Amita od zawsze kochała takie przyjęcia, zwłaszcza organizowane pod płaszczem sztandaru władzy. Na takie zabawy zawsze przychodzili sami bogacze i arystokracja, czyli osoby o ego tak rozdętym, że cudem zmieścili się wszyscy pod jednym dachem. Światopogląd takiego człowieka nie pozwala mu do umysłu, rozwalcowanego jak naleśnik pod kopułą czaszki, dopuścić wyobrażenia, że ktoś mógłby się dopuścić sprofanowania tak zacnej osobistości, którą jest on sam. Mówiąc dialektem ludzi - i nieludzi - pokroju Hood: błyszczący złotem cymbał nie spodziewa się ,,ataku". Staje sobie odsłonięty na środku sali, wyeksponowany jak droga biżuteria na wystawie u jubilera, oczekując zgromadzenia wokół siebie jak najwięcej ważnych, lub mniej ważnych ludzi. Co najlepsze, metody takiego bogatego dupka są zupełnie bezsensowne. Amita, jako specjalistka od ściągania na siebie uwagi, znała zdecydowanie bardziej pożyteczne metody, ale nie miała najmniejszego zamiaru uczyć ich niegodnych tego tłumoków. Głównie przez fakt, że gdy tylko zbliżała się do ,,ściągającego uwagę" jegomościa, nabywała przemożnej ochoty zerwania mu spodni po kolana - to na pewno pomogłoby zebrać gapiów.
Arystokracja od zawsze fascynowała Ishwari, oczywiście w ten niezdrowy i nie do końca zrozumiały sposób. Mieli wręcz fascynujący tok myślenia, każący im każdego dnia zakładać rano na powieki specjalne, magiczne klapki, dzięki którym nie widzieli żadnego ludzkiego nieszczęścia dopóki ich osobiście nie dotknęło. Nie wspominając o tym, że wyjątkowo poważnie wyznawali istnienie Pieniądza - najpaskudniejsza religia z jaką Hood się kiedykolwiek spotkała, a słyszała o wielu, jak o ludożercach pożerających wrogich wojowników, by posiąść ich siłę. Pieniądz był jednak bogiem o tyle potwornym, że potrafił wcielić w kręgi swoich wyznawców nawet umysły uważane za najtęższe. Mając za wyznawców zarówno elity uniwersytetów, jak i żebrzących na ulicy, szybko poszerzał swoje wpływy o kolejne, niczego nieświadome plemiona ludzkie. A jedyną doktryną wyznawców Pieniądza było wmawianie biednym ludziom, że ten oto metalowy krążek w ich ręku ma wartość zdolną wymierzeniu, a w niektórych krajach bywało nawet gorzej. Za oceanem, na przykład, wmawiali ci, że jedna mosiężna płytka ma większą wartość od drugiej, takiej samej mosiężnej płytki, bo widnieje na niej większy numerek niż na drugiej.
Szlachta miała jeszcze inną cechę, godną prawdziwych elit: własny język. Był to uniwersalny kod oparty na wspólnej mowie, niemal nie do odróżnienia od oficjalnego języka Dal-Virii. Prowadziło to do paradoksu, w którym rozmawiający ze sobą dwaj rodzeni dal-virczycy - rolnik i minister skarbu - rozumieli się tylko od jednej strony, bo minister siłą rzeczy też kiedyś mówił jak chłop, ale chłop w życiu nie słyszał podobnych słów. Niby język ten sam, a jednak tłumaczenia niektórych wyrazów były wręcz niesamowicie oczywiste i równocześnie nie do odgadnięcia. Przykładowo: ktoś pokazuje Amicie wychodek i pyta ,,Co to jest?". ,,Sracz" odpowiada Amita. Potem pyta o to samo bankiera. ,,Toaleta" odpowie tamten. I powiedzcie mi szczerze, kto by się kurna spodziewał, że szlachta nadała zwykłemu sraczowi jakąś wyspecjalizowaną nazwę?!
Wniosek był jeden: nie gadaj z bogaczami, jeśli nie znasz kodu.
Ishwari nagle poczuła głębokie poczucie niesprawiedliwości. To była sytuacja w stylu dziewczynki, która widzi jak rodzice dają jej zdolniejszej siostrze nową lalkę. Ona też by taką chciała mieć, ale rodzice zdecydowali się nie kupować drugiej lalki. Co więc robi Amita? Własną lalkę. Swój własny, niepowtarzalny kod! Też będzie oparty na wspólnej mowie, z domieszką dziwnych słów. Tym sposobem minister też nie będzie mógł zrozumieć rolnika i sprawiedliwości stanie się zadość.
Gdy już opracowała pierwsze zdanie siłą rzeczy musiała znaleźć sobie ofiarę, która w odpowiedzi na zadane pytanie jedynie spojrzy na nią niezrozumiale, tak jak ona do tej pory spoglądała na głupich bogaczy mówiących, że idą do toalety. Na początek musiał być to ktoś należący do szlachty siłą rzeczy, może niekoniecznie rodzony szlachcic, ale ktoś wychowany na normalnej mowie. W ten sposób oceni czy jej język daleko odbiega od wspólnego. Rozejrzała się więc po sali, wodząc spojrzeniem oceniającego łanię wilka, od jednej osoby do drugiej. Kobiety niemal od razu wykluczyło - z facetami było to o wiele bardziej zabawne. I tak wśród krzykliwych sukien i surdutów dostrzegła coś, co na ulicy raczej nie zwróciłoby żadnej uwagi: zwykła, prosta koszula i ciemnie spodnie. Usta Hood rozeszły się w zbójeckim uśmiechu, odsłaniając kocie kły, kiedy dziewczyna nagle rozpędziła się i wskoczyła niczego nie spodziewającemu się młodemu mężczyźnie na plecy, szepcząc konspiracyjnie do ucha:
- Złota ryba nie ma nogi? Zahacz o kotwicę wiatrem!
Jako, iż wszyscy doskonale wiemy jak wygląda ,,szept" w wykonaniu Amity, nie ciężko usprawiedliwić niebieskookiego, który najpierw skrzywił się i niemal natychmiast zrzucił z siebie dziewczynę, a dopiero potem zmarszczył brwi w zastanowieniu nad komunikatem. Najpierw jednak, jak każdy gwałtownie zaatakowany przez Ishwari człowiek, musiał dać upust emocjom:
- Wyjaśnisz mi jak to jest do jasnej cholery możliwe, że mówiąc coś na ucho narażasz na głuchotę, a mimo to wokół nikt inny tego nie słyszy? - warknął zirytowany.
- Wola ziemniaka - wzruszyła ramionami rakszasa. - Co nie boli toczy kole.
Mężczyzna zamrugał kilka razy, próbując zrozumieć treść wiadomości.
- Co przepraszam? - wypalił w końcu.
- Kod, głupcze! - odparła zadowolona Hood. - Arystokracja też taki ma!
- O co ci chodzi?
- No czy ty tego nie słyszysz?! - dziewczyna zatoczyła ręką po sali. - Oni wszyscy brzmią jak zza granicy! Czemu ja nie umiem sprawić, że ludzie mnie nie rozumieją? To niesprawiedliwe!
