Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lorkin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lorkin. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 kwietnia 2016

Od Lorkina (CD Amity i Ti'ena) - Jaskółki i wrony

Z dedykacją dla nieznanego nam z imienia anonima, który wiernie śledzi bloga i być może kiedyś dołączy do naszego grona :P

        Dwójka zakapturzonych liderów spojrzała jednocześnie na niską dziewczynę, która nie dość, że jeszcze dobre kilka minut temu zrobiła wokół niezłe zamieszanie, to teraz jakby nigdy nic oznajmiła, że jedzie razem z nimi i resztą tabunu z Knowhere. Wzrok liderów padł na Amitę, później na ich samych, jakby każde z nich szukało odpowiedzi u drugiego towarzysza, po czym na końcu znów zgodnie spojrzeli na nowopoznaną ‘kobietę-ducha’. Trwało to zaledwie chwilę, jednak przez grobową ciszę i zmieszanie, jakie nastało między nimi, zdawała się ona ciągnąć w nieskończoność.
  W końcu, pierwsza odezwała się Vanessa.
  - No nie wiem.- kobieta odpowiedziała w zamyśleniu.- Po co miałabyś z nami jechać?
  W szarawo-zielonych oczach Hood błysnęły zbójeckie ogniki, kiedy dziewczyna uśmiechnęła się po raz kolejny, nie omieszkując pochwalić się swoim nienaturalnie ostrym uzębieniem. Zarówno to, a także mocne cienie sprawiły, że Lorkin, przyglądając się nieznajomej z ledwo widocznym uśmiechem na ustach, pomyślał o czarnym, dzikim kocie. Ciekawe, czy nieznajoma również przynosiła pecha…
  - Jak to po co? Też pytanie!- dziewczyna odkrzyknęła, zupełnie, jakby jej rozmówcy stali nie jeden, a przynajmniej jedenaście metrów dalej.- A co innego mi pozostało do roboty?- wzruszyła ramionami w geście zrezygnowania.
  - Czy ja wiem…?- mężczyzna, który do tej pory nie zabierał zbyt wiele głosu, odezwał się, przykuwając tym samym spojrzenie dwóch par oczu.- O ile dobrze pamiętam, niecałą milę stąd znajduje się dość spora stajnia. Myślę, że jej właściciel nie miałby nic przeciwko, gdybyś i jemu spłoszyła konie.- Lorkin uśmiechnął się odrobinę złośliwie, choć za chwilę znów zaczął przyglądać się odległości, jaka dzieliła ich od reszty tabunu. Jeśli dalej będę poruszać się stępa, równie dobrze mogli zawrócić konie. W tym tempie dojechaliby do Ikramu co najmniej dobre kilka dni po święcie tolerancji.
  - Oh, naprawdę?!- Amita, udając zaskoczenie, niemalże pisnęła z radości. Zaraz jednak zbójecki uśmiech spełzł jej z ust, ustępując miejsca grymasowi rozczarowania.- Uważasz, że to moje jedyne zajęcie?
  Gawron zastanowił się chwilę nad odpowiedzią, szukając wzrokiem Amorii. Ostatni raz widział ją, jak biegła za nimi przez las, jednak musiała być gdzieś w pobliżu. Choć nie potrafił zlokalizować jej wzrokiem, czuł obecność wadery, co oznacza, że równie dobrze mogła wtopić się w ciemną gęstwinę zarośli, które hurtowo rosły przy drodze.
  - Równie dobrze możesz straszyć wieczorami dzieciaki, wracające samemu do domu i co rusz zajmować starcom miejsca siedzące… szczerze mówiąc mało mnie to obchodzi.
  Hood wydęła usta, wywracając oczami z rezygnacją.
  - Na barwniejsze opisy Cię nie stać?- rzuciła, unosząc odrobinę jedną brew.- Poza tym, co to za zabawa, jeśli straszy się konie bez jeźdźców?- dodała, jakby od niechcenia, choć nie sposób było przeoczyć złośliwego uśmiechu, który znów zatańczył na ustach dziewczyny.
  - Rzeczywiście, świetna zabawa.- wtrąciła się Vanessa, choć ton jej wypowiedzi wskazywał na coś zupełnie innego.
  Kobieta spojrzała jednak w stronę Gawrona, jakby wyczekując jego reakcji. Bądź co bądź, to on był tym, który miał wątpliwą przyjemność wylądować na ziemi, kiedy to spłoszony ogier zrzucił go ze swego grzbietu. I choć liderka Słowików nie znała zbyt długo brodatego (choć ciężko stwierdzić, czy takie określenie w stosunku do Lorkina nie jest trochę zbyt wyolbrzymione) mężczyzny, to na pewno zdążyła się już dowiedzieć, że nie jest on typem dłużnika, który tak po prostu odpuszcza innym złośliwości. Panienka Hood chyba również zdążyła się tego domyśleć, ponieważ, nie usłyszawszy żadnej sarkastycznej odpowiedzi z ust Wrony, zaczęła przyglądać się mężczyźnie badawczo. Wciąż jednak nie przestała się uśmiechać.
Mężczyzna bez słowa pogonił wierzchowca, zmuszając go do wolniejszego kłusa. To samo uczyniła Vanessa, być może dlatego, gdyż i ona zdała sobie sprawę z rosnącej odległości, jaka dzieliła ich od eskorty lorda Knowhere… Albo po prostu liczyła na to, że zgubią gdzieś po drodze znikającą dziewczynę. Na to drugie, jak się później okazało, nie mieli jednak najmniejszych szans.
