem, niż gdyby zrobił to ktoś inny - zauważył Szary.
  Nagle Chow ściągnęła wodze i stanęła w strzemionach. Uśmiechnęła się zadowolona z siebie i machnęła ręką.
  - Panie i panowie - zaczęła. - Oto Ikram!
  Stolica królestwa z ich pozycji wydawała się być na wyciągnięcie ręki. Rozległe miasto, jakby przyrośnięte do wybrzeży. Thalii na widok morza usta mimowolnie rozciągnęły się w lekko bolesnym uśmiechu. Stali tak przez jakieś dwie minuty. W końcu Revan wychylił się nieco do przodu i zmierzył wzrokiem najpierw Chow, a potem Szkwał. Odchrząknął i dziewczyny spojrzały w jego stronę.
  - A po co w ogóle się zatrzymaliśmy? - zapytał wprost.
  Razem z piratką spojrzeli na kurierkę. Mistral wzruszyła ramionami.
  - No co? - zdziwiła się. - Trzech wędrowców ze wzgórza obserwuje majestatyczne miasto, cel swojej długiej podróży, a ty nagle psujesz klimat. Myślałam, że lubicie takie poetyckie dyrdymały - brunetka ścisnęła konia łydkami i ruszyła przodem. Papuga zagwizdała i rzuciła swoje słynne hasło.
  Re rzucił pytające spojrzenie Sargent, ale kapitan jedynie wywróciła oczami i również pospieszyła konia.

Thalia? Chow? Wybacz Blue, ze kradnę ci CD, ale trzeba to wszystko popchnąć naprzód :P