- Pocieszę cię, że teraz ci się udało - chłopak pokręcił palcem w uchu, jakby próbował przywrócić mu sprawność. - Ale równie dobrze można to zrobić po ludzku.
- Co nieludzkie, niech nieludzkim się ostanie - wyszczerzyła się dumnie, prezentując kiełki. Po chwili jednak jej mina zmieniła się diametralnie, gdy uświadomiła sobie pewien istotny fakt: - Czekaj, ja ciebie chyba nie znam.
- Też miałem to zauważyć - niebieskooki założył ręce na piersi, jakby wyczekując wyjaśnień. Jakby nie było, właśnie napadła go jakaś dzikuska i wydarła mu się do ucha klecąc przypadkowe słowa.
Dziewczyna ukłoniła się więc w pasie z rękoma wyprostowanymi w tył (chyba kogoś tym gwałtownym ruchem walnęła) i z jak najmniej niepokojącym uśmiechem powiedziała:
- Amita Ishwari, koszmar na zamówienie...swoje lub cudze - dodała po namyśle, prostując się.
- Matteo - odparł chłopak, po czym dodał z pewnym ociąganiem: - Miło poznać.
- No, to teraz mogę ci bezkarnie wskakiwać na plecy? - zapytała zupełnie naturalnym tonem Ishwari.
Teo zmarszczył brwi, nie za bardzo wiedząc jak na to odpowiedzieć. Zanim jednak się zebrał do wyjaśnień czym jest ,,przestrzeń osobista", po drugiej stronie sali trzasnęło szkło. Wśród odłamków okna i przerażonych pisków kobiet, do środka wpadł nieokreślonej rasy potwór, sycząc i warcząc. Było to coś jak liniejąca, szaro zielona hybryda jaszczurki z niedźwiedziem, tylko że większa od niedźwiedzia, nie wspominając już ile razy musiała przewyższać pod tym względem jaszczurkę. Z przeciwnego końca sali dotarł podobny ryk. Zanim jednak dziewczyna obejrzała się w tamtą stronę, Matteo chwycił ją w pasie i odsunął na bok. Chwilę potem w ścianę niemal wbił się Pan Niszczyciel Okien. Zaraz jednak uwolnił obsypany tynkiem pokraczny łeb i zwrócił paszczę w ich stronę. Zanim jednak skoczył w tym kierunku, wokół jego paszczy pojawiła się błękitna aura, zaciskając mu zęby. Bestia zaczęła się szarpać jak nieprzyzwyczajony do kagańca pies.
- Nie wiedziałam, że lady Ikramu lubi imprezy z cyrkowymi zwierzakami! - rzuciła przez hałas Hood.
- Ja też - przyznał z wysiłkiem Teo. Dopiero teraz Ami dostrzegła, że to on założył Niszczycielowi Okien ,,kaganiec" i najwyraźniej nie mógł tego robić cały czas.
- Trzymaj się! - rzuciła szybko Hood. - Skombinuję pomoc!
Po tych słowach wyparowała, zostawiając młodego maga z przekonaniem, że to chyba ostatni bal na jaki się wybrał.
To jak? Wielki, grupowy wątek! :D
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amita. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amita. Pokaż wszystkie posty
piątek, 2 grudnia 2016
czwartek, 28 kwietnia 2016
Od Amity - Do czego nuda pcha ludzi...
Zniknięcie przed okiem Kobiety w Czerni i Kapitana Brody nie było trudne. W przypadku Amity było to w końcu zniknięcie niemal dosłowne. Chwila nieuwagi, odwrócisz się choćby na chwilę, spojrzysz w tył, a diablicy już nie ma. Dosłownie i w przenośni. Istnieje, ale dla innych jej nie ma. Tak więc widząc, że uwagę dwóch nianiek zajęła nieznana jej z imienia krasnoludzica, Hood uśmiechnęła się pod nosem i stała się niewidzialna. Pod osłoną magii przekradła się nieco dalej, po czym zdjęła ,,zasłonę" i ruszyła dalej gwiżdżąc z rękami w kieszeniach.
Ikram był całkiem ciekawym miejscem. Tyle ludzi, tyle zamieszania, tyle okoliczności sprzyjających niespodziewanym wypadkom...Istny raj! Aż szkoda, że to całe święto trwa tylko jeden dzień, a właściwie jedną noc, czyli o kolejną połowę rozrywki mniej. Cholera. Trzeba korzystać póki jest okazja!
Przy jednym z boksów ktoś zabierał się za czyszczenie kopyt podopiecznego. Jeden ze stajennych trzymał za wodze kasztanowatego ogiera, a drugi, starszy mężczyzna stanął do niego bokiem, przodem w stronę ogona. Klepnął ogiera kilka razy w tylną nogę i zwierzę posłusznie - chociaż niekoniecznie zadowolone - uniosło ją. Facet chwycił ją między uda wyginając lekko do tyłu i zacząć wygrzebywać kopystką zaschnięte błoto i kamyki. Ishwari uśmiechnęła się zbójecko. Podeszła od strony pyska konia. Trzymający wodze chłopak nie zauważył jej zajęty rozmową. Dziewczyna na powrót stała się niewidzialna. Podeszła do zwierzęcia i wyszeptała w jego stronę kilka słów w swoim ojczystym języku. Koń podniósł uszy, wyłapując słowa. Powtórzyła je jeszcze raz. Ogier wysłuchał po czym kiwnął łbem, jakby ze zrozumieniem. Hood zachichotała. Stajenny trzymający wodze obejrzał się zdziwiony, ale nikogo oczywiście nie mógł dojrzeć.
Wtedy koń nadepnął mu lekko na nogę. Facet krzyknął ludzkim odruchem odsuwając się od wierzchowca. Czyszczący kopyta wyprostował się zaskoczony, a kasztanek wyrwał tylną nogę i kopnął go nią w tyłek. Hood roześmiała się już w głos, chwytając za brzuch. Jednak patrząc na swoje ręce uświadomiła sobie pewien bardzo istotny szczegół...
Nie była już niewidzialna.
Nie wiadomo jak, ale dwaj poszkodowani jakoś połączyli fakty i ten starszy zebrał się na nogi i ruszył w jej kierunku. Dziewczyna szybko wepchnęła się chamsko w tłum. W duchu dziękując za swój niski wzrost nurkowała pod pachami ludzi i brzuchami kilku koni. Przesadziła w biegu grzbiet jakiegoś kuca. Zaskoczone zwierzę przystanęło rżąc, robiąc nieco zamieszania. Ścigający Hood mężczyzna stracił z oczu niebieski kaptur i ostatecznie się poddał mamrocząc pod nosem coś na temat znudzonych gówniarzy.
Amita uśmiechnęła się dumnie, teatralnie ukłoniła w stronę nieistniejącej widowni i ruszyła dalej w poszukiwaniu kolejnych ofiar, gibka i cicha niczym polujący kot.
