Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ti'en. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ti'en. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 grudnia 2016

Od Ti'ena - Zabawa dopiero się zaczęła

        Gdyby ktoś z miejsca ostrzegł Ti'ena, że w środku przyjęcia do sali wskoczy potwór, przyszedłby tutaj zdecydowanie wcześniej, zdecydowanie lepiej przygotowany i ze zdecydowanie lepszym nastrojem. Tymczasem jednak szedł na zabawę zgoła spóźniony, powłócząc nogami jak uczeń w poniedziałkowy ranek. Ulice skąpane już były w mroku, a równie rozentuzjazmowani jak on latarnicy łazili od jednego słupa do drugiego, zapalając światła za pomocą długich tyczek. Wyraz ich twarzy i tęskne spojrzenia w stronę łuny światła nad dachami, pochodzącej zapewne z sali balowej, lepiej niż słowa wyrażały ich dogłębne rozczarowanie. Prawdą było, iż na Święto Tolerancji zaproszony był każdy. Prawdą było też, że nie wszyscy mieli w tym czasie wolne.
  Brak światła nie przeszkadzał Lao. Za to jego Cień nie był usatysfakcjonowany. Za każdym razem gdy próbował się zmaterializować obok swojego pana, drobniutka struga światła z której korzystał umykała i ponownie opadał na ziemię, zbyt słaby by móc być widocznym. Ti'en śledził jego poczynania kątem oka. Niejeden raz przeszło mu przez myśl, czy nie powinien dać Cieniowi więcej mocy. Wtedy jednak przypominał sobie pierwsze lata jego oswajania i odpędzał od siebie ten pomysł. Cień nie był mu zawsze całkowicie posłuszny. Tuż po ożywieniu okazał się tworem chaotycznym, lekko zagubionym i skonfundowanym. Nie ma czego mu tutaj zarzucać - była to naturalna reakcja obronna, podobna do sytuacji, w której zwierzę wychowywane przez całe życie w klatce nagle zostaje z niej wypuszczone. Oczywistym jest, że najpierw rzuca się na tych, którzy najbardziej je drażnili, stukając kijami o stalowe pręty. Cień myślał początkowo w ten sam sposób. Poczuł się silniejszy mając połowicznie materialną formę i zamachnął się w pierwszej kolejności na Ti'ena. Mag przez cały rok musiał żyć w przekonaniu, że jego własny cień chce go udusić, aż w końcu pokazał mu kto tak naprawdę jest panem. I chociaż w chwili obecnej Cień stał się dla mężczyzny niemal bratem, wizja dawania mu choćby odrobinę większej mocy dalej go niepokoiła. Może lepiej będzie pozostać przy takim stanie rzeczy. Stwór już i tak był wystarczająco silną pomocą w walce, nie potrzebował niczego więcej. A poza tym Ti'en korzystał z magii ostatni raz dobre dziesięć lat temu. Pewnie już wyszedł z wprawy.
  W końcu Cienisty wyszedł za róg na mały placyk przed salą balową. Tutaj chodnik był już bardziej równomiernie oświetlony przez wiszące za wielkimi oknami kandelabry, dając Cieniowi okazję do materializacji. Przeciągnął się zadowolony z braku uwiązania do stóp Ti'ena. Wojownik tymczasem zatrzymał się z założonymi rękoma, patrząc przez kilka minut w ciszy na świetlne refleksy. Jego ciemniejsza kopia obejrzała się to na niego, to na mury sali balowej, po czym pytająco wskazała w ich kierunku ręką.
  - Za chwilę - odpowiedział Lao. - Nie mam najmniejszej ochoty siedzieć tam dłużej niż powinienem.
  Cień założył ręce na piersi kręcąc głową z dezaprobatą.
  - Hej, liderka Słowików do następnego ranka nam nie ucieknie - mag wzruszył ramionami. - A wypatrzenie jej w tłumie chyba nie będzie takie trudne.
  Oczywiście mając na myśli pannę Anello przed oczami miał obraz drobnej kruczowłosej damy w  czarnej kurtce i płaszczu z laską pojedynkową w ręce oraz sztyletem przy pasie. Miał tę drobną dozę nadziei, że nie przepada za sukienkami i pozostanie na zabawie tylko w formie przyzwoitki. W przeciwnym wypadku odnalezienie jednej dziewczyny wśród morza falban i ozdobnych tunik faktycznie będzie stanowiło jakieś wyzwanie. Pozostawało liczyć, że jednak tak nie było.
  Raz kozie śmierć, pomyślał stawiając pierwszy krok w stronę nieuchronnego i nagle podwójne drzwi sali otworzyły się z hukiem, wypuszczając chmarę przerażonej arystokracji. Tłum niczym uciekające bydło tratował na ślepo wszystko na swojej drodze. Ti'en odsunął się na bok zaskoczony, nic nie rozumiejąc. Cień nie był tak szybki i dosłownie zginął pod nogami ludzi, spływając po ziemi z powrotem jako niematerialny, niezadowolony byt.
  - BEZ PANIKI, LUDZIE! DOPROWADŹCIE SIĘ DO ŁADU! - do uszu mężczyzny dotarł znajomy głos.
  Rozejrzał się w poszukiwaniu rudej czupryny. Lena stała obok wejścia, najwyraźniej przeprowadzając akcję ratunkową. Krasnoludzica nie miała na sobie swojego lekkiego pancerza, tylko haftowaną zieloną tunikę i proste spodnie. Mimo to przez pierś przebiegał jej pas kołczanu, a w ręku trzymała łuk. Kilku pierzastych strzał już brakowało.
  Ti'en podbiegł do niej licząc na jakieś konkretne wyjaśnienie. Kobieta zobaczyła go i na chwilę na jej twarz powrócił stary, złośliwy uśmieszek.
  - No proszę, jednak jesteś - powiedziała. - Zaskakujące, że zjawiasz się akurat gdy coś się dzieje...
  - A CO dokładnie się dzieje? - uściślił mężczyzna.
  - Lepiej sam tam wejdź i zobacz. Opisywanie nie ma sensu - pokręciła głową z westchnieniem. Po chwili jeszcze dodała: - Znajdź Lorkina i Anello. Ja się zajmę tą strachliwą tłuszczą.
  Lao uniósł jedną brew, ale nie pytał więcej. Wspiął się po ostatnich stopniach, z trudem przepychając między ludźmi. W końcu przekroczył próg sali balowej...
  Coś ciężkiego, przywodzącego na myśl jedynie ciężką kłodę, trafiło go w brzuch, popychając na ścianę. Mężczyzna sapnął uderzając w cegły i osunął się na ziemię. Chwycił się za potylicę rozglądając wokół. Co to, do cholery, było? Odpowiedź pojawiła się szybko - ogon świsnął tuż nad jego głową, zostawiając wyrwę w murze. Ti'en odsunął się na bok i stanął na nogi, obserwując dziwnego potwora. Bestia rozmiarami dorównywała niedźwiedziowi, miała jednak liniejącą sierść spomiędzy której wystawały łuski i o wiele dłuższy ogon. Przywodził na myśl mniejszą, zwinniejszą wersję bandrochłapa z pająkowato rozstawionymi łapami. Cienisty musiał oberwać zupełnie przypadkiem - zwierzę zajęte było ściganiem lidera Borsuków z mieczem w dłoni i drobnej kobiety w czerwonej sukni...liderki Słowików. W sumie to nawet lepiej, pomyślał, biegnąc jej pomóc. W tym stroju ciężko byłoby ją znaleźć na parkiecie.
  Vanessa radziła sobie zaskakująco dobrze mimo sukienki. W rękach dzierżyła parę sztyletów, którymi cięła gdzie tylko popadnie, przemykając między nogami potwora, przeskakując mu przez grzbiet i unikając ogona. Podobnie Lorkin, chociaż jego broń była zdolna wyrządzić znacznie większe szkody. Wszystko wyglądało jakby raczej odwracali uwagę, a nie próbowali pokonać potwora.
  W końcu zirytowana bestia zaszarżowała na czekającą w przyklęku pod ścianą Vanessę. Kobieta odturlała się na bok, pozwalając potworowi wbić się z impetem w parapet wysokiego okna. Szkło pękło i odłamki posypały się w dół. Anello w ostatniej chwili została odciągnięta na bok przez ożywiony Cień. Lorkin i Ti'en podbiegli do niej, korzystając póki zwierzę było lekko ogłuszone.
  - Nic ci nie jest? - rzucił Lorkin.
  Dziewczyna pokręciła przecząco głową łapiąc oddech.
  - Dzięki - wydusiła w stronę Lao, a Cień podniósł ręce oburzony.
  - Co tu się dzieje? - zapytał w końcu Cienisty.
  - Przestańcie zadawać głupie pytania! - warknęła zirytowana liderka Słowików. - Musimy się tego stąd pozbyć...
  Mężczyzna omiótł wzrokiem salę. Dopiero teraz dostrzegł, że w głębi pomieszczenia rozgrywało się kilka podobnych scen. Kilka okien było rozbitych, gdzieniegdzie walały się po podłodze strzępy z rozerwanych sukien, a mozaika na środku sali była zrujnowana przez pazury.
  - Dużo mnie ominęło? - rzucił do Lorkina.
  Brodacz uśmiechnął się krzywo.
  - Wieczorek poetycki i lord Stonehead wyzywający jakiegoś wielmożę od obszczymura. Poza tym chyba nic ciekawego - odpowiedział.
  - Czyli zabawa dopiero się zaczęła... - Lao uśmiechnął się pod maską, obserwując jak potwór mozolnie podnosi się na nogi z niezadowolonym sykiem.