czwartek, 28 stycznia 2016

Od Revana (CD Thalii) - Voodoo i wróżby

        Revan zmierzył wróżkę wzrokiem. Jej wygląd jedynie utwierdził go w już dawno ustanowionych stwierdzeniach. Dalej ciekawiło go, dlaczego pospólstwo nazywa kobiety parające się tarotem ,,wróżkami". Przecież w większości są to stare baby lub wytatuowane dzikuski. Albo - jak widać - jeszcze większe dziwadła. Wedle jego pamięci termin ,,wróżka" oznaczał małe, bajkowe stworzonko, które opiekowało się księżniczkami i prowadziło zagubione książęta przez ciemne lasy ku zamkowi gdzie przetrzymywano jego ukochaną. Przynajmniej tak było w stereotypowych bajkach, których każdy się nasłuchał w dzieciństwie. I choć Re nie miał okazji słuchać ich zbyt długo zdecydowanie nie umiał porównać właścicielki namiotu do skrzydlatego elfika w różowej koronce. Jej wężowe kły również mu tego nie ułatwiały.
  Prześladowcę rozpoznawano głównie po jego stalowym, przeszywającym spojrzeniu. Teraz miał okazję po raz pierwszy w życiu poczuć się jak jego zleceniodawcy. Owa wróżka miała spojrzenie jak sztylety. Na dodatek wydawała się czytać w myślach, wiedzieć o tobie wszystko jedynie patrząc ci w oczy. Mimo to Szary się nie speszył (a przynajmniej tego nie pokazał) i bez skrupułów odwzajemnił sztyletujące spojrzenie kobiety. Ta widząc to uśmiechnęła się jadowicie. Było to wyjątkowo niepokojące.
  - Odłóż to, młoda damo - powiedziała odrywając w końcu wzrok od Nocnego Prześladowcy i przenosząc go na kurierkę.
  Chowlie wyszczerzyła się do nieznajomej i odłożyła trzymaną za plecami głowę na półkę.
  - A więc... - zaczęła wróżka uśmiechając się ponownie. Re nagle zastanowiło dlaczego jej język nie jest rozdwojony. - Czego tu szukacie, tajemniczy wędrowcy? Nie bójcie się tej lalki, korsarzu - tu zwróciła się nagle do Thalii, która nie mogła powstrzymać się od patrzenia przez ramię na upiorną kukiełkę. - Nie ma rączek, którymi by mogła trzymać nóż.
  Szarego ogarnęło nieprzyjemne przeczucie, że lalka straciła łapki ponieważ dowiedziała się, gdzie wróżka trzyma zastawę stołową. Szybko jednak odgonił od siebie głupie wymysły. Lalki nie ożywają. Nie ma takiej magii. Nawet nekromancja skupia się jedynie na trupach. Chociaż...Ile on właściwie wiedział o voodoo?
  - Oj, wierz mi, niewiele wiesz - mężczyźnie zjeżył się włos na głowie gdy usłyszał odpowiedź na zadane w myślach pytanie.
  Czarnoskóra kobieta dalej uśmiechała się niepokojąco. Chow i Sargent szybko pojęły, że to zdecydowanie nie jest zwykła wróżka.
  - Skoro już tu weszliście i przegrzebaliście moje rzeczy...- tu rzuciła oskarżycielskie spojrzenie zwłaszcza szatynce -...może zostaniecie tu na kilka minut? Tak dawno nie miałam tu gości.
  - Ciekawe dlaczego... - rzucił z przekąsem Revan. Skoro jego myśli nie są tu bezpieczne, to po co je tłumić?
  - Nie sądzę byśmy... - zaczęła Sargent, ale Chowlie od razu jej przerwała:
  - A ja chętnie posłucham wróżb!
  Szary i piratka spojrzeli na nią błagalnie. Kurierka jedynie wzruszyła ramionami i usiadła naprzeciwko wróżki.
  - No co? - powiedziała. - Ta miła pani twierdzi, że nie ma się czego bać. Chyba nie spękacie, co? - uśmiechnęła się zbójecko.
  To ostatecznie przekonało Szkwał do zajęcia drugiego krzesła. Prześladowca widząc, że nic tu nie zdziała, westchnął zrezygnowany i również usiadł. Wróżka ponownie upiornie się uśmiechnęła. Zaczęła tasować karty pokryte miniaturami i niezrozumiałymi symbolami.
  - A więc na pierwszy ogień idzie nasza szanowna kurierka - Chow nawet nie drgnęła powieka, gdy kobieta odgadła kim jest. Czarnoskóra jednym płynnym ruchem rozłożyła karty jednolitą stroną ku górze, po czym odwróciła niby przypadkowe trzy z nich. - Koń bez jeźdźca...Chyba znajdziesz sobie pupila.
  - Wypadałoby... - zamyśliła się szatynka.
  Kobieta zerknęła na następną kartę. Widniał na niej rysunek iglastego drzewa trafianego przez piorun.
  - Rozdarta sosna - wymamrotała wróżka. - Czeka cię ciężka decyzja. I ostatnia...Nabijana gwoździami pałka. To symbol konfliktów i bijatyk, których na pewno nie ominiesz.