Po kilku minutach jakby nigdy nic stanęła na środku placyku, zakłócając uporządkowany prąd zmierzających w jednym kierunku ludzi w morzu ciał. Jakiś stajenny sklął ją za to, ktoś inny przypadkiem trącił ramieniem. Dziewczynę mało to wszystko obchodziło. Jedyne co było teraz ważne, to znaleźć jakiś sposób na zabicie nudy. Napsocić, zepsuć, ukraść, cokolwiek! Byle nie dać się zepchnąć do tej bezdennej głębiny nicnierobienia. Ami podświadomie stała na urwisku, trzymała się tej stałej krawędzi, już czuła jak niskie obcasy butów zsuwają się w tył. Jeśli nie uda jej się czegoś chwycić, czegokolwiek, straci równowagę i chcąc ją odzyskać zacznie rozpaczliwie machać rękoma, czym tylko pogorszy sytuację. Spadnie w dół. Przez chwilę popływa po powierzchni, po czym poczuje pierwsze objawy otaczającej ją śliskiej nudy. Będzie machać nogami coraz wolniej, aż się zmęczy i zdecyduje jedynie położyć na powierzchni w bezruchu. Urwisko porastają pnącza...mogłaby podpłynąć i się wspiąć z powrotem na górę...ale to wymaga więcej siły. Razem z nudą bowiem przychodzi rozleniwienie. I ten paskudny stan, gdy masz pełno wolnego czasu, tyle możliwości rzeczy do zrobienia, ale nic ci się nie chce. Nawet leżeć. Czas płynie tak wolno, ledwo żywy, jak ślimak posypany piachem. Nagle ta maź nudy okaże się miła, ciepła, puszysta. Po co się męczyć? Po co wracać na górę? Lepiej tu zostać, poleżeć...
Hood aż wstrząsnęło. Brr! Co za paskudna wizja! Precz z mojej głowy!, pomyślała kręcąc nią energicznie, aż rozbolała ją szyja, a przechodzący obok ludzie zostali upewnieni w fakcie, że jest jakąś wariatką. Szukaj zajęcia...szukaj zajęcia...
Ale co więcej można robić? Dokuczanie stajennym mogła odhaczyć, bo nie lubi się powtarzać w ciągu jednego dnia. Problem w tym, że w tych okolicznościach było to najbardziej oczywiste i możliwe do zorganizowania przedsięwzięcie. Westchnęła sfrustrowana. Przecież musi być coś, co popchnie całą fabułę do przodu. Coś, co sprawi, że ślęczącaprzed monitorem nad zabazgranym pergaminem, z wyślizganą już myszką zrytym piórem w ręce autorka tego opowiadania wreszcie poczuje się zadowolona, bo jej lanie wody nie pójdzie na marne, a na rzecz stanowczego ruszenia fabularnej machiny naprzód.
Odpowiedź pojawiła się jakby sama. Była wręcz oczywista. Amita pięć razy ślizgnęła po niej wzrokiem, aż w końcu pojęła co też powinna w tej sytuacji zrobić...
W stajni stała trójka przyjezdnych: kruczowłosa kobieta, rosły facet w tunice i wysoki chudzielec w skórzanych trykotach. Mało ją teraz interesowali. Jej wzrok przykuł przedmiot wiszący u pasa tego trzeciego. Hak z matowym, ozdobionym wzorami karwaszem. Dość nietypowa broń. A z reguły wyjątkowość broni szła w parze z przywiązaniem do niej przez właściciela.
Kocie kły błysnęły mimowolnie w niebezpiecznie wesołym uśmiechu. Ishwari przystąpiła do dzieła.
Weszła z rękoma za plecami do stajni, jakby tylko chciała popatrzeć na konie. Zatrzymała się przy jednym z boksów i głaszcząc chrapy bułanej klaczy zerkała kątem oka na swój cel. Ruszyła dalej. Po kilku minutach zawróciła z powrotem do wyjścia. Mijając zajętych rozmową podróżnych sprawnie przejęła zdobycz od razu znikając tuż za plecami szarego pana. Nikt niczego nie zauważył. Sama była tym zdziwiona, ale nie narzekała. Zakładała, że facet zauważy brak od razu i rzuci się w pościg. No nic - zabawy ciąg dalszy.
Wyszła ze stajni trzymając hak w dwóch rękach przed sobą, by z tyłu nikt nie mógł go dojrzeć. Gdy dotarła do jednej trzeciej długości placu wzięła wdech i odwróciła się.
- Juhuuu! - zawołała przesłodzonym, najbardziej dziewczęcym głosem jaki mogła z siebie wydobyć. - Kapitanie Haaaak! - pomachała dzierżącą broń ręką.
Tymczasem sławny w zachodniej Castelii Nocny Prześladowca słysząc jakiś dziewczęcy okrzyk ruszył lekko głową w kierunku wyjścia. Nie uznał go za skierowanego do siebie...dopóki nie usłyszał znanego już przezwiska, używanego do tej pory przez jego znajomą. Jego wzrok dostrzegł drobną sylwetkę machającą w jego kierunku. W dłoni tej istotki znajdował się...hak. Nie odrywając wzroku sięgnął do pasa licząc, że jednak natrafi na swoją własność.
Amita uśmiechnęła się drapieżnie i nie czekając, aż jej ofiara sobie uzmysłowi, że stała się obiektem żartu, rzuciła się do ucieczki w stronę miasta.
Revan? Nyan, wybacz mi to lanie wody *~* Ale teraz owszem, jestem zadowolona z siebie x3
Ikram był całkiem ciekawym miejscem. Tyle ludzi, tyle zamieszania, tyle okoliczności sprzyjających niespodziewanym wypadkom...Istny raj! Aż szkoda, że to całe święto trwa tylko jeden dzień, a właściwie jedną noc, czyli o kolejną połowę rozrywki mniej. Cholera. Trzeba korzystać póki jest okazja!
Przy jednym z boksów ktoś zabierał się za czyszczenie kopyt podopiecznego. Jeden ze stajennych trzymał za wodze kasztanowatego ogiera, a drugi, starszy mężczyzna stanął do niego bokiem, przodem w stronę ogona. Klepnął ogiera kilka razy w tylną nogę i zwierzę posłusznie - chociaż niekoniecznie zadowolone - uniosło ją. Facet chwycił ją między uda wyginając lekko do tyłu i zacząć wygrzebywać kopystką zaschnięte błoto i kamyki. Ishwari uśmiechnęła się zbójecko. Podeszła od strony pyska konia. Trzymający wodze chłopak nie zauważył jej zajęty rozmową. Dziewczyna na powrót stała się niewidzialna. Podeszła do zwierzęcia i wyszeptała w jego stronę kilka słów w swoim ojczystym języku. Koń podniósł uszy, wyłapując słowa. Powtórzyła je jeszcze raz. Ogier wysłuchał po czym kiwnął łbem, jakby ze zrozumieniem. Hood zachichotała. Stajenny trzymający wodze obejrzał się zdziwiony, ale nikogo oczywiście nie mógł dojrzeć.
Wtedy koń nadepnął mu lekko na nogę. Facet krzyknął ludzkim odruchem odsuwając się od wierzchowca. Czyszczący kopyta wyprostował się zaskoczony, a kasztanek wyrwał tylną nogę i kopnął go nią w tyłek. Hood roześmiała się już w głos, chwytając za brzuch. Jednak patrząc na swoje ręce uświadomiła sobie pewien bardzo istotny szczegół...