  -Na razie mamy jeden zero!- rzuciła Amita, biegnąc z uśmiechem obok dwóch wierzchowców i dosiadających ich liderów. Wskazała palcem w stronę Lorkina, dając jasno do zrozumienia, że mówi o wcześniejszym incydencie ze spłoszonym koniem.
  Mężczyzna jednak dalej nic nie mówił. Jedynie zerknął na dziewczynę, oraz na ciemny kształt, biegnący w kilkumetrowej odległości od szlaku, po czym uśmiechnął się pod nosem. Drogę Hood, jeszcze zanim ta odwróciła wzrok od Lorkina, oraz przeniosła spojrzenie na drogę, lub choćby pod nogi, przecięła istota o czterech łapach i futrze w odcieniu cieni. Nim dziewczyna zdążyła zrobić unik, już leżała plackiem na ziemi i twarzą w śnieżnej zaspie. Oczywiście nie podciął jej kto inny, jak Amoria, która zaraz zaczęła chodzić wokół przewróconej, szczekając co jakiś czas wesoło. Gdyby zwierzęta miały bardziej rozwiniętą mimikę twarzy, powiedziałabym, że wadera wyglądała na bardzo zadowoloną i aż uśmiechała się dumnie, przyglądając się swemu „dziełu”.
  ~Wyrównałam rachunki.- w głowie Lorkina rozbrzmiał jakże znajomy głos.~ Nie musisz dziękować… wystarczy wielbić mnie na klęczkach.
  Mężczyzna parsknął cicho, przyglądając się z niedowierzaniem ciemno-fioletowej waderze. Najwyraźniej była dziś w wyjątkowo dobrym humorze, choć równie dobrze to właśnie możliwość wywrócenia kogoś sprawiła, że Amoria poczuła się znacznie lepiej.
  - No to teraz mamy remis.- mężczyzna walnął prosto z mostu, kiedy już zawrócił konia i zatrzymał się tuż obok merdającej ogonem wadery. Podobnie jak czworonóg, on również przyglądał się Amicie, nawet nie starając się kryć rozbawienia. Chyba nie muszę mówić, że takie zachowanie zdecydowanie nie przystało osobie, zajmującej taką pozycję, jak lider klanu, prawda? Choć przecież jeszcze zaledwie ostatniej nocy urządzili sobie z Vanessą mały pojedynek na dachu. Porównując do siebie te dwa wydarzenia, obecna sytuacja była chyba jednak nieco bardziej taktowna, choć i tak w żadnej sposób nikogo nie usprawiedliwiała. Mam jednak wrażenie, że wśród tej trzyosobowej kompanii nie było nikogo, kto o jakiekolwiek usprawiedliwienie miałby zamiar prosić.
  Zakapturzona dziewczyna zaczęła się śmiać, kaszląc na zmianę, jeszcze zanim całkowicie wygrzebała się ze śniegu. Policzki miała całe zarumienione od mrozu, jednak z jej ust ani na moment nie zszedł zbójecki uśmiech. Wyglądała na rozbawioną, lecz jednocześnie ostrzegała, że zaistniałe wydarzenie zdecydowanie nie było ostatnim, jakie mogło się wydarzyć, a ona w każdej chwili gotowa była odpłacić się z nawiązką. Lorkin jednak nie zwrócił na to większej uwagi, choć przekaz całkowicie do niego dotarł. Nie czuł potrzeby przejmowania się gówniarzami, niecałe dwa razy młodszymi od niego.
  - Panie i panowie, właśnie byliście świadkami kolejnego, ciepłego powitania w stylu Borsuków.- skomentowała złośliwie liderka Słowików, która, siłą rzeczy zmuszona do zatrzymania się i poczekania na resztę kompanów, przyglądała im się z kilkumetrowej odległości.- A teraz, skoro już skończyliście się bawić w śniegu, może wypadałoby dogonić resztę tabunu?
  Hood w odpowiedzi zasalutowała ironicznie, kiedy już skończyła otrzepywać ubranie z białego puchu. Trójka kompanów znów ruszyła bez słowa, choć zapewne część z nich miała co najmniej kilka rzeczy do powiedzenia.
  Lorkin znów spojrzał w dal. Poza gąszczem gęsto rosnących drzew i krzewów, oraz śnieżną kurtyną, przykrywającą większość elementów krajobrazu, nie dostrzegł przed nimi niczego. Kręta droga, jaką mieli go pokonania była pusta, choć biegnące po niej dwa, podłużne koryta wyraźnie sugerowały, że jeszcze całkiem niedawno coś tędy jechało. Mimo wszystko, po eskorcie lorda Knowhere nie było ani śladu.
  Zakapturzony mężczyzna zerknął przelotnie na dwa wierzchowce, poruszające się stępem po szlaku, oraz na młodą dziewczynę, przechadzającą się beztrosko niedaleko ich. Wywrócił bezradnie oczami, po czym bez słowa przechylił się w siodle, chwytając zaskoczoną Amitę, która zaraz usadowiła się za nim w siodle, posyłając całemu światu dumny uśmiech.
  -Będziemy się przez nią wlec, a w takim tempie do Ikramu dotrzemy po Święcie Tolerancji.- wyjaśnił szybko Gawron, kiedy napotkał niejednoznaczne spojrzenie Vanessy. Kobieta jednak nic nie powiedziała, tylko pogoniła swego wierzchowca.
  -A ty czego się szczerzysz, co?- mężczyzna zwrócił się do Amity, która bez przerwy wierciła się w siodle.
  -Bez powodu!- odparła radośnie i jakby na złość, uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Mężczyzna wywrócił oczami, nie wiadomo który już raz z rzędu.
  -W to akurat uwierzę.- mruknął pod nosem, po czym pogonił karego ogiera, doganiając liderkę Słowików.