  - To chyba oczywiste - Chowlie z lekkim rozczarowaniem wstała i zamieniła się na miejsca z Thalią.
  Piratka zarzuciła nogę na nogą i oparła łokcie na stole wyczekująco. Wróżka zebrała karty i przetasowała je jeszcze raz. Ponownie rozłożyła je na stole. Pierwszą kartę odwróciła od razu, bez zastanowienia - widniał na niej statek na morzu. Drugą po pewnym zastanowieniu. Na tej widoczny był rysunek ciemnej sylwetki z workiem na plecach. Nad trzecią kartą jej ręka wisiała niemal minutę, zanim kobieta niepewnie ją odwróciła. Rysunek na nim wyglądał jak rozstaje, a na dwóch osobnych drogach identyczne postacie.
  - Zobaczmy, co my tu mamy - wróżka zatarła ręce i położyła palec na miniaturze statku. - Tęsknisz za morzem, nieprawdaż? Wyczuwam jednak, że szybko na nie nie wrócisz. Druga...Złodziej. Ktoś ci coś skradł, ale odzyskanie twojej własności nie jest rzeczą pewną. Nie mogę orzec, czy w ogóle będziesz w stanie odnaleźć samego złodzieja. Trzecia natomiast...Czeka cię spotkanie z członkiem rodziny. Prawdopodobnie nigdy się nie widzieliście i choć jesteście do siebie podobni ruszyliście osobnymi ścieżkami.
  Sargent zmrużyła oczy. Szybko jednak przybrała swój zwykły uśmiech i wstała. Wskazała Szaremu zachęcającym gestem puste krzesło. Mężczyzna zwlókł się ze swojego miejsca odstępując jej krzesło i usiadł naprzeciwko czarnoskórej kobiety. Jej kły błysnęły w wyjątkowo paskudnym uśmiechu, co tylko upewniło Re, że jego przepowiednie będą wyjątkowo wyszukane. Zebrała talię, przetasowała, cały czas patrząc w jego stalowo szare oczy i rozłożyła karty. Odwróciła trzy karty, ale tym razem robiła to regularnie, każdą co pół minuty. Jakby wszystko miała dokładnie zaplanowane, lub chciała wywołać większy efekt.
  - Pierwsza karta - położyła palec wskazujący na pierwszym rysunku. Zakrwawiony sztylet. Jak dla Revana była to oczywista wróżba: - Masz krew na rękach, panie Prześladowco. W przeszłości...i w przyszłości - urwała oczekując reakcji.
  - Nic nowego - Revan wzruszył ramionami.
  Wróżka wskazała następną kartę. Ta wyglądała na bardziej skomplikowaną, chociaż przekaz dla mężczyzny był równie logiczny i zrozumiały. Na rysunku była szubienica. Przy dźwigni stał kat...ale pętla była pusta. Skazańca nie było.
  - Kroczysz po cienkiej granicy - powiedziała niemal szeptem czarnoskóra. - Jesteś nieuchwytny, niczym cień. Nikt nie umie cię pochwycić na długo...ale kat czeka. Uważaj, by ci się noga nie powinęła.
  - No to trochę poczeka - przerwał jej Nocny Prześladowca.
  Kobieta cmoknęła niezadowolona kręcąc głową. Sięgnęła ku trzeciej karcie. Był na niej miecz. Tego przesłania Re nie umiał sobie wyjaśnić. Zaciekawiła go i wróżka chyba to zauważyła, bo uśmiechnęła się jadowicie.
  - Król Mieczy - wyjaśniła z tryumfem. - Chłodna ocena sytuacji, pewny lęk, ale też walka z samym sobą lub z otoczeniem. Wyczuwam w twojej przeszłości sporo przemocy. Zarówno fizycznej, jak i psychicznej.
  Spojrzała na niego wyczekująco. Szary nie reagował. Mimowolnie się uśmiechnął, a rozbawienie widoczne w jego oczach przygasiło dobry humor wróżki. Szkwał podniosła pytająco brew. Chowlie też nie umknęło dziwne zachowanie Revana. Zaśmiał się lekko, a dźwięk ten potrafił przyprawić o ciarki. Nachylił się nieco do czarnoskórej kobiety.
  - W przyszłości też będzie go wiele, już ja tego dopilnuję - powiedział dalej rozbawiony i wstał. - To tyle?
  Wróżka zmrużyła oczy i ponownie zmierzyła go wzrokiem. Tym razem jednak jej spojrzenie nie było ciekawskie, tylko czysto wrogie. Zebrała karty w talię, co chyba znaczyło, że to koniec wróżenia na dzisiaj. Chowlie wstała zawiedziona, a jej papuga zagwizdała kilka razy. Thalia po raz ostatni popatrzyła w stronę wróżki i ruszyła śladem towarzyszki. Re natomiast skinął kobiecie głową i uniósł lekko kapelusz w pożegnalnym geście. Czarnoskóra kobieta prychnęła tylko i machnęła ręką by znikał jej z oczu.
  Mężczyzna uśmiechnął się po raz ostatni i opuścił namiot.

Thalia? Chow? Nawet ja nie wiem co mu odbiło, ale wyszło znośnie x3