Nie była już niewidzialna.
Nie wiadomo jak, ale dwaj poszkodowani jakoś połączyli fakty i ten starszy zebrał się na nogi i ruszył w jej kierunku. Dziewczyna szybko wepchnęła się chamsko w tłum. W duchu dziękując za swój niski wzrost nurkowała pod pachami ludzi i brzuchami kilku koni. Przesadziła w biegu grzbiet jakiegoś kuca. Zaskoczone zwierzę przystanęło rżąc, robiąc nieco zamieszania. Ścigający Hood mężczyzna stracił z oczu niebieski kaptur i ostatecznie się poddał mamrocząc pod nosem coś na temat znudzonych gówniarzy.
Amita uśmiechnęła się dumnie, teatralnie ukłoniła w stronę nieistniejącej widowni i ruszyła dalej w poszukiwaniu kolejnych ofiar, gibka i cicha niczym polujący kot.
Po kilku minutach jakby nigdy nic stanęła na środku placyku, zakłócając uporządkowany prąd zmierzających w jednym kierunku ludzi w morzu ciał. Jakiś stajenny sklął ją za to, ktoś inny przypadkiem trącił ramieniem. Dziewczynę mało to wszystko obchodziło. Jedyne co było teraz ważne, to znaleźć jakiś sposób na zabicie nudy. Napsocić, zepsuć, ukraść, cokolwiek! Byle nie dać się zepchnąć do tej bezdennej głębiny nicnierobienia. Ami podświadomie stała na urwisku, trzymała się tej stałej krawędzi, już czuła jak niskie obcasy butów zsuwają się w tył. Jeśli nie uda jej się czegoś chwycić, czegokolwiek, straci równowagę i chcąc ją odzyskać zacznie rozpaczliwie machać rękoma, czym tylko pogorszy sytuację. Spadnie w dół. Przez chwilę popływa po powierzchni, po czym poczuje pierwsze objawy otaczającej ją śliskiej nudy. Będzie machać nogami coraz wolniej, aż się zmęczy i zdecyduje jedynie położyć na powierzchni w bezruchu. Urwisko porastają pnącza...mogłaby podpłynąć i się wspiąć z powrotem na górę...ale to wymaga więcej siły. Razem z nudą bowiem przychodzi rozleniwienie. I ten paskudny stan, gdy masz pełno wolnego czasu, tyle możliwości rzeczy do zrobienia, ale nic ci się nie chce. Nawet leżeć. Czas płynie tak wolno, ledwo żywy, jak ślimak posypany piachem. Nagle ta maź nudy okaże się miła, ciepła, puszysta. Po co się męczyć? Po co wracać na górę? Lepiej tu zostać, poleżeć...
Hood aż wstrząsnęło. Brr! Co za paskudna wizja! Precz z mojej głowy!, pomyślała kręcąc nią energicznie, aż rozbolała ją szyja, a przechodzący obok ludzie zostali upewnieni w fakcie, że jest jakąś wariatką. Szukaj zajęcia...szukaj zajęcia...
Ale co więcej można robić? Dokuczanie stajennym mogła odhaczyć, bo nie lubi się powtarzać w ciągu jednego dnia. Problem w tym, że w tych okolicznościach było to najbardziej oczywiste i możliwe do zorganizowania przedsięwzięcie. Westchnęła sfrustrowana. Przecież musi być coś, co popchnie całą fabułę do przodu. Coś, co sprawi, że ślęcząca
Odpowiedź pojawiła się jakby sama. Była wręcz oczywista. Amita pięć razy ślizgnęła po niej wzrokiem, aż w końcu pojęła co też powinna w tej sytuacji zrobić...
W stajni stała trójka przyjezdnych: kruczowłosa kobieta, rosły facet w tunice i wysoki chudzielec w skórzanych trykotach. Mało ją teraz interesowali. Jej wzrok przykuł przedmiot wiszący u pasa tego trzeciego. Hak z matowym, ozdobionym wzorami karwaszem. Dość nietypowa broń. A z reguły wyjątkowość broni szła w parze z przywiązaniem do niej przez właściciela.
Kocie kły błysnęły mimowolnie w niebezpiecznie wesołym uśmiechu. Ishwari przystąpiła do dzieła.
Weszła z rękoma za plecami do stajni, jakby tylko chciała popatrzeć na konie. Zatrzymała się przy jednym z boksów i głaszcząc chrapy bułanej klaczy zerkała kątem oka na swój cel. Ruszyła dalej. Po kilku minutach zawróciła z powrotem do wyjścia. Mijając zajętych rozmową podróżnych sprawnie przejęła zdobycz od razu znikając tuż za plecami szarego pana. Nikt niczego nie zauważył. Sama była tym zdziwiona, ale nie narzekała. Zakładała, że facet zauważy brak od razu i rzuci się w pościg. No nic - zabawy ciąg dalszy.
Wyszła ze stajni trzymając hak w dwóch rękach przed sobą, by z tyłu nikt nie mógł go dojrzeć. Gdy dotarła do jednej trzeciej długości placu wzięła wdech i odwróciła się.
- Juhuuu! - zawołała przesłodzonym, najbardziej dziewczęcym głosem jaki mogła z siebie wydobyć. - Kapitanie Haaaak! - pomachała dzierżącą broń ręką.
Tymczasem sławny w zachodniej Castelii Nocny Prześladowca słysząc jakiś dziewczęcy okrzyk ruszył lekko głową w kierunku wyjścia. Nie uznał go za skierowanego do siebie...dopóki nie usłyszał znanego już przezwiska, używanego do tej pory przez jego znajomą. Jego wzrok dostrzegł drobną sylwetkę machającą w jego kierunku. W dłoni tej istotki znajdował się...hak. Nie odrywając wzroku sięgnął do pasa licząc, że jednak natrafi na swoją własność.
Amita uśmiechnęła się drapieżnie i nie czekając, aż jej ofiara sobie uzmysłowi, że stała się obiektem żartu, rzuciła się do ucieczki w stronę miasta.
Revan? Nyan, wybacz mi to lanie wody *~* Ale teraz owszem, jestem zadowolona z siebie x3
wtorek, 2 lutego 2016
Od Amity (CD Vanessy) - Teatrzyk
Sytuacja w jakiej znalazła się Amita nie wyglądała najlepiej. Ba! Dziewczyna była wręcz w czarnej dupie. Tyłek zdążył jej już odmarznąć od leżenia w zaspie, a plecy po lądowaniu bolały niemiłosiernie. Na dodatek stała nad nią dwójka uzbrojonych ludzi...No dobra, kobieta nie prezentowała się tak strasznie, pewnie przez ten wzrost. Mężczyzna natomiast choć zdecydowanie od niej wyższy nie wydawał się wielkim wyzwaniem, jeśli chodzi o szybką ucieczkę. A przynajmniej na oko. Cholera jedna wie co to za jedni.
Dziewczyna stęknęła po raz ostatni i podniosła się do pozycji siedzącej.