Van? Lorkin? Trzeba coś wymyślić :P

czwartek, 7 kwietnia 2016

Od Ti'ena (CD Kiary) - Przyjezdni

        Oj, zobaczymy, obiecał sobie w duchu Lao, niemo odpowiadając na ostatnie zawołanie panny Amitaczi. Chyba nie ma innego wyjścia.
  Obok niego pojawił się ponownie Cień. Widmo masowało się dłonią po gardle, patrząc na Ti'ena z mieszaniną złości i niedowierzania.
  - No i co biadolisz? - powiedział Cienisty. - Lepiej, że wbiła ten nóż tobie niż mi.
  Cień papugował go złośliwie, ale koniec końców musiał przyznać mężczyźnie rację. Trudno orzec, co by się stało z widmem, gdyby jego właściciel stracił życie. Ti'en westchnął sfrustrowany i ruszył drogą chcąc jeszcze dogonić orszak z Ironwood. Karawana już się nie spieszyła tak jak wcześniej - wszyscy byli znużeni dniem, woźniczy styrali niepotrzebnie nerwy na zepsutym kole, a miasto było już o rzut kamieniem. Toteż Cienisty nawet nie zastanawiał się, gdzie też zaginął pożyczony mu koń. Zamiast tego dogonił pieszo jadącą nieco z przodu Scout i zwolnił, gdy się z nią zrównał. Lena obdarzyła go typowym zbójeckim uśmiechem.
  - Niezła szpila - powiedziała, mając na myśli łuczniczkę z klanu Orłów. - Aż dziw, że się nie dogadaliście.
  - Najwyraźniej ludzie naszego pokroju nie powinni występować częściej niż jeden na hektar - odparował.
  - Gdybym miała liczyć wszystkich, od których usłyszałam podobny tekst, nie starczyłoby dla was miejsca w tym kraju - rzuciła czepliwie.
  - To zajmiemy Thanadeim.
  - Oho! - krasnoludzica machnęła ręką. - Z armią takich dziwadeł jak ty, lord Soren zdobyłby cały świat. Pytanie, kto by po was potem sprzątał...
  - I gdzie nas po tym wszystkim wyeksmitować, skoro na lądzie nie będzie już miejsca - dokończył myśl Ti'en.
  Howlett zamilkła na chwilę trawiąc jakąś myśl. Las przerzedził się już znacznie. Nagle z niczego zmierzyła Lao wzrokiem od stóp do głów.
  - Ha! - wyprostowała się dumnie. - W końcu jestem od ciebie wyższa.
  Cienisty popatrzył na nią pobłażliwie, jak na zbyt pewne siebie dziecko.
  - Myślałem, że nie masz kompleksów co do własnego wzrostu - zauważył.
  - Bo nie mam - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Po prostu w końcu jestem w czymś od ciebie lepsza.
  Ti'en parsknął śmiechem, kręcąc głową z niedowierzaniem. Krasnoludy to doprawdy niesamowite towarzystwo.
  Miasto przez zeszłą godzinę w niczym się nie zmieniło. Taka sama pogoda. Takie same stragany przy główne drodze. Takie same nieznośne tłumy. Przez maskę Cienistego z sykiem uleciało powietrze, co świadczyło o ogromie dezaprobaty mężczyzny do takiego stanu rzeczy. Odgłos sprawił, że Lena aż drgnęła w siodle i spojrzała z lekkim niepokojem na towarzysza. Widząc jednak, że nie zdecydował się jeszcze przejść do masowej eksterminacji nadmiaru ludności, jej twarz rozjaśnił uśmieszek rozbawienia.
  - Nie bój nic, panie Lao - powiedziała. - Wszyscy członkowie klanów mają wyznaczone kwatery w siedzibie Orłów. Tam wstęp jest na czas święta ściśle strzeżony.
  Ti'en zmrużył podejrzliwie oczy.
  - Nie należę jeszcze do żadnego klanu - zauważył.
  - Ale wyglądasz jakbyś należał - odparła z nutą złośliwości Jaskółka. - Wspominałam już, że jesteś dziwadłem?
  Zgodnie z jej słowami Albus po kilku minutach odłączył się od kolumny i pomachał ręką do nich, by kierowali się za nim. Lider Wilków wjechał na kwadratowy, wyłożony żółtą i brązową kostką placyk, gdzie poza stajennymi i kilkoma przyjezdnymi nie było nikogo. Ze stajni i otaczających plac z lewej strony boksów dochodziło rżenie koni, a w górującej nad wszystkim, okalającej prawy górny róg zdobionej kamienicy służące pootwierały okna. Kernisni zsiadł z konia i natychmiast podbiegł do niego chłopak ze stajni, zabierając rumaka do boksu. Podobnie stało się z kucem Leny, z tą różnicą, że obsługujący go cwaniaczek najpierw zapytał, czy nie pomóc ,,pani" zsiąść. Trudno stwierdzić, czy chciał pożartować, czy też chciał być po prostu uprzejmy. Nie wiadomo też, czy Lenę bardziej wkurzyła sama propozycja, czy nazwanie jej ,,panią". Koniec końców obdarzyła nieszczęśnika tak pełnym jadu ,,Dam sobie radę", że chłopak poczerwieniał po uszy i już się nie odzywał. Cienisty nie mogąc się powstrzymać parsknął śmiechem, na co został zgromiony ciężkim jak ołów morderczym spojrzeniem, od którego samoistnie ugięły mu się kolana.
  Skorzystał z chwili wolnego czasu na przyjrzenie się tej ,,nietypowej" części zebranych. Starał się wyszukać u wszystkich podobnych cech, świadczących, że należą do tych samych klanów. Pierwsze na placyk wjechało dwoje podróżnych, jasnowłosa kobieta i nijako wyglądający mężczyzna, którego koń nosił dziwne, półokrągłe ślady zębów na zadzie. Chociaż Lao nie znał się w ogóle na końskich zwyczajach był pewien, że żadna zwykła szkapa nie potrafiłaby tak głęboko ugryźć. Gdy dziewczyna zsiadała z konia, o dziwo podszedł do niej Albus i wdał się w krótką pogawędkę. Lena stanęła obok Cienistego i podążyła za jego ciekawskim wzrokiem.
  - Dante Rubkat - powiedziała krótko. - Liderka Orłów.
  - Skąd to wiesz? - zaciekawił się Lao. - Podobno nigdy nie byłaś w Ikramie.
  - Ale mam uszy i umiem łączyć fakty - odgryzła się krasnoludzica.
  Stajenny przeszedł obok nich prowadząc za uzdę szarpiącego się łaciatego wierzchowca Rubkat. Klacz syczała nienaturalnie i co jakiś czas starała się ugryźć mężczyznę w rękę. Nie minęło wiele czasu, gdy na plac jak burza wpadł kasztanowy ogier, a na nim szatynka o zbójeckim uśmiechu. Po chwili na jej ramieniu usiadła żółta papuga, a przez bramę przejechał jeszcze siwy w hreczkę i srokaty wierzchowiec. Z pierwszego zeskoczył wysoki, chudy mężczyzna w trójgraniastym kapeluszu, z bandaną zakrywającą dolną część twarzy, a drugiego dosiadał jakiś młody chłopak z ciemnymi włosami. Dopiero po chwili Ti'en zdał sobie sprawę, że nie był to dzieciak, a dorosła kobieta. Trójka rozmówiła się dosłownie minutę, po czym szatynka z równie wielkim zamieszaniem wyjechała z placyku, zostawiając za sobą najwyraźniej nieco zagubionych towarzyszy oraz swoją papugę. Żółty ptak zafurkotał skrzydełkami i popędził za właścicielką cały czas powtarzając ,,KURRRR*A MAĆ!". Lao spojrzał pytająco na Scout, ale kobieta wzruszyła ramionami, równie zdziwiona całym zajściem. Ostatnim interesującym przyjezdnym był wojownik z blizną na oku, ubrany w niebieską tunikę. Pierwsze co rzuciło się w oczy Cienistego to broń nieznajomego, a właściwie jej brak. Na własnym przykładzie wiedział, że niekoniecznie oznaczało to brak doświadczenia czy przezorności. Świadczyło to raczej o tym, że w razie potrzeby mężczyzna świetnie sobie poradzi bez pomocy żadnego żelaza.
  - NO NIECH MNIE DIABLI WEZMĄ! - wydarła się nagle Lena. Lao, który niemal zapomniał o jej obecności prawie podskoczył zaskoczony. Krasnoludzica nie czekając na niego ruszyła w stronę kolejnych gości. Ti'en szczerze zaciekawiony ruszył za nią.
  Ostatnimi już podróżnymi była trójka w kapturach: dwie kobiety, obie niskie, oraz mężczyzna z brodą. Dziewczyna ubrana w czerń miała na plecy zawieszoną porządnej roboty laskę zakończoną srebrną figurką kruczego dziobu. Po chwili przez bramę przydreptał jakiś spory, czarny kundel i usiadł zziajany u jej stóp. Druga, w niebieskim kapturze, okazała się najmłodsza ze wszystkich - nie świadczyła o tym nawet jej drobna postura czy wyjątkowo dziewczęca twarzyczka, a raczej głośność z jaką się odzywała, chociaż jej towarzysze stali metr dalej. Na plecach miała kołczan i łuk. Jednak powodem wybuchu Howlett okazał się brodacz. Jaskółka podeszła do niego ze znanym już Cienistemu uśmiechem będącym mieszanką złośliwości i pewnej dozy sympatii. Lao mając niejasne przeczucie, że ma do czynienia z kolejnymi liderami klanów również podszedł do nowo przybyłych.