***

        Choć tabun odjechał na tyle daleko, że przez pierwsze minuty jazdy znajdował się zupełnie poza zasięgiem wędrowców, w końcu udało im się dogonić eskortę lorda Knowhere. Z początku istniał nawet cień szansy, że nikt nie zauważył nieobecności dwójki liderów, jednak pojawienie się głośnej, szczerzącej do każdego kły Amity ostatecznie przekreśliło wszystkie, nawet najdrobniejsze nadzieje. Dalsza część podróży, o dziwo, minęła im zaskakująco spokojnie. Nawet w momencie, gdy na granicy z Ironwood napotkali eskortę samego Yurgina Stonehead’a, w skład której wchodziła niemała liczba krasnoludów (choć przez hałas, jaki ze sobą nieśli, zdawało się, że było ich co najmniej trzy razy więcej). Takim oto sposobem, dwa połączone tabuny dotarły w końcu do stolicy Ikramu, gdzie lordowie rozdzielili się z eskortą, zaś członkowie klanów, wraz z Amitą, również ruszyli swoją drogą.
  Ledwie zdążyli wjechać do miasta, a Hood już zaczęła rozglądać się na wszystkie strony, tu pokazując coś palcem, tam przy okazji komentując niejedno. Jedno było pewne, przez nią na ulicach na pewno zrobiło się znacznie głośniej. Aż dziwne, że nawet w taki dzień, jak ten, kiedy przez samo święto wszystkie kąty tętniły życiem, Amita sprawiała wrażenie, jakby to nie bal, a ona sama była duszą całego zamieszania i towarzyszącego mu gwaru. Zupełnie, jakby podczas jej nieobecności, stolica miała zmienić się w ciche miasto trupów.
  A przynajmniej takie wrażenie odniósł Lorkin, który miał wątpliwą przyjemność słyszeć aż zbyt wyraźnie każde słowo, wypowiedziane przez dziewczynę, siedzącą tuż za nim. Nie raz odniósł wrażenie, że Amita, zachwycając się wszystkim dookoła, specjalnie nachylała mu się do ucha, podnosząc przy tym głos co najmniej o kilka niepotrzebnych tonów.
  Trójka jeźdźców dotarła na miejsce jako ostatni przybysze, choć nic nie wskazywało na to, by bardzo się spóźnili. Duża część członków nie zdążyła jeszcze rozstać się ze swymi wierzchowcami, nie wspominając już o tym, że spora część osób wolała przyglądać się nieznanym twarzom, niż zrobić pierwszy krok w czyjąkolwiek stronę. Wyjątkiem okazała się właściwie tylko jedna postać, której udało się nawet przebić przez krzyki Amity.
  - NO NIECH MNIE DIABLI WEZMĄ!- wydarł się ktoś z tłumu.
  Lorkin nie musiał zastanawiać się dwa razy, nim domyślił się któż taki może być właścicielem głosu. Nawet, jeśli od razu nie zlokalizował wzrokiem krasnoludzicy, na jego twarzy od razu, niemalże machinalnie, pojawił się cień złośliwego uśmiechu, który stał się coraz bardziej widoczny, kiedy mężczyzna, zsiadając z konia, wreszcie dostrzegł aż zbyt dobrze znaną mu twarz.
  -Proszę, proszę…- odezwał się Lorkin, kiedy Jaskółka, wraz z tajemniczym, nieznanym mu jeszcze mężczyzną, podeszli bliżej.- Kogo moje piękne oczy widzą?- nie zdążył nawet skończyć zdania, a Lena już zaczęła przyglądać mu się badawczo, ze złośliwym uśmiechem na ustach.
  - No, z tymi pięknymi to nieźle przesadziłeś.- mówiąc to, położyła mu dobrodusznie rękę na ramieniu.- Dobrze, że wierzysz w siebie, Lorki, ale istnieją jakieś granice.- krasnoludzica uśmiechnęła się zadowolona, po czym, nie czekając na odpowiedź znajomego, zapytała.- Ile to już minęło od ostatniego spotkania, co?
  Gawron tylko wzruszył ramionami, odrobinę mrużąc oczy, jakby naprawdę zastanawiał się ile to czasu upłynęło, od kiedy ostatni raz widział się z Leną.
  - Czy ja wiem? Ponoć krasnoludy potrafią liczyć czas, patrząc po długości swej brody… ale, jak widzę, ktoś tutaj postanowił swoją zgolić.- zauważył, niby to zaciekawionym tonem, choć Jaskółka zbyt dobrze znała Wronę, by dać się na to złapać.
  - Ja przynajmniej mam co golić.- odparła, prostując się dumnie. Lorkin, już nie pierwszy raz poruszając z Howlett temat zarostu, parsknął śmiechem. Zdawałoby się, że oboje, sprzeczając się ze sobą w najlepsze, zupełnie zapomnieli o obecności pozostałych towarzyszy.
  Mężczyzna już otworzył usta, szybko układając w myślach ciętą ripostę, gdy nagle dotarł do niego znajome wycie, któremu towarzyszyło rżenie spłoszonego konia, wymieszane z serią przekleństw, które stajenny rzucał w stronę ciemnej wadery. Lena, pochwyciwszy spojrzenie znajomego, również odwróciła głowę w tamtą stronę, próbując zrozumieć co właściwie zaszło. Oboje szybko pojęli, że zaistniałe zamieszanie nie było warte zachodu. Wycie, a może i nawet sama obecność Amorii, musiała po prostu przestraszyć jednego z koni. Nic wielkiego, jednak Lena najwyraźniej nie mogła przegapić takiej okazji, do rzucenia kolejnej złośliwej uwagi.
  - Kto by pomyślał.- znów zwróciła się do Lorkina, kiedy zamieszanie przestało już być na tyle ciekawym widowiskiem.- Ciągle zadajesz się z bezpańskimi kundlami, a nawet nie nauczysz jej, jak należy postępować z końmi.- kobieta pokiwała powoli głową, udając rozczarowanie.- Zawiodłam się na Tobie, co tu dużo mówić.
  Teraz to Gawron uśmiechnął się podle.
  - A więc to wasza wspólna cecha. Nie tylko Amoria nie potrafi poradzić sobie z większymi wierzchowcami.- tutaj spojrzał wymownie na Jaskółkę.- Przyjechałaś do Ikramu na kozie, czy ktoś upchnął Cię do kieszeni swojego płaszcza?
  Przez krótką chwilę dwójka kompanów mierzyła się wzrokiem, jakby próbowała wypalić temu drugiemu dziurę w czole. Wokół nastała głucha i odrobinę niezręczna cisza, nawet jeśli dookoła wciąż trwały przygotowania do święta. Po chwili jednak oboje zgodnie wybuchli śmiechem, nie omieszkując przy okazji uścisnąć sobie dłoni i (jak to wśród krasnoludów bywa) sprzedać sobie (za pomocą pięści, oczywiście) po jednym „przyjacielskim uderzeniu”.
  Kto by pomyślał? Jeszcze nie rozpoczęto balu, a co poniektórzy już zdążyli wymienić ze sobą kilka złośliwych uwag… Święto Tolerancji ciekawie się zapowiadało, tego oboje mogli być pewni.