- Dobra, macie mnie - powiedziała. - Komu pluszowego królika za złapanie dzikiej rakszasa?
- Co proszę? - palnęła zbita z tropu kobieta w czerni.
Hood przekiwała się na plecy i z tej pozycji stanęła na nogi jednym skokiem. Jej plecy natychmiast zaprotestowały, jednak zignorowała je. Otrzepała się ze śniegu po czym stanęła wyprostowana z szerokim uśmiechem. Bezceremonialnie chwyciła rękę nieznajomej i potrząsnęła nią porządnie.
- Gratuluję, proszę pani - rzekła. - Mało komu udaje się mnie przyłapać. A w ogóle to prawie oberwałam pani laską w czoło już na szlaku. Niezły cel jak na człowieka...
- A można wiedzieć kim ty właściwie jesteś? - wtrącił się mężczyzna.
- Amita jestem - przedstawiła się rakszasa, po czym ukłoniła nisko i wyjątkowo teatralnie. - Do usług...Ale zależy jakich - uśmiechnęła się drapieżnie, prezentując zaostrzone kły.
Dwoje obcych mimo woli cofnęło się o pół kroku. Ami bardzo to zachowanie odpowiadało.
- Nie gryzę, spokojnie - rzuciła złośliwie, nie mogąc się powstrzymać.
- Ale ludzi na szlakach napadasz - odparła kąśliwie starsza dziewczyna.
- Ja? NAPADAM? - Hood wciągnęła głośno powietrze i przyłożyła dłoń do piersi. - Niemożliwe! Przecie ja taka drobna, nieszkodliwa...
- Dobra, dosyć - brodaty miał chyba dość gry aktorskiej na jeden dzień. - Czym ty jesteś i po co nas atakujesz?
- Hola, panie! Tego nie można chyba nazwać a t a k i e m. Nawet nie wyciągnęłam broni! Czyli...w gruncie rzeczy to WY zaatakowaliście MNIE! - dziewczyna mocno zaakcentowała ostatnie stwierdzenie, starając się zrobić obecnym wodę z mózgu. - Bezpodstawnie zarzucacie mi atak, a nawet się, do kroćset, nie przedstawiliście! WSTYD! Wstyd i hańba, powiadam! Czy w tych czasach wszyscy już zapomnieli o najzwyklejszych zasadach savoir vivre?! - wydarła się patrząc jakby błagalnie w niebo z uniesionymi rękoma.
Nieznajomi zaniemówili z niedowierzania. Ich miny były bezcenne i doprawdy warte tego całego przedstawienia. Rakszasa patrząc na dwoje podróżnych w końcu nie wytrzymała. Najpierw walczyła chwilę by się nie uśmiechnąć, ale w końcu poddała się i roześmiała tak, że musiała się chwycić skulona za brzuch. To jedynie wprowadziło obcych w jeszcze większe zakłopotanie.
- Żałujcie, że się w tej chwili nie widzicie! - wypaliła w końcu Amita, dysząc. - Najpierw tacy ,,Brr, nie zadzieraj ze mną!", a teraz ,,Co to za wariatka?". HAH! - dziewczyna ceremonialnie otarła łzę z oka. - Uwielbiam to...A tak w ogóle coście za jedni?
Ci popatrzeli po sobie zupełnie nic nie rozumiejąc, aż w końcu kobieta postanowiła przerwać ciszę:
- Jestem Vanessa, a to Lorkin. Teraz może zdradziłabyś po co nas straszysz?
- Ha! Czyli jednak spietraliście! - Ita uśmiechnęła się tryumfalnie. - A tak serio to nudziło mi się.
- ,,Nudziło ci się"? - powtórzył jak echo Lorkin.
- No tak. Siedzę sobie w lesie, nudzę się jak mops, a tu nagle jedzie jakaś karawana! Idiota nie skorzystałby z okazji wycięcia numeru ludziom samego lorda Knowhere!
- Doprawdy ubaw po pachy - mężczyźnie najwyraźniej do śmiechu nie było.
- Mówisz tak, bo ci tyłek w śniegu odmarzł, czy cię twój konik kopnął? - uśmiechnęła się złośliwie. - Tak, to też moja sprawka.
Vanessa zmrużyła oczy w namyśle, mierząc Hood wzrokiem.
- Driada? Rusałka? Nimfa? - wyrzuciła po kolei.
- Trzy razy pudło. Oj, z łuku byś dobrze nie strzelała - rakszasa założyła ręce na piersi dalej błyskając kłami w uśmiechu. - Zgaduj dalej, o ile macie czas. Wasz tabun chyba odjechał już spory kawałek drogi.
Podróżni nagle jakby oprzytomnieli i równo ruszyli do swoich wierzchowców.
- Hej, to tyle? - oburzyła się Amita, gdy ci wsiadali na konie. - Tak sobie po prostu pojedziecie?
- Nie widzę powodów byśmy musieli coś z tobą robić - odparowała krótko Vanessa.
- Naprawdę? Nie woleli byście mnie mieć na oku? - prowokowała ich dalej Ita.
- Po co? Jesteś tylko kolejnym nieszkodliwym gówniarzem - walnął prosto z mostu Lorkin.
- Wyzywasz mnie? - dziewczyna uśmiechnęła się zbójecko.
- Nie biję się z dzieciakami sięgającymi mi łokcia - odparł złośliwie mężczyzna.
- W takim razie jadę z wami.
Podróżni spojrzeli na nią równocześnie.
Lorkin? Vanessa? Krótko, ale przynajmniej się znamy ^^"
Dziewczyna stęknęła po raz ostatni i podniosła się do pozycji siedzącej.
- Dobra, macie mnie - powiedziała. - Komu pluszowego królika za złapanie dzikiej rakszasa?
- Co proszę? - palnęła zbita z tropu kobieta w czerni.
Hood przekiwała się na plecy i z tej pozycji stanęła na nogi jednym skokiem. Jej plecy natychmiast zaprotestowały, jednak zignorowała je. Otrzepała się ze śniegu po czym stanęła wyprostowana z szerokim uśmiechem. Bezceremonialnie chwyciła rękę nieznajomej i potrząsnęła nią porządnie.
- Gratuluję, proszę pani - rzekła. - Mało komu udaje się mnie przyłapać. A w ogóle to prawie oberwałam pani laską w czoło już na szlaku. Niezły cel jak na człowieka...
- A można wiedzieć kim ty właściwie jesteś? - wtrącił się mężczyzna.
- Amita jestem - przedstawiła się rakszasa, po czym ukłoniła nisko i wyjątkowo teatralnie. - Do usług...Ale zależy jakich - uśmiechnęła się drapieżnie, prezentując zaostrzone kły.
Dwoje obcych mimo woli cofnęło się o pół kroku. Ami bardzo to zachowanie odpowiadało.
- Nie gryzę, spokojnie - rzuciła złośliwie, nie mogąc się powstrzymać.
- Ale ludzi na szlakach napadasz - odparła kąśliwie starsza dziewczyna.
- Ja? NAPADAM? - Hood wciągnęła głośno powietrze i przyłożyła dłoń do piersi. - Niemożliwe! Przecie ja taka drobna, nieszkodliwa...