Lorkin? Vanessa lub Lena? Tak, NyanKot mnie zmusił do sprowadzenia was do Ikramu :P

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Od Ti'ena (CD Albusa i Kiary) - Świętoszek i wojownicza księżniczka

        Lao z zaciekawieniem zerknął na reakcję krasnoludzicy. Jak już się zdążył domyślić, kobieta miała do siebie spory dystans i urażenie jej czymkolwiek uchodziło za wyzwanie. Poza tym czuł chęć utarcia nosa temu lalusiowi. Nie obchodziło go, że jest liderem. W dupie miał, czy przegra ten pojedynek (co było przecież oczywiste). Po prostu choć raz chciał zobaczyć go bez irytującego, narcystycznego uśmieszku. I Lena go nie zawiodła: założyła ręce na piersi i uśmiechnęła się z politowaniem, chociaż nie żywiła do lidera klanu żadnych negatywnych uczuć.
  - Mniejszych nie było? Będziecie mnie musieli podsadzać! - rzuciła z udawanym wyrzutem, uśmiechając się jakby nigdy nic.
  Albus również się uśmiechnął.
  - Jak sobie tylko pani życzy - odpowiedział i dosiadł swojego siwego rumaka.
  Wbrew swoim słowom, Jaskółka jak widać nie miała żadnych problemów z usadowieniem się w siodle. Postawiła nogę w strzemieniu i podciągnęła się do góry z wprawą podobną bardziej komuś, kto spędził wiele czasu na wspinaczkach niż jeźdźcowi. Ti'enowi również sprowadzono konia. Skarogniady ogier rzeczywiście w porównaniu do smagłego, poruszającego się z gracją wierzchowca Albusa przedstawiał się dość żałośnie, nawet komuś tak nieobeznanemu z końmi jak Cienisty. Jednego był pewien - lider wilków robił sobie z niego jaja. I o ile poprzednim zachowaniem Świętoszka Lao nie przejął się w ogóle, to to przekraczało jego normę. Odgryzać brakiem szacunku za jeszcze większy jego brak to jedno, ale porównywanie do zbędnego bagażu?
  Trudno. Dają to bierz, biją to uciekaj (albo oddaj - ta wersja zdecydowanie bardziej przypadała Cienistemu do gustu). Problem polegał w niezrozumiałej niechęci Lao do jazdy konnej. Jakoś zdecydowanie bardziej ufał własnym nogom i chętnie ruszyłby z resztą na nogach, albo wpakował się na jakiś wóz. No chyba, że i to przewidział Kernisni, ale takim geniuszem zła raczej nie był, by coś takiego przewidzieć. Ti'en usiadł w siodle i chwycił lejce, jakby nie za bardzo się orientując w temacie.
  - Dobra, tylko bez wygłupów - rzucił do konia. Ogier prychnął wstrząsając łbem. Lao był niemal pewny, że chciał powiedzieć ,,Amator".
  Jadąca nieco z przodu Lena nie kryła uśmiechu.
  - Pierwszy raz w siodle? - rzuciła złośliwie.
  - Nie przeginaj - mruknął jedynie, nie mając już siły na sprzeczki.
  Z przodu dobiegł go stłumiony śmiech lidera Wilków.

        - Co to ma znaczyć? - Albus wydawał się wyjątkowo nieusatysfakcjonowany.
  - No nie pojedzie - powtórzył żołnierz znudzonym, zmęczonym głosem. - Koło ugrzęzło.
  Kernisni przejechał sobie dłonią po twarzy i westchnął.
  - No nic - powiedział w końcu. - Idę do lorda Denesle wyjaśnić co się stało. Zrobimy przymusowy postój.
  Lena zsunęła się z kucyka, chwilę przebierając w powietrzu nogami. Ti'en zsiadł już chwilę temu, widząc co się święci. Nie mogąc się powstrzymać zarechotał, patrząc na próbę bezpiecznego lądowania na ziemi. Krasnoludzica zmarszczyła brwi, ale na jej twarz szybko wrócił typowy zbójecki uśmiech.
  - Jak tam podróż, panie Lao? - zripostowała zgryźliwie.
  Cienisty ucichł lekko, ale w jego oczach dało się rozpoznać, że pod maską dalej kwitnie identyczny uśmiech. Oparł się o drzewo przy drodze i spojrzał w kierunku widocznego już Ikramu. Tak blisko, a jednak daleko. Howlett klapnęła na pieniek obok i podążyła za wzrokiem mężczyzny. Westchnęła lekko sfrustrowana.
  - Gdyby nie ten durny konwój... - zaczęła.
  - Zgadzam się w zupełności - odparł Lao rozumiejąc jej tok myślenia.
  - Dotarłabym tam spokojnie przez las i czekała jeszcze na was godzinę.
  - Godzinę? Pfft! - prychnął lekko wyzywająco Ti'en. - Mi bardziej opłacałoby się po was wracać, bo nie miałbym nic do roboty.
  Lena spojrzała na niego marszcząc brwi.
  - Tak sądzisz? - odpowiedziała zakładając ręce na piersi. - Jestem pewna, że nie zdołałbyś dotrzeć do Ikramu pieszo i wrócić zanim naprawimy to koło.
  Cienisty popatrzył kobiecie w oczy. Po chwili na twarzach obu zaczął powoli pojawiać się identyczny, zawadiacki uśmiech.
  - Zakład? - rzucili równocześnie.