Lena, Vanessa? Ti’en, Amita? No patrzcie tylko, jedno opko, a tyle postaci odblokowałam XD 

sobota, 23 stycznia 2016

Od Lorkina (CD Vanessy)

        Wzrok Lorkina padł na ciemnego wilczarza, który zaledwie wcześniej warczał w jego stronę… a właściwie to w stronę granatowej wadery, towarzyszącej liderowi Borsuków. Cóż, biorąc pod uwagę, że czworonogi były nikim więcej, jak zwierzętami, z daleka cała sytuacja, podobnie jak „uspokajanie” wilczarza przez Vanessę, zdawała się być rzeczą całkiem normalną. A przynajmniej na tyle codzienną, by szybko o niej zapomnieć, lub nawet i nie zwrócić na nią szczególnej uwagi. Należy jednak pamiętać, że towarzysze dwóch liderów nie należeli do najzwyklejszych zwierząt, tego (a przynajmniej jednego z nich) Lorkin mógł być pewien.
Mężczyzna usłyszał ciche szuranie, gdy Amoria machnęła kilka razy ogonem z zadowolenia. Nie miał pojęcia, co wadera przed chwilą powiedziała wilczarzowi. Co mogło go tak bardzo zdenerwować, a zarazem tak bardzo ucieszyć wilczycę? Miał zamiar później ją o to wypytać, teraz jedyną rzeczą, jaką mógłby ewentualnie zrobić, było snucie domysłów. Co prawda, gdyby tylko zechciał, mógłby dowiedzieć się wszystkiego od razu, właśnie w tym momencie. Posługiwanie się telepatią nie stanowiło żadnego wyzwania, nawet dla średnio wprawionych magów, jednak Gawron wolał z tym zaczekać. Nie żeby nie zżerała go ciekawość, ale rozmawianie myślami w czyimś towarzystwie wydawało się odrobinę nieuprzejme. Była to chyba jedyna z zasad, jaką ustalili między Amorią i której f a k t y c z n i e przestrzegali. Oczywiście w każdej regule znajdowały się wyjątki. W tym wypadku stanowiły je formalne spotkania i niepotrzebne narady. Zgromadzenia, które nie mają na celu wnieść niczego nowego, a sama twoja obecność nie jest tam zupełnie potrzebna, gdyż nawet zajmując pozycję członka klanu nie posiadasz prawa głosu. Niemniej, nie pojawienie się na takich uroczystościach byłoby oznaką drobnej zniewagi, tudzież lekceważenia poleceń i rozkazów wyżej postawionych. Dlatego też na każdym bezcelowym zebraniu Lorkin i Amoria rozmawiali ze sobą telepatycznie, nie przejmując się otaczającymi ich ludźmi. Z resztą, zazwyczaj gości było tak wielu, że żaden z nich nie zwracał nigdy uwagi na tajemniczego, zakapturzonego mężczyznę i ciemną, jak noc waderę. Nic więc nie stawało na przeszkodzie, by dwójka wymieniała się myślami, zadając sobie w głowie zagadki. Był to pomysł, na który wpadli stosunkowo niedawno, a który okazał się bardzo trafny. Rozpoczynając między sobą „walkę na łamigłówki” skupiali się na czymś interesującym, rywalizowali, a przy tym Lorkin wyglądał na skupionego, choć w rzeczywistości to nie na naradę zwracał uwagę, a na znalezienie rozwiązania. Niemniej, choć podczas podobnych okoliczności, dwójka kompanów łamała ustaloną przez siebie zasadę, był to tylko wyjątek, potwierdzający regułę. W towarzystwie (zwłaszcza tak nielicznym) nie rozmawiali myślami, chyba, że rozmówca był w rzeczywistości szpiegiem, bądź osobą o szpiegostwo podejrzaną. Vanessa jednak na pewno do przestępców nie należała, choć wokół niej również unosiła się aura tajemniczości.
-No dobra.- odparł mężczyzna po dłuższej chwili milczenia, po czym podniósł się na równe nogi. Zerknął jednym okiem na zakapturzoną kobietę, nie przestając jednak obserwować zamieszania, związanego z przygotowaniami do podróży w kierunku stolicy Ikramu.- Chyba powinniśmy się już zbierać.- stwierdził, oceniając szybko stan gotowości do wyprawy eskorty lorda Knowhere.
-My?- rzuciła podejrzliwie Vanessa, unosząc jedną brew do góry. Lorkin nie mógł się powstrzymać od tajemniczego, aczkolwiek odrobinę złośliwego uśmiechu.
-Ibn’Lshad, jadąc do Ikramu będzie musiał przejechać przez Cleveland. Nie sądzę bym był potrzebny krasnoludom podczas wyprawy, a nawet jeśli to przecież mogę dołączyć do Stonehead’a, kiedy tylko wasi ludzie przekroczą granicę.- mówiąc to, Gawron wzruszył ramionami, jakby rzucał tylko luźną propozycję, albo przedstawiał niedopracowany plan, który przed chwilą przyszedł mu do głowy. Z resztą, tak właśnie było. Do tej pory lider Borsuków nie zastanawiał się zbytnio nad tym w jaki sposób ma zamiar dotrzeć na Święto Tolerancji. Ale po co miał nad tym myśleć, skoro odpowiedź na pytanie pojawiła się sama?