- Dobra, dosyć - brodaty miał chyba dość gry aktorskiej na jeden dzień. - Czym ty jesteś i po co nas atakujesz?
- Hola, panie! Tego nie można chyba nazwać a t a k i e m. Nawet nie wyciągnęłam broni! Czyli...w gruncie rzeczy to WY zaatakowaliście MNIE! - dziewczyna mocno zaakcentowała ostatnie stwierdzenie, starając się zrobić obecnym wodę z mózgu. - Bezpodstawnie zarzucacie mi atak, a nawet się, do kroćset, nie przedstawiliście! WSTYD! Wstyd i hańba, powiadam! Czy w tych czasach wszyscy już zapomnieli o najzwyklejszych zasadach savoir vivre?! - wydarła się patrząc jakby błagalnie w niebo z uniesionymi rękoma.
Nieznajomi zaniemówili z niedowierzania. Ich miny były bezcenne i doprawdy warte tego całego przedstawienia. Rakszasa patrząc na dwoje podróżnych w końcu nie wytrzymała. Najpierw walczyła chwilę by się nie uśmiechnąć, ale w końcu poddała się i roześmiała tak, że musiała się chwycić skulona za brzuch. To jedynie wprowadziło obcych w jeszcze większe zakłopotanie.
- Żałujcie, że się w tej chwili nie widzicie! - wypaliła w końcu Amita, dysząc. - Najpierw tacy ,,Brr, nie zadzieraj ze mną!", a teraz ,,Co to za wariatka?". HAH! - dziewczyna ceremonialnie otarła łzę z oka. - Uwielbiam to...A tak w ogóle coście za jedni?
Ci popatrzeli po sobie zupełnie nic nie rozumiejąc, aż w końcu kobieta postanowiła przerwać ciszę:
- Jestem Vanessa, a to Lorkin. Teraz może zdradziłabyś po co nas straszysz?
- Ha! Czyli jednak spietraliście! - Ita uśmiechnęła się tryumfalnie. - A tak serio to nudziło mi się.
- ,,Nudziło ci się"? - powtórzył jak echo Lorkin.
- No tak. Siedzę sobie w lesie, nudzę się jak mops, a tu nagle jedzie jakaś karawana! Idiota nie skorzystałby z okazji wycięcia numeru ludziom samego lorda Knowhere!
- Doprawdy ubaw po pachy - mężczyźnie najwyraźniej do śmiechu nie było.
- Mówisz tak, bo ci tyłek w śniegu odmarzł, czy cię twój konik kopnął? - uśmiechnęła się złośliwie. - Tak, to też moja sprawka.
Vanessa zmrużyła oczy w namyśle, mierząc Hood wzrokiem.
- Driada? Rusałka? Nimfa? - wyrzuciła po kolei.
- Trzy razy pudło. Oj, z łuku byś dobrze nie strzelała - rakszasa założyła ręce na piersi dalej błyskając kłami w uśmiechu. - Zgaduj dalej, o ile macie czas. Wasz tabun chyba odjechał już spory kawałek drogi.
Podróżni nagle jakby oprzytomnieli i równo ruszyli do swoich wierzchowców.
- Hej, to tyle? - oburzyła się Amita, gdy ci wsiadali na konie. - Tak sobie po prostu pojedziecie?
- Nie widzę powodów byśmy musieli coś z tobą robić - odparowała krótko Vanessa.
- Naprawdę? Nie woleli byście mnie mieć na oku? - prowokowała ich dalej Ita.
- Po co? Jesteś tylko kolejnym nieszkodliwym gówniarzem - walnął prosto z mostu Lorkin.
- Wyzywasz mnie? - dziewczyna uśmiechnęła się zbójecko.
- Nie biję się z dzieciakami sięgającymi mi łokcia - odparł złośliwie mężczyzna.
- W takim razie jadę z wami.
Podróżni spojrzeli na nią równocześnie.
Lorkin? Vanessa? Krótko, ale przynajmniej się znamy ^^"
czwartek, 28 stycznia 2016
W mdłym kwiatku, ziółku jednym i tym samem ma nieraz miejsce jad wespół z balsamem, co zmysły razi i to, co im sprzyja, bo jego zapach rzeźwi, a smak zabija
Imię: Amita (Można to zdrabniać ile dusza zapragnie. Głównie dlatego, że poza Ami lub Ita nic ciekawszego do głowy nie przychodzi)
Nazwisko: Nadała sobie własne - Ishwari. Prawdziwego chyba nie miała. Mieszkała długo w domu dziecka...i chyba nieźle dawała w dupę, skoro nikt jej nie chciał adoptować.
Przydomek: Poza niezbyt godnymi młodej damy wulgarnymi epitetami chyba się jeszcze żadnego specjalnego przezwiska nie dorobiła. W szkółce dla sierot koledzy nazywali ją złośliwie Kapturkiem, ale sama Amita zdecydowała się na lepiej brzmiące ,,Hood"
Wiek: 16 lat
Płeć: Kobieta
Rasa: Rakszasa - nieliczny, pradawny lud zza oceanu. W ojczyźnie Ami (której w życiu nie widziała) przypisuje się im etykietkę sługów Yalunga, demona zniszczenia. Wiąże się ich także z wszelkimi odłamami czarnej magii. Postacie rakszasów pojawiają się w wielu religiach, choć pod innymi nazwami.
Rodzina: Chyba jej nie ma. Gdyby jakaś istniała, nie trafiłaby do sierocińca tysiące mil od swojego ojczystego kraju. No chyba, że nieodpowiedzialność odziedziczyła po rodzicach...to by sporo wyjaśniało.
Miłość: Ekhem! Cóż, jest tu kilka stanowczych czynników, które trzymają Amitę z dala od chłopaków i vice versa. Pierwsze: Amita jest...Amitą, to chyba może wiele wyjaśnić. Drugie: jej wiek - o ile jej rówieśniczki już się spieszą do zamążpójścia, Hood woli korzystać z młodości i wolności. Trzecie: zwykła straszyć zainteresowanych. Często robi to nawet specjalnie.