        Lao szybko przekonał się, że wejścia do miasta bez torującego drogę konia obok było wielkim błędem. Święto Tolerancji ściągnęło do stolicy najgorszy przypadek ludzkiej masy na jaki trafił w całym swoim życiu. Trzeba przyznać, że do tej pory, przez całe 10 lat mieszkania w Dal-Virii, nigdy nie odwiedził żadnej stolicy. Bo po co? Wszystko co ciekawe działo się hen poza zasięgiem władzy. Dzisiejsze tłumy jedynie upewniły Ti'ena w swoim przekonaniu co do wielkich miast, wielkich imprez i urządzaniu wielkich imprez w wielkich miastach.
  Zawiódł się nieco. Tu nie było nic ciekawego, a przynajmniej nic co miało by zaciekawić osobnika jego pokroju. Wzruszył ramionami i zawrócił w stronę głównej bramy. Nie stracił wiele czasu - wciąż ma szansę wygrać zakład ze Scout. Szczerze? Polubił ją. Miała dystans do siebie i umiała się każdemu odgryźć. Na dodatek zdecydowanie odstawała od powszechnie przyjętych standardów rasowych. Słowem: buntownik, a to w ludziach Lao cenił.
  Nagle ogarnęło go dziwne uczucie. Jakby ktoś mu się przyglądał. Nie byłoby to nic dziwnego, w końcu wokół było pełno ludzi, a osoba jego pokroju zawsze budziła zainteresowanie. Jednak Ti'en potrafił odróżnić zwykły ciekawski wzrok znudzonego życiem chłopa od przewiercającego na wylot spojrzenia drapieżcy. Nie mogąc się powstrzymać odwrócił głowę i spojrzał w górę, na dachy. Ale tam nikogo nie było, czy też JUŻ nikogo nie było. Wzruszył ramionami, nie za bardzo przejęty. Chyba jestem przewrażliwiony, pomyślał idąc w stronę bram miasta.
  Denerwujące uczucie nie wracało, toteż mężczyzna szybko o nim zapomniał. Szybko dotarł z powrotem do lasu. Szedł swobodnie, czując, że do wygrania zakładu ma jeszcze sporo czasu. Wtedy jednak instynkt ponownie go zaalarmował. Zatrzymał się na środku drogi, z lekka sfrustrowany. Wokół przecież nie było nikogo. Co do cholery się dzieje z jego głową?! Jednakże ta dbająca o przetrwanie część umysłu domagała się uspokojenia tego dziwnego odczucia. Każdy normalny w tym momencie wycofałby się i przeszedł przez las, szukając potencjalnego twórcę pseudo lęków. Ale Ti'en, w dupie mając każdego, kto zakłóca mu piękny dzień, po prostu stanął i krzyknął:
  - DOBRA, PIEPRZONY DUCHU! WYŁAŹ JEŚLI TAM JESTEŚ I ZAŁATWIMY TO PO LUDZKU!
  Oczywiście nie spodziewał się żadnej odpowiedzi. Zwłaszcza takiej, która przecina ze świstem powietrze kierując się w twoje czoło.
  Lao zaklął zaskoczony i uskoczył w bok przed strzałą. Lądując w przyklęku prześledził tor lotu pocisku, ale dalej nie mógł dostrzec atakującego. Wtedy w końcu zauważył ledwie dostrzegalny ruch rąk napinających cięciwę. Zanim jednak ich właściciel zdążył cokolwiek zrobić znienacka za jego broń chwyciły inne ręce - Cienia. Widmowa sylwetka bezpardonowo wyrzuciła łucznika z krzaków na otwartą drogę. Teraz Cienisty mógł zobaczyć z kim ma do czynienia...a było to o prawie dekadę młodsza dziewczyna w szarozielonym stroju. Szybko zebrała się do kupy i posłała w jego stronę kolejną strzałę. Mężczyzna uniknął tego o włos i znów posłał do ataku Cień. Ten pojawił się za dziewczyną z zamiarem zadania jej prostego ciosu w twarz, jednak nieznajoma odwróciła się dobywając szerokiego noża i wbiła go widmu pod gardło. Ti'en aż syknął, ciesząc się jednak, że to nie on oberwał. Natychmiast zerwał się na nogi i wykonał pół obrót chcąc zadać napastniczce kopnięcie na wysokości mostka. Łuczniczka zdążyła i na to zareagować - chwyciła go za nogę i odepchnęła pozbawiając mężczyznę równowagi. Od razu doskoczyła do niego dociskając go kolanem do ziemi i uniosła nóż do ciosu.
  - Ładne masz oczy - powiedział nagle Lao.
  Dziewczyna zawahała się zdezorientowana. I tak sekunda prawdopodobnie uratowała Cienistemu życie. Odkopnął nieznajomą. Lżejsza dziewczyna wylądowała dobry metr dalej na plecach. Ti'en wstał natychmiast na nogi i przyjął gardę, gotowy do dalszej walki. Jego przeciwniczka wstała na klęczki sięgając po leżący na drodze łuk. Zanim jednak zdołała sięgnąć po strzałę obok jej stopy wbiła się inna...ze znajomymi biało brązowymi lotkami.
  - Rzuć broń! - zawołała Scout stając na drodze po prawej Lao.
  Łuczniczka wyprostowała się ani myśląc słuchać krasnoludzicy. Napięła cięciwę, o dziwo nie celując w Lenę, a w Cienistego. Uparła się czy co?, pomyślał zirytowany, nie puszczając gardy. Karwasze na przedramionach powinny być w stanie odbić pocisk...ale pewności nie miał. Z tak bliska jeszcze nikt do niego nie strzelał.
  - Chyba przegrałeś zakład - zaczęła jakby nigdy nic Howlett. - Karawana ruszyła już do Ikramu.
  - Jak widzisz coś mnie zatrzymało - Lao opuścił gardę i zwrócił się do nieznajomej. - Słuchaj, nie mam pojęcia kim jesteś, ani czemu chcesz mnie zabić, ale prawdopodobnie mnie z kimś pomyliłaś...
  - To ciebie da się z kimś pomylić? - rzuciła złośliwie Lena.
  - Też się zastanawiam - znikąd nagle pojawił się Albus.
  Ti'en przewrócił oczami. Jeszcze jego tu brakowało. Lider Wilków bez lęku stanął między celującymi w siebie łuczniczkami, niczym zawodowy treser dzikich zwierząt.
  - Panie Lao, obawiam się, że nie ma pan podejścia do kobiet - uśmiechnął się pobłażliwie Kernisni. - Na początek poprosiłbym obie panie o obniżenie broni miotającej. W takich warunkach naprawdę ciężko się rozmawia.
  - A kim ty jesteś, żeby mi rozkazywać? - odezwała się w końcu nieznajoma.
  - Albus Kernisni, lider klanu Wilków z Ironwood - uśmiechnął się cierpliwie.
  Dziewczyna dalej mierzyła w pierś Cienistego. Mężczyzna już niemal czuł wywiercającą się w nim dziurę po pocisku. Lena uparcie nie zamierzała opuścić łuku, co, biorąc pod uwagę fakt, ze jest krasnoludem, było całkiem zrozumiałe. W końcu nieznajoma zwolniła powoli cięciwę i skierowała grot w dół.
  - Kiara Amitaczi - przedstawiła się. - Klan Orłów.
  - Orłów? - Albus uniósł pytająco brew i spojrzał na Lao. - Czyżbyś komuś podpadł, że szanowna pani Rubkat kazała cię zastrzelić?
  - Nie dostałam zlecenia od Rubkat - sprostowała Kiara.
  - W takim razie od kogo? - zaciekawił się Ti'en. Bądź co bądź, ktoś zapłacił za zabicie go.
  - A czy to ważne? I tak już sporo czasu zmarnowaliśmy - lider wilków ruszył już w drogę powrotną. Scout niepewnie ruszyła za nim. - Najmocniej was przepraszam za przerwanie pojedynku. Prosiłbym jednak o nie strzelanie do pana Lao gdy jest pod moją jurysdykcją.
  Ti'en posłał mu spojrzenie w stylu ,,Zaraz ci pie*dolnę", ale zaczekał chwilę. Miał do pogadania z panną Amitaczi. Dziewczyna po chwili szła już ze swoim koniem, mijając go bez większego zainteresowania. Cienisty ruszył za nią.
  - Słuchaj wojownicza księżniczko - zaczął. - Chyba musisz mi coś wyjaśnić...