-Masz coś przeciwko?- zwrócił się do Ness, unosząc odrobinę brwi. Nie było w tym pytaniu niczego złośliwego, ani prowokacyjnego… a przynajmniej Lorkin starał się, by nie brzmiało ono jak wyzwanie. W rzeczywistości bowiem większość słów, jakie wypowiadał, zdawały się być niezaprzeczalnym i jednoznacznym podwyższaniem autorytetu. Nawet, jeśli mężczyzna nieumyślnie sprawiał, ze brzmiały w ten sposób.
Zakapturzona kobieta zastanawiała się przez chwilę zanim udzieliła odpowiedzi. Lorkin nie mógł się zdecydować, czy Van zastanawiała się nad powagą tego pytania, czy może nad najbardziej uprzejmą formą odmowy (a może i nie uprzejmą?). Ciężko było spodziewać się jakiegokolwiek entuzjazmu z jej strony, zwłaszcza, że kilka chwil temu wilczarz dziewczyny warczał na Amorię, a zaledwie wcześniejszej nocy oboje toczyli ze sobą pojedynek na dachu. Mimo to, po jakimś czasie Van skinęła powoli głową.
-Zgoda… pod jednym warunkiem.- dodała, po chwili namysłu. Lorkin uniósł pytająco brew, przyglądając się liderce Słowików z lekkim pobłażaniem, jak dorosły, starający się zrozumieć upór trzylatka. Doprawdy ciężko jest przystawać na jakiekolwiek warunki, stawiane przez drobną, niższą o głowę dziewczynę. Tym bardziej, ciężko jest przystawać na warunki stawiane przez kogokolwiek, gdy jest się kimś pokroju Lorkina.
-Nie negocjujemy z terrorystami.- odparł, uśmiechając się niewinnie. Usłyszał w myślach cichy śmiech Amorii. Zerknął kątem oka na swoją towarzyszkę, która stała obok niego, machając z zadowolenia ogonem.
~Lorkin, to było bardzo niegrzeczne.- wadera odezwała się w głowie Gawrona oskarżycielskim, niemalże nauczycielskim tonem. Zaraz jednak dodała. ~Podobało mi się.
Mężczyzna uśmiechnął się tajemniczo, słysząc uwagę wadery, choć nie odpowiedział jej w myślach. Nawet, jeśli korciło go, by w tym momencie zamienić kilka słów z czworonożną towarzyszką, wiedział, że ta rozmowa mogła jeszcze poczekać. W tamtym momencie istniały inne sprawy, które w przeciwieństwie do pogawędek z Amorią, wymagały natychmiastowego działania.
Chociażby jedną z nich był ciemny wilczarz, który ponownie zawarczał w ich stronę. Całe szczęście, tym razem Vanessa nie musiała powstrzymywać swego pupila przed rzuceniem się na granatową waderę, jednak samiec przyglądał się Amorii z lekko odsłoniętymi kłami, jakby przez cały czas rozważał jakim sposobem mógłby najbrutalniej skrócić jej żywot. Był to już drugi raz w tym dniu, kiedy Lorkin wyczuł rozbawienie, oraz ekscytację, silnie bijącą od swej towarzyszki. Nie miał więc najmniejszych wątpliwości, że samica znów prowokowała pobratymca. Był to również drugi raz w tym dniu, kiedy z trudem powstrzymywał się od rozmowy z waderą i dopytania się jak, a przede wszystkim d l a c z e g o ona wciąż prowokowała wilczarza.
-I kto tu jest terrorystą?- rzuciła złośliwie Vanessa, przyglądając się podejrzliwie Amorii.
Lorkin nie miał zamiaru pytać, ani nawet domyślać się w jaki sposób kobieta dowiedziała się o prawdziwej przyczynie agresywnego zachowania ciemnego wilczarza. Zamiast tego uśmiechnął się niewinnie, jakby próbował odsunąć wszelkie podejrzenia od siebie i czworonożnej towarzyszki. Oczywiście jego postawa tylko utwierdzała każdego w przekonaniu, że chłopak coś ukrywa i bynajmniej nie gra tutaj roli pozytywnego bohatera, ale Gawron był tego całkowicie świadomy. Właściwie, to między innymi dlatego zachowywał się w taki, a nie inny sposób.
-Dobre pytanie.- odparł, choć doskonale wiedział, że było to pytanie retoryczne, po czym, jakby od niechcenia wzruszył ramionami.- Jak chcesz możemy znaleźć na nie odpowiedź podczas drogi, co ty na to, Nessie?
Cóż, używając tego przezwiska, zwracając się do liderki Słowików, Lorkin prawdopodobnie popełnił jeden z największych błędów swego życia. Czy miał tego świadomość? Ciężko jednoznacznie stwierdzić. Niemniej, kiedy kobieta posłała mu ostre, rządne mordu spojrzenie, chłopak znów tylko uśmiechnął się tajemniczo, jakby dalej na przekór chciał udowodnić, że jest zupełnie niewinny. Przez pewien czas dwójka liderów prowadziła cichą wojnę na spojrzenia, a żadne z nich nie odezwało się ani słowem. W całej tej ciszy można było jednak domyślić się jednej rzeczy.
Zapowiadała się naprawdę długa podróż.