Aparycja: Amita wydaje się po prostu...mała. Nie tyle, że niska, co po prostu drobnej budowy, przez co na pierwszy rzut oka wszyscy ją biorą za dziecko (nie żeby jej to przeszkadzało). Nie da się jednak zauważyć, że posiada sylwetkę, którą można ująć słowem ,,atrakcyjna". Charakterystyczną cechą jest jej ubiór, a konkretnie błękitny kaptur od tuniki, który zdejmuje wyjątkowo rzadko. I to nie przez ,,anonimowość" czy coś w tym stylu. Po prostu go lubi i tyle, a poza tym dzięki temu ludzie w jej towarzystwie mogą się czuć niekomfortowo, co jej wyjątkowo odpowiada. Poza tym nosi zawsze ciasne bryczesy, wysokie sznurowane buty z miękką podeszwą, ową błękitną tunikę z kapturem, skórzany kaftan i nieznanego pochodzenia naszyjnik. Jest to najzwyklejsza łezka z wypolerowanego grafitu na długim rzemyku (Amita musi podwójnie owinąć go na szyi) z kilkunastoma drewnianymi paciorkami, malowanymi na biel, zieleń i czerń. Hood nie zna jego pochodzenia, podobno znaleziono ją z nim już przed żłobkiem. Na czole dziewczyny widnieje osobliwe znamię: błękitna gwiazda z trzema kropkami (dwie pomiędzy górnymi ramionami, jedna między dolną parą). Nie jest to tatuaż, tylko znak jej pochodzenia - wszyscy przedstawiciele rakszasa noszą podobne symbole. Ma duże, jasne, szarawo zielone oczy, które podkreśla mocnymi cieniami. Makijaż raczej nie ma na celu ładnie wyglądać, a raczej - we współpracy z kapturem - budzić w rozmówcy niepokój. Trudno rozmawia się z kimś, kogo twarz przez ciemne cienie do powiek niemal zlewa się z cieniem kaptura. Ma ciemnobrązowe włosy sięgające ramion, które zawsze zaplata w krótki, nieprzeszkadzający jej warkocz. Mimo tego wiele kudłów z niego wyłazi, przez co Amita wydaje się (mimo starań) nieuczesana. O ile Hood do tej pory wydaje się w miarę ludzka, sytuacja się zmienia, gdy ta się uśmiechnie (a bardzo lubi to robić). Kły dziewczyny są nieco dłuższe i ostrzejsze niż u zwykłego człowieka. Nie przywodzi to na myśl wampira...raczej wilka, czy dzikiego kota.
Zainteresowania: Ami stanowczą większość czasu spędza poza ,,terenami zabudowanymi". Nienawidzi nudy i ma tysiące sposobów by jej zaradzić. Zajmuje ją chociażby liczenie gwiazd, gapienie się w chmury czy choćby sama przebieżka. Lubi strzelać do celów z łuku...Bywa, że ruchomych i wrzeszczących. Ćwiczy przy tym swoje zdolności strzeleckie, a i zabawy przy tym może być sporo. A propos ruchomych celów, Hood UWIELBIA straszyć ludzi. Zwłaszcza po zmroku. Tu ma cały arsenał coraz ciekawszych pomysłów. Czasami najzwyklej w życiu poszczuje kogoś dzikimi zwierzętami, zetnie włos z głowy strzałą, albo będzie łazić za biedaczyskiem nucąc kołysanki w jej ojczystym języku (brzmiącym niczym szept demona). Niektórzy mówią, że ma bardzo ładny śmiech...spróbuj no nie dostać zawału gdy usłyszysz go nad uchem w środku lasu po północy. Ogólnie lubi śpiewać i nie wstydzi się to robić przy ludziach (całe szczęście rzeczywiście ma całkiem ładny głos). Wiersze i rymowanki też zna, ale specjalistką od literatury pięknej nie jest.
Charakter: Dziewczyna jest przede wszystkim wyjątkowo optymistyczną osobą. Na jej twarzy wiecznie widnieje uśmiech. Amita sama w sobie po prostu lubi szczerzyć ząbki (strasząc przy tym wszystkich swoim nieludzkim uzębieniem). Śmieje się aż drżą ściany, śpiewa, porusza się sprężystym, swobodnym krokiem. Gdy już jednak przestaje się uśmiechać...cóż, na pewno nie przez smutek. Zasmucenie jej jest chyba niemożliwe. Rozwścieczenie - jak najbardziej. Hood ma cierpliwość tylko do łuku i zwierząt, w przypadku wszystkiego innego szybko ją traci. Uważaj więc, by jej do siebie szybko nie zrazić. A gdy już do tego dojdzie dziewczyna nie spocznie póki ci nie uprzykrzy życia. Lubi się mścić, w ten czy inny sposób. Nigdy jednak nie zabiłaby w tym celu. Umie się pohamować przed bezsensownym mordem. Pod tym względem jest jak zwierzę: zabija z potrzeby, a nie z chęci. Mści się poprzez docinki i dowcipy. Osobom, których nie lubi wykręca numery znacznie częściej niż tym, które potrafi tolerować. Kocha zwierzęta - im dziksze, większe i bardziej zębate, tym lepiej. Bez wahania przytula się do węży mówiąc im, jakie są piękne. Gdyby nie jej zdolności, prawdopodobnie dawno temu padłaby trupem w paszczy niedźwiedzia. Szczerze nienawidzi ludzi znęcających się nad zwierzętami. Często spotkanego na drodze przypadkowego jeźdźca ocenia po stanie jego konia. Nie brzydzą ją jednak polowania. Taki jest porządek świata i nie wolno go zakłócać. Co innego, gdy ktoś poluje w sposób nieczysty, na przykład poprzez sidła. Dziewczyna wydaje się czasem brzmieć jak jakiś mistyk. Zdarza jej się mówić rzeczy, które zwykłemu człowiekowi wydają się pozbawione sensu, chociażby ocenianie ile istnień zginęło tej nocy po barwie wschodzącego słońca. Przypomina to atak jakiejś choroby: dziewczyna urywa w połowie zdania, nagle poważnieje (co w przypadku Amity jest niezwykle rzadkie), skupia wzrok na nieokreślonym punkcie przed nią i mówi owe niezrozumiałe rzeczy, czasem nawet w obcym języku. Po czym nagle jakby się otrząsa i wraca do przerwanego tematu jakby nigdy nic. Sama Hood wyjaśnia sobie, że to przez jej pochodzenie. W ogóle ma małego hopla na punkcie swoich korzeni. Zbiera wszelkie informacje na temat ludu rakszasa starając się uporządkować w jedno własną historię. Amita mimo swojej wredoty może być dobrą, oddaną przyjaciółką. (Bo jak tu takich postaci nie lubić? ^^)
Song Theme: Wild And Free - Harlin James & Paul Lewis
Miasto rodzinne: Pochodzi z kraju za oceanem. Ale nie wie którego i gdzie dokładnie leży. Wychowała się w sierocińcu w Dinalis.
Klan: Borsuki z Cleveland
Pozycja: Nowicjusz
Punkty pojedynku: 10
Profesja: Łucznik, Mag
Broń: Łuk (ma charakterystyczne błękitne brzechwy na strzałach), sztylet (jeśli dojdzie do walki wręcz), można też uznać, że wszystko co naturalne jest po jej stronie.
Umiejętności: Jest przede wszystkim świetną łuczniczką. Można powiedzieć, że żadna strzała z jej kołczanu się nie marnuje. Umie wytwarzać różnego rodzaju bomby dymne, a nawet ogłuszające. Jest to jeden z jej pilnie strzeżonych sekretów, który odkryła poszukując informacji o swojej rasie. Z nikim się ową recepturą nie podzieliła i nie zamierza tego robić. Co do umiejętności magicznych, Amita potrafi zapanować nad każdym naturalnym zwierzęciem i wykorzystać je do swoich celów. Nie potrafi jednak panować nad potworami, których natury nie umie zrozumieć, więc musi pozostać przy pumach, orłach, wilkach i niedźwiedziach. No, czasem wróblach (jeśli przeżyłeś atak wściekłego roju wróbli to wiesz, że nie ma się tutaj z czego śmiać). Jednak ulubioną umiejętnością Hood zdecydowanie jest stawanie się niewidzialnym. Dziewczyna potrafi dosłownie zniknąć na nawet piętnaście minut. Niestety razem z nią znikają rzeczy, które trzyma, więc straszenie przechodniów lewitującymi meblami odpada.