Kiara? Czekanie się opłaciło? :D

niedziela, 6 marca 2016

Od Ti'ena (CD Leny)

        Cienisty podrapał się po głowie i przeciągnął. Wstał przeciągając się, jakby był u siebie.
  - No to czego ode mnie chcecie? - zapytał.
  Lena posłała mu wymowne spojrzenie świadczące o wszechogarniającym ją zażenowaniu co do zachowania zamaskowanego mężczyzny.
  - Może byłby pan łaskaw się przedstawić? - zauważył jej białowłosy towarzysz.
  Ti'en nie widział powodu dla którego miałby się z czegokolwiek tłumaczyć przed młodszym od siebie pięknisiem. Jednak błagalny wzrok Jaskółki dał mu krótko do wiadomości, że najwyraźniej sporo od jego zadowolenia tutaj zależy. Przewrócił oczami (co zbytnio widoczne, na jego szczęście, nie było), po czym skinął lekko głową i odpowiedział:
  - Ti'en Lao. Adres zamieszkania też mam podać?
  - Skądże - mężczyzna uśmiechnął się lekko, po czym delikatnie odkłonił. - Albus Kernisni, lider klanu Wilków z Ironwood.
  - O chole*a, a ja jedynie imię podałem - skomentował Cienisty po czym wyciągnął rękę na przywitanie. Albus niepewnie nią potrząsnął.
  - No więc co pana tutaj sprowadza? - powiedział.
  - Chyba już mówiłem...
  - Mam na myśli ogółem Ironwood - sprecyzował lider.
  - Pan Lao planował zabrać się z nami do Ikramu - wtrąciła się Howlett.
  - No proszę - młodzieniec uniósł brwi. - Czyżby ściągało tam pana Święto Tolerancji?
  - Daruj tego ,,pana" - mruknął nieco niemiło Lao, po czym przystąpił do wyjaśnień: - Bardziej w tym balu interesują mnie jego goście. Ponoć zaproszono tam wszystkich liderów.
  - To prawda - przyznał Kernisni. - Chcesz się zaciągnąć?
  - Przemyślałem nieco sprawę i jestem już pewien swojego wyboru - Ti'en przeciągnął się i ziewnął na głos. - No, to kiedy ruszamy?

Albus? Lena? Wybaczcie długość, ale Nyan mnie z partyzanta zaatakowała, a Albus jeszcze nic nie pisał...;P

sobota, 20 lutego 2016

Od Ti'ena (CD Leny) - Zakład

        Lao podniósł brew. Nie powiem, krasnoludzica mile go zaskoczyła.
  - Moja sława mnie wyprzedza? - rzucił niedowierzająco.
  - Przynajmniej wśród kupców - odparła dziewczyna. - Ja...przepraszam, nie zamierzałam nikogo postrzelić...znowu.
  - Pechowy dzień, jak mniemam - Cienisty uśmiechnął się lekko. - Mnie rano napadli jacyś chłopi z widłami. Ba! Jeden przebił kołkiem mojego kompana. To jakiś miejscowy zabobon?
  - Niewykluczone. Tutejsi nie są zbyt mile nastawieni do pałętających się po lasach nieludzi.
  - Czyli wnioskujesz, że nie jestem człowiekiem? - zaciekawił się mężczyzna.
  - Zwykli ludzie nie są w stanie dotknąć swojego cienia, nawet magowie - łuczniczka uśmiechnęła się półgębkiem. - Ty zapewne byłbyś zdolny ze swoim siłować się na rękę.
  - Nie tylko ja - Lao już polubił nieznajomą. Ukłonił się teatralnie i przedstawił: - Ti'en Lao, znany jako Cienisty z Carvahall, jak się już domyśliłaś.
  - Lena Howlett - dziewczyna odkłoniła się równie przesadnie. - Znana jako Scout bądź Jaskółka.
  - Szalenie miło panią poznać. A teraz skoro już skończyliśmy te zbędne grzecznościowe wygłupy mógłbym spytać, którędy do Ironwood?
  - A co pana tam prowadzi? - odpowiedziała Lena, ale machnęła ręką, by mężczyzna ruszył za nią.
  - Właściwie to jestem przejazdem - wyjaśnił. - Liczyłem, że zabiorę się z Wilkami do Ikramu.
  Jaskółka spojrzała nań pytająco.
  - Chcesz dołączyć do klanu?
  - Sprytna jesteś - Ti'en uniósł jedną brew. - Nie jadę tam bynajmniej dla święta...wątpię, by ktokolwiek mojego pokroju wyruszał w tamtą stronę dla tańców i zatłoczonych sal balowych.
  - W sumie...dobrze się składa - uśmiechnęła się Howlett. - Lord Denesle wyrusza dopiero jutro z rana. Jako jedna z Wilków jadę tam jako obstawa. Myślę, że nikt nie będzie miał nic przeciwko, byś ruszył z nami. Ale noc będziesz musiał przeczekać w mieście.
  - To dla mnie nie problem - Cienisty umilkł na chwilę. - Więc mówisz, że należysz do klanu Ironwood?
  - Od niedawna - przyznała Lena. - Ale staram się o awans. A ty? O którym klanie myślisz?
  Lao zastanowił się.
  - Nie jestem pewien. Nie zastanawiałem się jeszcze nad tym - odpowiedział bez ogródek. - Co wiesz o reszcie klanów?
  - Raczej niewiele. Jak już mówiłam, póki co jestem jedynie nowicjuszem. Ale słyszałam wymieniane nazwiska. Głośno się zrobiło o liderkach z Ikramu i z Knowhere. Reszta jak na razie niewiele się angażuje w sprawy poza swoimi królestwami.
  - A jakieś ogólne informacje?
  - Ogólne, mówisz? - Scout zastanowiła się. - Lwy z Castelii raczej przyjmują najodważniejszych i bezinteresownych. Rubkat, lider Orłów, ceni u swoich członków szerokie kontakty i prędkość przekazywania informacji.
  - Czyli kurierzy? - wtrącił Ti'en.
  - Coś w tym stylu. W moim klanie podstawą jest współpraca. Jak u wilków w watasze. Borsuki lubią bawić się strategią, a większość z nich to magowie. Natomiast Słowiki...to dość dziwna grupa. Sama ich liderka, niejaka Anello, to dość tajemnicza i dziwna osoba, a przynajmniej tak słyszałam. Klan Knowhere, chociaż są jedną ekipą, to wolni strzelcy oraz najemnicy. Pomogłam?
  - Co nieco - odparł Cienisty.
  Droga zaskakująco się Lao nie dłużyła. Głównie dlatego, że z panną Howlett rozmawiało mu się zaskakująco miło. Nawet jeśli tematami była polityka i ogólna sytuacja kraju. Najbardziej odpowiadał mu fakt, że dziewczyna o nic jego samego nie pytała. Po prostu nie obchodziło ją kim był, skąd się tu wziął i co robił do tej pory. Ti'en nie pozostawał dłużny - nie wypytywał Leny o to, o czym nie chciałaby mówić. I oboje byli zadowoleni. Gdy już zbliżali się do miasta, Cienisty z rozbawieniem odkrył emanującą od jego cienia zazdrość.
  Strażnicy przy otwartej bramie z miejsca wesoło pozdrowili Scout, mężczyznę natomiast zmierzyli podejrzliwym wzrokiem. Lena zapewniła ich, że dopilnuje, by Ti'en się nie wychylał, ale mimo to dalej nie spoglądali na niego zbyt przychylnie. Szerokie, zdobione klombami (obecnie wyłysiałymi) brukowane aleje tętniły życiem. Straż miejska była tu lepiej zorganizowana niż w innych miastach. Nawet w dzień po ulicach spacerowały czteroosobowe grupy żandarmów w lekkich zbrojach i zielonych tunikach. Lena rzucała krótkie pozdrowienia do niemal każdego ze strażników, a ci odpowiadali wesoło. Wydawała się znać większość z nich z imienia, co nieco zaskoczyło Lao.
  - Znasz każdego żołdaka w tym mieście? - zapytał nieco złośliwie.
  - Pewnie - odparła Scout ze zbójeckim uśmiechem. - Wyrzucono mnie ze straży miejskiej. Tylko dlatego dołączyłam do Wilków.
  - Oh, a za co niby?
  - ,,Niedopuszczalne metody działań i niesubordynację" - zacytowała jakby z pamięci.
  Instynkt samozachowawczy Ti'ena podpowiedział mu, że chyba nie ma ochoty dowiedzieć się na czym polegały te ,,niedopuszczalne metody". Chociaż Howlett nie sięgała mu uszami powyżej łokcia raczej nie powinien jej prowokować. Jak zresztą żadnego krasnoluda, o czym już się przekonał, gdy dobre dziesięć lat temu, zaraz po przybyciu na wybrzeże Clevelandu, zirytował dwójkę krótkonogów. Cóż, to nie była chyba do końca jego wina. Przecież w życiu nie widział żadnego krasnoluda i widok brodatych ludków ledwo wyrastających powyżej jego pasa niezwykle go rozbawił. Skąd miał wiedzieć, jak bardzo nie lubią pytań o swój wzrost?
  Howlett skierowała się do gospody ,,Złoty karp". W wejściu trafiła na jakiegoś kolejnego znajomego, jakiegoś kupca. W środku poleciła Cienistemu usiąść gdzieś w kącie, a sama ruszyła w stronę baru. Nie oponował. Skorzystał z faktu, że żaden z gości nie zwrócił na niego większej uwagi i zaszył się pod ścianą w zacienionym miejscu. Tam nagle wyłonił się z niego Cień. Siedział obok z założonymi rękoma, znowu obrażony.
  - Zazdrosny? - zaśmiał się cicho Ti'en. - Przecież Lena to całkiem miła osoba - machnął ręką w stronę gadającej z barmanem Jaskółki.
  Cień obrócił głowę w bok, zupełnie jakby prychnął.
  - Przecież nie szukam ci zastępstwa - mężczyzna przewrócił oczami. - Jesteś moim cieniem i przyjacielem, ciebie nie da się NIKIM zastąpić.
  Klon odwrócił głowę z powrotem, przez chwilę popatrzył Lao w oczy po czym rozpłynął się. Chwilę potem do stolika wróciła Scout.
  - Udało mi się sprzedać tą kaczkę - odchyliła się na krześle i założyła ręce za głowę zadowolona. - Załatwiłam nam kolację.
  - Nam? - powtórzył.
  - Chyba ci coś wiszę za strzelenie w twojego przyjaciela, nie sądzisz?
  - Nie cierpię wyłudzać zadośćuczynienia - odparł mężczyzna.
  - To potraktuj to jako prezent - nie poddawała się dziewczyna.
  - Prezentów też nie przyjmuję - mruknął nieusatysfakcjonowany. Po chwili wpadł na lepszy pomysł: - To może się załóżmy. Wygram i będziemy kwita.
  Lena roześmiała się nagle. Gdy zauważyła, że Ti'en nie żartuje, uspokoiła się z lekka zaskoczona.
  - Ty tak na poważnie? - uśmiechnęła się złośliwie. - Chyba nie wiesz na co się piszesz.
  - Zobaczymy - Cienisty odwzajemnił uśmiech. - Jestem świetnym oszustem.
  - Nawet w siłowaniu na rękę? - rzuciła wyzywająco Jaskółka.
  - Znajdzie się jakiś sposób - Lao postawił łokieć na stole. Krasnoludzica uczyniła podobnie i uścisnęła jego dłoń.
  - Oby - odparła. - Bo inaczej sam za wszystko płacisz.
  Czyli innego wyjścia nie mam, pomyślał mężczyzna wesoło.