Van? Po prostu musiałam użyć tego przezwiska XD Tylko go nie bij…

wtorek, 15 grudnia 2015

Od Lorkina (CD Vanessy) - Cholerna magia

        Zakapturzony mężczyzna ukłonił się ironicznie, podając swoje imię i pozycję. Jeśli mam być szczera to nigdy specjalnie nie przejmował się formalnością. Nie lubił też podawać swego prawdziwego imienia, a gdyby zależało to tylko i wyłącznie od niego, w dalszym ciągu wymyślałby nowe na poczekaniu. Niestety, jako lider Borsuków musiał trochę zmienić swoje zachowania i pozbyć się chociaż części dotychczasowych nawyków. Na jego nieszczęście musiał też w małym stopniu ograniczyć złośliwości. Nie żeby Lorkin był skończonym chamem, ale czasem znajdował się w takich sytuacjach, które aż prosiły się o trafny komentarz. Całe szczęście, Cleveland było królestwem krasnoludów, które nigdy nie słynęły z nadmiernych uprzejmości. Dlatego też Yurgin Stonehead (który, swoją drogą, też nigdy nie krył swych prawdziwych emocji i często mówił to, co mu ślina na język przyniesie, nie dbając o zbędne cenzury), wybierając go na lidera miał do niego tylko jedną prośbę- ograniczyć złośliwe komentarze podczas narad i oficjalnych spotkań, czy też wielkich przyjęć. Oczywiście, tylko wtedy, gdy odbywały się one w towarzystwie członków pozostałych klanów, bądź osób nie będących krasnoludami, lub obywatelami Cleveland. To dało się załatwić.
Mężczyzna podniósł się, przenosząc automatycznie ciężar ciała na prawą nogę. Dach, na którym oboje stali przecież nie był równy, dlatego aby uniknąć utraty równowagi żadne z nich nie mogło równomiernie rozkładać swojego ciężaru na dwie kończyny. To chyba logiczne, nie?
-Mogę chociaż wiedzieć czym zasłużyłam sobie na takie… hm, „wytworne” powitanie?- odezwała się Vanessa, przerywając tym samym dłuższą chwilę ciszy, wiszącą w powietrzu. Schowała swój sztylet, a drugą ręką nasunęła na głowę kaptur.- Czy może zwykłeś witać tak każdego napotkanego nieznajomego?- aż nie sposób było przeoczyć tą odrobinę ironii, która wdarła się do jej głosu.
Lorkin uśmiechnął się odrobinę, choć przez otaczające ich nocne niebo, oraz kaptur nie było tego dobrze widać.
-Nie, tylko liderów Słowików.- na tę uwagę Vanessa tylko wywróciła teatralnie oczami.
-A poważnie?
Mężczyzna westchnął i pokręcił głową z niedowierzaniem. Cisnęła mu się na ustach pewna uwaga, choć rozsądek podpowiadał mu, że nie powinien kierować jej (ani wszelkich innych złośliwych komentarzy) w stronę nowo poznanej. Nie tylko dlatego, że go pokonała i zapewne byłaby zdolna zrobić to ponownie (choć, kto wie? Może gdyby Lorkin posłużył się magią bojową koniec pojedynku byłby zupełnie inny?), ale głównie ze względu na jej pozycję. Była taka sama, jak jego, co z kolei znaczyło, że jeszcze przyjdzie im spotkać się ponownie. Może nawet w nie tak dalekiej przyszłości. Poza tym Cleveland graniczy z Knowhere, można więc było przypuszczać, że oboje nie unikną wspólnych narad między klanami. No i lepiej nie robić sobie wrogów wśród liderów pozostałych grup. Ale z drugiej strony… Yurgin sam mówił, że Gawron powinien ograniczyć złośliwe uwagi tylko podczas ważnych zebrań. A przecież żadne z nich nie znajdowało się w wielkiej, bogatej sali, tylko na dachu budynku. Wokół nie było nikogo, a oboje liderzy wcale nie wyglądali na osoby o takiej pozycji. Co więc miał do stracenia?
-Na granicy Ironwood grasują Krenshary. Przez chwilę obawiałem się, że zawędrowały również w głąb Knowhere.- jego wzrok powędrował odrobinę niżej, by móc spojrzeć nieznajomej w oczy.
Kobieta spiorunowała go ostrym spojrzeniem, dając mu tym samym do zrozumienia, że nie jest zachwycona porównaniem jej do czworonożnego potwora bez skóry na łbie.
-Nie mam zamiaru tego komentować.- mruknęła, celując palcem wskazującym w Lorkina. Zakapturzony mężczyzna tylko wzruszył ramionami.
-Rób, jak uważasz.- podobała mu się reakcja Vanessy i przez chwilę miał nadzieję, że uda mu się ją sprowokować. Tylko odrobinkę. Ness zdawała się przejrzeć lidera Borsuków na wylot, gdyż powtórzyła:
-Nie skomentuję tego.
Lorkin uniósł jedną brew, starając się wyczytać coś z twarzy rozmówczyni. Niestety, kaptur zasłaniał część jej twarzy, przez co nie mógł dojrzeć jej oczu.
Gawron miał zamiar coś dodać, choć uniemożliwił mu to nagły krzyk, dobiegający z okolicy. Oboje z Vanessą zareagowali w tym samym momencie. Z niemalże identyczną precyzją dobiegli do skraju dachu i znaleźli się na dole, zeskakując z jednego parapetu na drugi. Kiedy wylądowali na dole dobyli obroni i zaczęli czujnie przyglądać się terenowi oraz otaczającym ich kamiennym budynkom. Nawet jeśli Lorkin nie znał dobrze nowej towarzyszki (jeśli tak można ją określić) to miał wrażenie, że oboje są do siebie podobni. Dwa zakapturzone odludki, biegające pod dachach, pod osłoną nocy.
Po ulicy, między domami przebiegł cień. A właściwie kilka cieni, Lorkin oszacował, że było ich około pięciu. Spieszyli się. Krzyk który wcześniej słyszał niewątpliwie należał do kobiety i dobiegał gdzieś stąd. A tamta zgraja na pewno przed nikim nie uciekała, o nie. Ona coś goniła. Coś, a może raczej kogoś? To trzeba było ustalić.