Lena? Tobie zostawiam wynik tego starcia x3

piątek, 19 lutego 2016

Od Ti'ena - Ile można gadać do cienia?

        Który to już raz?, pomyślał Ti'en, wbijając łokieć w jabłko Adama próbującego zajść go od tyłu rabusia. Błąkam się po wsiach o godzinach godnych stałych bywalców tawern, a gdy tylko słyszę zamieszanie zjawiam się niczym jakiś pie*rzony rycerz w lśniącej zbroi i ratuję miejscową ludność. Odwrócił się na jednej nodze i drugą kopnął z góry tego samego nieszczęśnika piętą w potylicę. Mężczyzna zwalił się na ziemię. Nie było czasu na dobijanie go - z boku drugi zdążył się zebrać. Cienisty odchylił się lekko do tyłu i przed jego twarzą przeleciała pięść. Bandyta stracił równowagę zaskoczony, lecąc dalej. Lao chwycił go jednak za kark, po czym pomógł mu się rozpędzić na ścianę budynku. Uparciuch wyrżnął łbem w mur, w końcu padając bez przytomności na drogę.
  Ti'en po raz kolejny zastanowił się, po co mu to wszystko. Nie zarobi na tym, bo za typowych mąciwodów nagród pieniężnych z miejsca nie dają. Odpada także zachwyt i wdzięczność ratowanej osoby, gdyż napadnięta dziewczyna wydawała się bardziej przerazić niego samego niż bandytów, gdyż zniknęła zanim zdążył zadać pierwszy cios. Co więc pozostało? Prymitywna, nieludzka satysfakcja z zadawanego bólu połączona z zastrzykiem adrenaliny, a wszystko to wymieszane z dreszczykiem emocji?
  W sumie...czemu nie?
  Lao uśmiechnął się kwaśno pod maską, równocześnie unikając zadanego z ukosu cięcia nożem. Gdyby jego mistrz usłyszał w tym momencie jego myśli zupełnie by się załamał, a widząc do czego się dopuszcza - pewnie zszedłby na zawał. Tak nieodpowiedzialnego, upartego i równie sadystycznego ucznia nie miał nigdy. Ti'en był pierwszym, któremu udało się doprowadzić starego mędrca do szewskiej pasji, a następnie - jakby mu było mało - sprawił, że ten już zupełnie stracił wiarę w ludzkość.
  Cienisty wykonał kolejny zwód. Bawił się wyśmienicie, czego nie można było powiedzieć o desperacko broniącym się trzecim ze zbirów. Bandyta chyba zdał sobie sprawę z przegranej pozycji, bo jego ataki zakrzywionym sztyletem były równie pełne determinacji zagonionego w róg zwierzęcia co czystej furii. Facet po prostu wmówił sobie, że on i jego dwaj koledzy bez trudu powalą jednego pozbawionego broni włóczęgę i najwyraźniej dalej nie mógł wyjść z tego przekonania, mimo iż wyżej wymienieni leżeli bez ducha.
  - Dobra, koniec tej zabawy - powiedział sam do siebie.
  Jak na rozkaz za zbirem pojawił się Cień. Bliźniacza sylwetka Ti'ena chwyciła nieszczęśnika od tyłu pod pachy. Czy to było nie fair? Pewnie tak, ale biorąc pod uwagę fakt, że wcześniej ta trójeczka, mając stanowczą przewagę liczebną i niecne zamiary, napadła na młodszą od nich bezbronną kobietę - chyba mu się należało. Lao walnął mężczyznę pięścią w nasadę nosa, a gdy się odchylił po siłą uderzenia, Cień wbił mu w plecy kolano, zmuszając do wyprostowania się. Wtedy Ti'en stanął bokiem na jednej nodze i wbił stopę poziomym kopnięciem w brzuch bandyty. Uderzenie było tak silne, że facet zgiął się wpół i zwrócił na drogę zawartość żołądka. Cień puścił go i zbir sflaczały opadł na ziemię.
  Cienisty przeciągnął się powstrzymując ziewnięcie. Machnął ręką na swojego półprzezroczystego klona i ruszył przed siebie ulicą. Cień przez chwilę stał w zastanowieniu gapiąc się w pobojowisko po czym dogonił mężczyznę.
  - Nie ma to jak mała rozgrzewka w środku nocy, co? - rzucił Ti'en wesoło do swojego nieodłącznego towarzysza.
  Cień pokręcił głową z niedowierzaniem. Gdyby mógł, pewnie by westchnął.
  - Co jest? Szkoda ci ich?
  Bliźniak pretensjonalnie wskazał ręką za nich.
  - Zasłużyli sobie.
  Ciemna sylwetka stanęła w miejscu zakładając ręce na piersi. Patrzył w Lao wyczekująco swoimi zielonymi, pozbawionymi źrenic oczami. Mężczyzna westchnął.
  - Znowu zaczynasz? - powiedział zirytowany. - Od kiedy ty się nimi przejmujesz?
  Cień wykonał gest jakby coś łamał.
  - Ludzkie kości zrastają się tak samo jak każde inne - Ti'en przewrócił oczami. - Możemy już ruszać?
  Klon tym razem udał przeczesywanie długich włosów.
  - Nie obchodzi mnie ta dziewczyna.
  Zaczął wyliczać niewidzialne monety na otwartej dłoni.
  - Wątpię, byśmy coś za nich dostali.
  Cień podniósł pretensjonalnie ręce w niemym pytaniu ,,No to po co to wszystko?!". Ti'en chwilę siedział cicho, po czym uśmiechnął się, co było widać jedynie przez delikatne zmarszczki pod oczami.
  - Przecież wiem, że ty też uwielbiasz się bić - odpowiedział.
  Bliźniak machnął niedbale ręką i rozpłynął się sam z siebie, co miało oznaczać koniec tej rozmowy. Cienisty zaśmiał się, co musiało wyglądać nieco dziwnie, biorąc pod uwagę, że teraz stał tutaj sam. Ruszył dalej. Szybko jednak zrobiło mu się nieco głupio. Największą zaletą Cienia była jego świadomość - potrafił myśleć, rozumieć i przekazywać konkretne informacje (co prawda na migi - najwyraźniej mowa w większości zależy od istnienia strun głosowych). Gdy Ti'en pracował nad jego ożywieniem widział jedynie taktyczne zastosowanie własnego sobowtóra. Możliwości bliźniaka przerosły jego oczekiwania...i to nie tylko w walce. Nie spodziewał się, że ożywiając Cień na stałe, stworzy sobie niezawodnego kompana w podróży, który na pewno nie wbije mu noża w plecy, gdy będzie spał. Po fakcie, gdyby to zrobił, zginąłby razem z Lao. Całe szczęście Cień po ,,oswojeniu" przywiązał się do Ti'ena także emocjonalnie, zresztą z wzajemnością. I teraz, gdy mężczyzna szedł spokojnym krokiem ku bramie pogrążonego w śnie miasteczka, poczuł się osamotniony. W końcu warknął zirytowany, odwrócił się i spojrzał w swój płaski cień na bruku.
  - Niech ci będzie, wasza wysokość. Przepraszam za podważanie pańskiego autorytetu - powiedział sarkastycznie.
  Po chwili plama zaczynała blaknąć, aż w końcu z samego Cienistego wyłonił się jego ciemniejszy sobowtór o zielonych oczach. Cień wyglądał na dumnego z siebie. Ti'en parsknął śmiechem.
  - Zgoda? - powiedział wyciągając rękę.
  Cień teatralnie uścisnął jego dłoń, po czym klepnął go w plecy w stronę bramy miasta. Dwie nie posiadające własnych cieni sylwetki minęły ją w końcu i ponownie znalazły się na bezdrożach Ironwood.
  - Wiesz, podobno od gadania do czegoś nieżywego, a przykład cienia, można zwariować - zaczął udawanym tonem specjalisty Lao.
  Klon przekrzywił głowę na bok i wzruszył ramionami.
  - Masz rację - odparł z uśmiechem mężczyzna. - Pewnie już i tak jestem wariatem.

wtorek, 16 lutego 2016

Stare grzechy mają długie cienie, gotowe wstać i udusić cię przez sen. Lecz każdy cień da się oswoić - wystarczy odpowiednio dużo światła

Imię: Ti'en Lao. Samo Ti'en jednak wystarczy w zupełności. I nawet nie próbuj tego zdrabniać...o ile to w ogóle możliwe.
Nazwisko: Cóż, nie ma. Niektórzy uznają za nazwisko cząstkę ,,Lao", chociaż po prawdzie jest to fragment pełnego imienia. Nie obraża się jednak o takie drobne pomyłki.
Przydomek: W Dal-Virii zdążył się już nabawić dwóch przydomków. Bywają ludzie znający go jako ,,Cienistego z Carvahall" - już samo Cienisty bardzo mu się spodobało. W samym Carvahall, nie wiedzieć czemu, ludzie nazywają go niemal pobożnie ,,Panem Lao".
Wiek: 30 lat, chociaż niektórzy przypisują mu z trzysta...i cholera wie, czy nie mają racji
Płeć: Mężczyzna
Rasa: Trudno stwierdzić. Mógłby uchodzić za wyjątkowo uzdolnionego ludzkiego maga, gdyby nie kilka jego dziwnych cech anatomicznych. Sam nigdy nikomu nie powiedział prawdy na temat swojego pochodzenia i raczej się to nie zmieni.
Rodzina: W tym temacie również milczy. Ciężko stwierdzić, z jakiego dokładnie powodu.
Miłość: Ti'en nie ma nic przeciwko. To ON tu daje powody, by się nie angażować.
Aparycja: Cienisty jest dość wysoki. Na dodatek ma sylwetkę typowego wojownika - szerokie barki i węższa talia - przez co z miejsca nie wydaje się kimś, kogo trudno przeoczyć. Pewnym jest, że nie da się go zapomnieć. Ti'en w ogóle się nie zmienia. Ubiera się w ten sam czarny, dobrze uszyty strój niewiadomego pochodzenia. Po kroju widać, że jest to robota ze wschodu. Na głowę narzuca kaptur, a dolną połowę twarzy zasłania mu metalowa maska. Nie wiadomo po co ją nosi. Niewykluczone, że robi to tylko i wyłącznie dla przestraszenia rozmówcy. Jedyne co da się zobaczyć w cieniu kaptura to para białych, pozbawionych źrenic oczu. Na dodatek jego skóra jest szara, a krew ma odcień ciemnego błękitu. To ostatnie jest ostatecznym dowodem skłaniającym większość osób, z którymi przyszło mu rozmawiać ku stwierdzeniu, że nie jest on człowiekiem. Kolejnym, nieodzownym elementem jego ubioru jest para karwaszy na przedramionach i ochraniacze na goleniach. Wszystkie są wykonane z dziwnego, niezwykle wytrwałego materiału, zdolnego nawet parować ciosy zadane bronią białą. W pamięć zapada zwłaszcza jego głos: głęboki, lekko świszczący (przez maskę). Przywodzi na myśl zew jakiegoś upiora. Nie wspominając o śmiechu, od którego po plecach przebiegają ciarki.
Zainteresowania: Większość swojego wolnego czasu Lao spędza na treningach. Może się wydawać przy tym niemal obsesyjny. Równocześnie jednak proporcjonalnie identyczną część czasu najzwyczajniej w życiu marnuje pałętając się bez celu, przesiadując w barach (chociaż nigdy nie pije - po prostu siedzi i czeka aż ktoś go zaczepi) lub gdzieś się wyleguje na cudzej kanapie. Po prawdzie, Ti'en po prostu nie widzi dla siebie żadnego innego sensownego zajęcia. Robi to, czego spodziewają się więc od niego inni: trenuje, wałęsa Bóg wie gdzie, a w większym towarzystwie kryje po kątach i uważnie obserwuje. Czasem - z desperacji - bierze do ręki jakąś książkę. Może z nudy się do kogoś odezwie, ale są to raczej skrajne przypadki.
Charakter: Ti'en po pierwsze jest zupełnie nieprzewidywalny. Wydaje się mieć czasem huśtawki nastrojów - raz wszystko go bawi, kiedy indziej znowu trudno powiedzieć coś, co by go nie wyprowadziło z równowagi. Wściec mężczyznę jest całkiem łatwo, ale nie jest to równoznaczne ze sprowokowaniem do walki. Cienisty, wbrew poglądom, nie atakuje pierwszy. Zawsze czeka na ruch przeciwnika. Potrafi doskonale ukrywać swoją szczerą niechęć do irytujących go osób i utrzymywać je w nieświadomości aż mu się znudzi. Lao nie boi się odwrócić tyłem do nieznajomego. Nie jest to kwestią naiwności - prędzej zadufania i zbyt wielkiej pewności siebie. A pokłady tego ma całkiem spore, co widać w jego zachowaniu i słowach. Trudno stwierdzić, co jest gorsze: mieć w Ti'enie wroga...czy przyjaciela. Cienisty całkiem szybko przyzwyczaja się do nowych ludzi, zaskakująco łatwo zapamiętuje imiona, a nawet drobne, nieistotne szczegóły, jak choćby ulubiony kolor. Mężczyzna każdego kto z miejsca nie próbował go zabić traktuje jak dobrego znajomego i nierzadko wykorzystuje swoje znajomości na własną korzyść. Jeśli chcesz go znaleźć, wpierw sprawdź własną kanapę - możliwe, że właśnie sobie na niej drzemie. Jest to jedna z jego najbardziej irytujących cech: Ti'en nigdy nie pyta się o twoje zdanie. ,,Pożyczysz trochę kasy? Ups, to chyba twoja sakiewka", ,,Mogę przenocować? Zajmuję tapczan!" - zanim odpowiesz, on sam to zrobi. Wszelkie sprzeciwy jedynie go bardziej nakręcają. Myślisz, że to jest denerwujące? Bywa, że w ogóle nie pyta i robi z twoją własnością co chce. Przez maskę i kaptur odczytanie emocji Cienistego może się wydawać trudne, jednakże nie jest to prawdą. Mężczyzna okazuje całkiem sporo przez sam głos czy ruch brwi, nie ciężko jest więc stwierdzić w jakim jest humorze. Co do samych rozmów, to Lao nie jest ich wielbicielem. Dla niego