Pierwsza zareagowała Vanessa. Ruszyła przez siebie, cichej niż szept, biegnąc wzdłuż uliczki. Lorkin syknął, choć zaraz się opamiętał i ruszył za dziewczyną. W jednej chwili dwójka liderów biegła obok siebie, najciszej jak było to możliwe. Zgraja nie wiedziała, że ktoś siedzi im na ogonie, choć przecież zakapturzone postacie znajdowały się tak blisko. Grupa skręciła gwałtownie, zatrzymując się za zakrętem. Zostali zagonieni w ślepy zaułek, choć nie wiedzieli, że oni również są ścigani. Bandyci widzieli tylko zabłąkaną kobietę. Ofiarę. Ich ofiarę. A całą sytuację obserwowały dwie tajemnicze postacie.
-A dokąd to?- odezwał się jeden mężczyzna, najroślejszy ze zgrai. Wystąpił na przód, podszedł do przerażonej kobiety, która kuliła się w kącie. Biedaczka zdawała się wsuwać w kamienny mur, jakby próbowała znaleźć w nim jakieś ukryte przejście. Drzwi, które pomogą jej uciec od przestępców. Ale życie to nie bajka, tutaj nie ma ukrytych tuneli, ani przejść w ścianach. Tutaj, jeśli nie potrafisz sobie poradzić samemu, możesz tylko liczyć na czyjąś pomoc.
-Spieszno ci gdzie…- mężczyzna nie dokończył.
W tamtej chwili coś, a może raczej k t o ś uderzył do w tył głowy, pozbawiając przytomności. Zamaskowany runął jak kłoda, jeszcze zanim zdążył dobyć broni. Pozostali bandyci gwałtownie odwrócili się, a ich zdziwione spojrzenia padły na dwie niepozorne postacie. Usta co poniektórych „członków ekipy” zaraz wykrzywiły się w złośliwym grymasie. To przecież były tylko dwie osoby, na ich czwórkę. To, że przez przypadek udało im się ogłuszyć jednego z nich jeszcze o niczym nie świadczyło.
-A wy czego tu szukacie, co?- odezwał się jeden z łotrów, dobierając zakrzywionego noża.- Zwady?!
Po twarzy Lorkina przebiegł cień uśmiechu, w którym bynajmniej nie było ani odrobiny wesołości. Tacy naiwni, pomyślał. Nawet, jeśli jeden z nich runął na pysk, wciąż są pewni siebie. Tacy naiwni i pewni siebie… zbyt pewni.
Żadne z nich oczywiście nie odpowiedziało na pytanie szajki. Zakapturzone postacie skoczyły ku przeciwnikom w tym samym momencie i poruszali się niemal z identyczną precyzją. Właściwie to ciężko było nazwać to walką. Bo grupa dryblasów, choć niewątpliwie silna, liczniejsza i uzbrojona za nic nie poradziłaby sobie z dwójką liderów. Może, gdyby mieli większą przewagę liczebną. Ale tak? Z czwórką Vanessa i Lorkin poradzili sobie bez większego problemu, dlatego też tego „zdarzenia” nie można było nawet nazwać starciem. Jeśli mam być szczera, to Lorkin zdecydowanie bardziej przykładał się do wcześniejszego pojedynku na dachu. Ogłuszenie przestępców i związanie ich nie okazało się wielkim problemem. Jednak żadne z nich nie poznało przyczyny dlaczego szajka napadła na bezbronną kobietę, głównie z dwóch powodów. Po pierwsze- ciężko jest przesłuchiwać nieprzytomnych, a po drugie- dziewczyna, którą uratowali uznała, że ucieknie z „miejsca zbrodni”, a żadne z tej dwójki nie widziało konieczności w gonieniu i straszeniu zwykłej obywatelki. Poza tym odpowiedni ludzie i tak wszystko wyciągną z tej bandy, gdy tylko się ocknie, o to mogli być pewni.
Dwójka zakapturzonych Cieni schowała swoją broń, wiedząc że na dziś ich robota dobiegła końca. No, może prawie.
Jeden z bandytów, ten którego ogłuszyli na początku i zapomnieli związać, podniósł się nagle i zamachnął w stronę najbliższej osoby. Lorkin stał trochę dalej niż Van, gdyby podszedł o kilka kroków bliżej zapewne również znalazłby się na celowniku. A oprych, choć z pewnością nie był wyszkolony i do najbystrzejszych również nie należał, to z takiej niewielkiej odległości, zamachując się bronią z pewnością mógł zrobić krzywdę. Szkoda, że liderzy zdążyli wcześniej schować broń. Przeciwnik zaatakował zbyt nagle i znajdował się za blisko, by któreś z nich zdążyło dobyć oręża na czas.
Nie myśląc zbyt wiele, a działając bardziej pod wpływem nagłych impulsów energii, Lorkin posłał w kierunku napastnika strumień magii. Nie potrzeba było wiele czasu, by ten padł twarzą na siemię, jeszcze zanim zdążył zaatakować jego nową towarzyszkę. Nawet nie trzeba było go związywać, Gawron dobrze wiedział, że przez długi czas się nie podniesie.
Zakapturzony mężczyzna syknął z niezadowolenia. A obiecał sobie już dawno temu, że przenigdy nie użyje magii bojowej, a na pewno nie przeciwko tak łatwemu przeciwnikowi. Właśnie złamał jedno ze swoich najważniejszych postanowień, oraz zniszczył te wszystkie treningi, przez które przyszło mu przejść, by odzwyczaić się od tych cholernych czarów.
Nie mówiąc nic, odwrócił się od Vanessy, nie rozmawiając z nią nawet o tym co zrobić ze związanymi. Gwizdnął na Amorię, która do tej pory kryla się w cieniu, a teraz posłusznie podbiegła do Lorkina. Zakapturzony Gawron nie powiedział ani słowa. Oddalił się od miejsca zbrodni, wtapiając się w cienie, spowijające uliczki i domy. W powietrzu czuć było zapach bzu i agrestu.