najlepszym i najbardziej dosadnym językiem pozostaje przemoc, a tym posługuje się z wręcz niezdrową satysfakcją. To wyjątkowy sadysta - trzask kości mile mu brzęczy w uchu, a widok krwi w niczym go nie rusza (trudno stwierdzić czy on się w ogóle czymś brzydzi). Gdy więc gadka się nie klei, a za swoim rozmówcą wyjątkowo nie przepada, bez wątpienia przemówi pięść. Głos uznaje za narzędzie przydatne głównie przy przekazywaniu informacji i zastraszaniu, reszta to jedynie mniej lub bardziej przyjemne ,,efekty uboczne". Odzywa się z reguły rzadko i raczej zwięźle, ale jednak zawsze jego głęboki upiorny głos wydaje się nie na miejscu. Mimo to jeśli uda ci się go czymś zaciekawić, z krótkiej wymiany zdań może się wywiązać bardziej interesująca konwersacja. A gdy już raz uda ci się rozmówić z nim dłużej niż pięć minut średniej długości wypowiedzi, możesz być pewien, że Ti'en ci tego nie zapomni i na przyszłość będzie cię traktował nieco lepiej. Ba! Może nawet sam zagada kiedyś ,,Co u ciebie?" bez wyraźnego celu. Cały czas jednak musisz zdawać sobie sprawę, że Lao bez wątpienia będzie cię odwiedzał bez pytania, a czasem zapewne i ,,pożyczał" kilka rzeczy. Nie zalecam grywania z nim w jakąkolwiek grę, czy zakładów - mężczyzna na pewno będzie oszukiwał, czy to za pomocą zdolności nadnaturalnych czy najzwyklejszych szulerskich sztuczek. Nie widzi w tym nic złego, a z widocznej w oczach przeciwnika irytacji czerpie sporo radości. Od pewnego czasu zwykł tuż przed rozgrywką ostrzegać, że jest szulerem, ale jak widać ludzie dalej się nabierają. Podsumowując: Cienisty jest z reguły spokojnym, w miarę ogarniętym facetem bez wyraźnych celów w życiu i wyjątkowo lubiącym nadużywać okazanej gościnności.
Song Theme: Born Ready - Zayde Wolf
Miasto rodzinne: Nikt właściwie nie wie, skąd wziął się Ti'en. Postronnym wiadomo jedynie, że przybył tu z dalekiego wschodu jakieś dziesięć lat wstecz i najwyraźniej w się w Dal-Virii zadomowił.
Klan: Słowiki z Knowhere
Pozycja: Pełnoprawny członek
Punkty pojedynku: 16
Profesja: Mag, Awanturnik
Broń: Cienisty właściwie nie nosi przy sobie żadnej broni, gdyż nie widzi ku temu potrzeby. Sam w sobie jest wyjątkowo niebezpieczną bronią. W ostateczności korzysta ze znalezionych przypadkiem ostrz bądź improwizowanych narzędzi.
Umiejętności: Jedną z etykietek przypisywanych Ti'enowi jest wyjątkowa brutalność jaką przejawia w choćby najmniejszych potyczkach. Lao nie korzysta z broni jeśli nie jest to konieczne z jednego powodu: przebicie sztyletem nie daje mu tyle satysfakcji co złamanie karku własnymi rękoma. Mężczyzna jest niesamowicie wyszkolony w walce wręcz. Korzysta ze wschodnich technik sztuk walki, szybko poruszając się między kilkoma przeciwnikami naraz, zadając po trzy ciosy za jednym razem i unikając większość ataków. Jak na swoją posturę jest niezwykle szybki i zwinny. Bez problemu wspina się na dachy i drzewa oraz szybko porusza po trudnym terenie. Kroki potrafi stawiać niemal bezszelestnie, a dzięki strojowi z łatwością maskuje się w nocy. Zapewne walka bez broni w starciu z uzbrojonymi w choćby noże zbójcami mogłaby okazać się dość problematyczna, dlatego też Ti'en wyposażony jest w karwasze na przedramionach i ochraniacze na goleniach. Dzięki jego technikom i wytrzymałemu materiałowi, lżejsze jednoręczne bronie, a nawet pociski ześlizgują się po ich powierzchni nie czyniąc właścicielowi szkody. Jednakże w starciu z kimś posiadającym ciężką broń dwuręczną Lao nie miałby większych szans. Dlatego i w walce zawsze gra nieczysto. Cienisty korzysta z wyjątkowo paskudnego rodzaju magii jakim jest sztuka ożywiania. Wciąż ma w sobie częściowo rozwinięte zdolności podchodzące pod nekromancję, ale nie korzysta z nich. Gdyby je nieco rozwinął, pewnie byłby w stanie tymczasowo ożywiać przedmioty martwe podczas walki. Poszedł jednak o krok dalej i skupił się na STAŁYM ożywieniu...własnego cienia. Zagłębił się w to tak bardzo, że Cień już właściwie nie jest plamą na ziemi, a żywą istotą przejawiającą oznaki własnej woli. Ti'en w pewnym sensie musiał go ,,oswoić", bo po pierwszym ożywieniu okazał się nieco narowisty. Teraz jednak Cień nie wymaga właściwie kontroli, bo w życiu nie zrobiłby czegoś na szkodę swojego właściciela, poza drobnymi złośliwościami. W walce z o wiele większym przeciwnikiem lub kilkoma lepiej uzbrojonymi, cień Lao staje się nagle materialną, pełnowymiarową postacią: wygląda jak perfekcyjna kopia właściciela, jedynie oczy ma koloru zielonego, a sam jest ciemniejszy i półprzezroczysty. Co ciekawe, nie ,,wstaje" z ziemi, a raczej wyłania się z samego Ti'ena. Jako jego kopia korzysta z tego samego stylu walki i może kogoś mocno walnąć, o dotykaniu już nie wspominając. Gdy jednak zostanie cięty ostrzem, rozpływa się i wraca do nóg Cienistego, a do walki będzie mógł wrócić dopiero po kilku minutach.
Towarzysz: Cień się liczy? Zachowuje się właściwie zupełnie jak typowy towarzysz. I chociaż nie umie mówić, Ti'en często prowadzi z nim konwersacje.
Wierzchowiec: Brak. Ufa głównie własnym nogom.
Nick na howrse: RedRidingHood