Vanessa? Czytałam to kilka razy, ale dalej nie wiem o co w tym opku chodzi, wybacz *^*

środa, 25 listopada 2015

Ja tylko chcę Cię ostrzec. Miej się na baczności. Tam, gdzie jest bóstwo, zwykle są i rzesze diabłów

Imię: Lorkin
Nazwisko: Sam tłumaczy, że nigdy takowego nie posiadał, choć tak naprawdę rodzina pozbawiła go nazwiska. Jednak, jeśli mam być szczera, to Lorkin uważa, że nigdy nie było mu ono do niczego potrzebne i nie specjalnie przejmuje się tym, co go spotkało.
Przydomek: Bracia nazywali go „Greywaren’em” (cokolwiek miałoby to znaczyć). Powszechnie przyjęło się przezwisko Gawron lub Wrona (czasem i Wrona Szara, choć Lorkin nie widzi potrzeby by specjalnie je wydłużać).
Wiek: 26 lat
Płeć: Mężczyzna
Rasa: Człowiek, a przynajmniej częściowo. Choć część jego rodziny jest krasnoludami, to w ogóle tego po nim nie widać.
Rodzina: Ma trzech braci, choć tylko z najmłodszym Thrain’em utrzymuje kontakt. Reszta rodziny mieszka daleko, poza granicami Dal-virii.
Miłość: Szuka, nie szuka…? Jest typem samotnika i raczej woli kryć się w cieniu, ale kto wie? Może znajdzie się druga taka osoba.
Aparycja: To raczej mężczyzna średniego wzrostu. Ma dobrze zbudowaną i całkiem umięśnioną sylwetkę (efekty treningów i ćwiczeń szermierki w czasie wolnym), ale też bez przesady. Chyba widać, że nie jest jakąś chodzącą góra mięśni, nie? Właściwie ani po jego budowie, ani też rysach twarzy (po wzroście też nie…) nie widać, że połowa jego rodziny to krasnoludy, choć nigdy specjalnie się tym nie przejmował. Właściwie to jedyna rzecz, jaką odziedziczył po tej części krewnych to ciemne, lekko falowane i sięgające ramion włosy, które tak bardzo go denerwują. Jeśli chodzi o ubiór, to zdecydowanie preferuje czarne, ewentualnie ciemnozielone odcienie. Warto też dodać, że niemal zawsze skrywa twarz w cieniach kaptura, zwłaszcza wśród nieznajomych. To właśnie dlatego na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo tajemniczą i niebezpieczną osobą.
Zainteresowania: Właściwie nie ma tutaj zbyt wiele do opisywania. Większość jego „zainteresowań” wiąże się z czynnościami, jakie wykonuje na co dzień. Nie ma to jednak nic wspólnego z brakiem wolnego czasu, ani pracoholizmem. On po prostu taki jest, koniec kropka. Gdy nie jest niczym zajęty, lubi ćwiczyć szermierkę, bądź studiować i uczyć się nowych zaklęć. Ma jednak małą pasję: sztuka. Zdarza mu się napisać własny wiersz, bądź ułożyć krótką powieść. Wszystko zapisuje w swym skórzanym brulionie i biada temu, kto odważy się go zabrać, lub chociaż otworzyć bez pozwolenia. Jest też całkiem niezłym tancerzem, choć za samym tańcem raczej średnio przepada.
Charakter: Lorkin jest raczej typem samotnika. Zdecydowanie lepiej czuje się wędrując samotnie pod osłoną nocy, mając nad sobą rozgwieżdżone niebo, niż z hordą głośnych kompanów u boku. Woli trzymać się w cieniu, niż stać w centrum uwagi. Nie ma to jednak nic wspólnego z aspołecznością, po prostu zbyt wielkie towarzystwo go krępuje i sprawia, że czuje się trochę niezręcznie. Na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo skryty i właściwie nieprzenikniony. Choć ciężko jest stwierdzić, czy Gawron faktycznie jest tak nieprzewidywalny i skryty, za jakiego jest uznawany. Raczej specjalnie „utworzył” wokół siebie tą aurę tajemniczości. Wie, że przez to co poniektórzy bez przerwy zerkają na niego nieufnie, obawiając się każdej jego reakcji. Wśród nieznajomych stara się wyglądać groźnie i poważnie, ale w myślach śmieje się z tego, jak ludzie koło niego reagują na błysk ostrza w jego dłoni. Lorkin stara się nie ukazywać zbędnych emocji. Owszem, zdarza mu się wyrazić swe zdziwienie, czy rozbawienie, ale woli nie ukazywać strachu, zdenerwowania, czy też tak bardzo zgubnego zauroczenia (całe szczęście, nie ma zamiaru go doświadczać). Posiada dość specyficzne poczucie humoru, choć niekiedy jego dziwne podejście do niektórych spraw potrafi rozbawić, czy też zaskoczyć. Często nazywa siebie „synem sarkazmu i ironii” o czym wiele osób miało wątpliwą przyjemność się przekonać (sami również zaczęli go tak nazywać). Jego zaletą, ale również największą wadą jest szczerość. Potrafi obrazić każdego z kamienną twarzą, jakby nie widział w tym niczego złego. Choć to nie tak, że Lorkin zawsze mówi prawdę. W razie potrzeby potrafi kłamać jak z nut, choć jeśli chce komuś dogryźć, to zazwyczaj mówi to, co myśli bez niepotrzebnego owijania w bawełnę. Lubi się droczyć, a już zwłaszcza z paniami. Nie jest może zbyt wielkim awanturnikiem, ale od czasu do czasu lubi się pokłócić, lub wszcząć jakąś bójkę. Umie grać na cudzych uczuciach, wie jak zmusić kogoś do mówienia bez potrzeby używania siły. Zazwyczaj nie ufa nowopoznanym, a obcych traktuje, jak kule u nogi. Nie jest ani zbyt uczuciowy, ani eleganci. Nie znosi formalności, ani sztucznych uśmiechów, dlatego też w jego towarzystwie lepiej nie liczyć na grzecznościowe odpowiedzi. Mimo wszystko, da się go tolerować, a nawet polubić. Choć przyznam, że trzeba się przygotować na wszelkie docinki i sarkastyczne uwagi, jakie jest w stanie skierować.. właściwie do każdego.
Song Theme: When Winter Comes - Miracle of Sound (jest to też wskazówka do głosu) //  Heaven Loves a Fire - Laoud
Miasto rodzinne: Carvahall
Klan: Borsuki z Cleveland
Pozycja: Lider
Punkty pojedynku: 25
Profesja: Mag, Szermierz
Broń: Choć Lorkin jest dobrze wyszkolonym magiem, to nie da się ukryć, iż preferuje posługiwanie się tak zwaną „bronią białą”. Do jego ulubionych narzędzi można zaliczyć jednoręczny miecz, który odziedziczył po zmarłym ojcu. Oczywiście nie obca jest mu magia bojowa, oraz uzdrowicielska, a z tej ostatniej czasem korzysta podczas wszelkich potyczek. Nawet nie po to, by być sprawniejszym i silniejszym od przeciwnika, przeważnie by zrobić mu na złość. Zawsze nosi u pasa niewielki sztylet, tak na wszelki wypadek, gdyby musiał rozstać się z mieczem (magii bojowej używa tylko w konieczności).
Umiejętności:
~Dobrze walczy, zarówno bronią, jak i wręcz.
~Zna się na magii, nie tylko leczniczej. W dużej mierze to dzięki swym umiejętnością i talentowi magicznemu zyskał pozycję Lidera. Co ciekawe, do rzucania zaklęć nie potrzebuje wypowiadania na głos różnych formułek, czy też korzystania z przedmiotów, takich jak różdżka. Wystarczy, że o czymś pomyśli.
~Bardzo dobrze jeździ konno, choć decyduje się na to tylko w razie konieczności. Najbardziej lubi poruszać się pieszo, wśród drzew, lub po dachach budynków. Najlepiej pod osłoną nocy, kiedy nikt nie jest w stanie go dostrzec.
~Jak już wcześniej wspomniałam, od czasu do czasu lubi pisać krótkie wiersze i całkiem dobrze tańczy. Choć, jeśli mam być szczera, nigdy specjalnie nie opanował wyniosłej, dworskiej etykiety, przez co czasem zdarzało mu się wpadać w niezłe tarapaty i sprzeczki z osobami wysoko postawionymi (podczas tych kłótni nauczył się nieźle negocjować i walczyć o swoje, nie tylko mieczem).
~Nie każdy o tym wie, ale Lorkin jest świetnym psychologiem. Ma gadane, to trzeba przyznać i potrafi być naprawdę przekonujący. Często powtarza, że niektórzy mają w zwyczaju mówić mu o różnych rzeczach, jeśli „ładnie poprosi”. Nauczył się przekonywać innych bez używania przemocy, choć jeśli trzeba, jest w stanie się do tego posunąć.
Towarzysz: Amoria
Wierzchowiec: Brak, a przynajmniej na razie.
Nick na howrse: Annabeth