Towarzysz: Gdyby mogła zaadoptowałaby każde żywe stworzonko.
Wierzchowiec: To samo co w przypadku towarzyszy. Wszystkie są takie kochane, że albo przygarnęłaby każdego konia w Cleveland, albo żadnego. Zdecydowanie bardziej praktyczna jest ta druga opcja.
Nick na howrse: RedRidingHood
Nazwisko: Nadała sobie własne - Ishwari. Prawdziwego chyba nie miała. Mieszkała długo w domu dziecka...i chyba nieźle dawała w dupę, skoro nikt jej nie chciał adoptować.
Przydomek: Poza niezbyt godnymi młodej damy wulgarnymi epitetami chyba się jeszcze żadnego specjalnego przezwiska nie dorobiła. W szkółce dla sierot koledzy nazywali ją złośliwie Kapturkiem, ale sama Amita zdecydowała się na lepiej brzmiące ,,Hood"
Wiek: 16 lat
Płeć: Kobieta
Rasa: Rakszasa - nieliczny, pradawny lud zza oceanu. W ojczyźnie Ami (której w życiu nie widziała) przypisuje się im etykietkę sługów Yalunga, demona zniszczenia. Wiąże się ich także z wszelkimi odłamami czarnej magii. Postacie rakszasów pojawiają się w wielu religiach, choć pod innymi nazwami.
Rodzina: Chyba jej nie ma. Gdyby jakaś istniała, nie trafiłaby do sierocińca tysiące mil od swojego ojczystego kraju. No chyba, że nieodpowiedzialność odziedziczyła po rodzicach...to by sporo wyjaśniało.
Miłość: Ekhem! Cóż, jest tu kilka stanowczych czynników, które trzymają Amitę z dala od chłopaków i vice versa. Pierwsze: Amita jest...Amitą, to chyba może wiele wyjaśnić. Drugie: jej wiek - o ile jej rówieśniczki już się spieszą do zamążpójścia, Hood woli korzystać z młodości i wolności. Trzecie: zwykła straszyć zainteresowanych. Często robi to nawet specjalnie.
Aparycja: Amita wydaje się po prostu...mała. Nie tyle, że niska, co po prostu drobnej budowy, przez co na pierwszy rzut oka wszyscy ją biorą za dziecko (nie żeby jej to przeszkadzało). Nie da się jednak zauważyć, że posiada sylwetkę, którą można ująć słowem ,,atrakcyjna". Charakterystyczną cechą jest jej ubiór, a konkretnie błękitny kaptur od tuniki, który zdejmuje wyjątkowo rzadko. I to nie przez ,,anonimowość" czy coś w tym stylu. Po prostu go lubi i tyle, a poza tym dzięki temu ludzie w jej towarzystwie mogą się czuć niekomfortowo, co jej wyjątkowo odpowiada. Poza tym nosi zawsze ciasne bryczesy, wysokie sznurowane buty z miękką podeszwą, ową błękitną tunikę z kapturem, skórzany kaftan i nieznanego pochodzenia naszyjnik. Jest to najzwyklejsza łezka z wypolerowanego grafitu na długim rzemyku (Amita musi podwójnie owinąć go na szyi) z kilkunastoma drewnianymi paciorkami, malowanymi na biel, zieleń i czerń. Hood nie zna jego pochodzenia, podobno znaleziono ją z nim już przed żłobkiem. Na czole dziewczyny widnieje osobliwe znamię: błękitna gwiazda z trzema kropkami (dwie pomiędzy górnymi ramionami, jedna między dolną parą). Nie jest to tatuaż, tylko znak jej pochodzenia - wszyscy przedstawiciele rakszasa noszą podobne symbole. Ma duże, jasne, szarawo zielone oczy, które podkreśla mocnymi cieniami. Makijaż raczej nie ma na celu ładnie wyglądać, a raczej - we współpracy z kapturem - budzić w rozmówcy niepokój. Trudno rozmawia się z kimś, kogo twarz przez ciemne cienie do powiek niemal zlewa się z cieniem kaptura. Ma ciemnobrązowe włosy sięgające ramion, które zawsze zaplata w krótki, nieprzeszkadzający jej warkocz. Mimo tego wiele kudłów z niego wyłazi, przez co Amita wydaje się (mimo starań) nieuczesana. O ile Hood do tej pory wydaje się w miarę ludzka, sytuacja się zmienia, gdy ta się uśmiechnie (a bardzo lubi to robić). Kły dziewczyny są nieco dłuższe i ostrzejsze niż u zwykłego człowieka. Nie przywodzi to na myśl wampira...raczej wilka, czy dzikiego kota.
Zainteresowania: Ami stanowczą większość czasu spędza poza ,,terenami zabudowanymi". Nienawidzi nudy i ma tysiące sposobów by jej zaradzić. Zajmuje ją chociażby liczenie gwiazd, gapienie się w chmury czy choćby sama przebieżka. Lubi strzelać do celów z łuku...Bywa, że ruchomych i wrzeszczących. Ćwiczy przy tym swoje zdolności strzeleckie, a i zabawy przy tym może być sporo. A propos ruchomych celów, Hood UWIELBIA straszyć ludzi. Zwłaszcza po zmroku. Tu ma cały arsenał coraz ciekawszych pomysłów. Czasami najzwyklej w życiu poszczuje kogoś dzikimi zwierzętami, zetnie włos z głowy strzałą, albo będzie łazić za biedaczyskiem nucąc kołysanki w jej ojczystym języku (brzmiącym niczym szept demona). Niektórzy mówią, że ma bardzo ładny śmiech...spróbuj no nie dostać zawału gdy usłyszysz go nad uchem w środku lasu po północy. Ogólnie lubi śpiewać i nie wstydzi się to robić przy ludziach (całe szczęście rzeczywiście ma całkiem ładny głos). Wiersze i rymowanki też zna, ale specjalistką od literatury pięknej nie jest.
Charakter: Dziewczyna jest przede wszystkim wyjątkowo optymistyczną osobą. Na jej twarzy wiecznie widnieje uśmiech. Amita sama w sobie po prostu lubi szczerzyć ząbki (strasząc przy tym wszystkich swoim nieludzkim uzębieniem). Śmieje się aż drżą ściany, śpiewa, porusza się sprężystym, swobodnym krokiem. Gdy już jednak przestaje się uśmiechać...cóż, na pewno nie przez smutek. Zasmucenie jej jest chyba niemożliwe. Rozwścieczenie - jak najbardziej. Hood ma cierpliwość tylko do łuku i zwierząt, w przypadku wszystkiego innego szybko ją traci. Uważaj więc, by jej do siebie szybko nie zrazić. A gdy już do tego dojdzie dziewczyna nie spocznie póki ci nie uprzykrzy życia. Lubi się mścić, w ten czy inny sposób. Nigdy jednak nie zabiłaby w tym celu. Umie się pohamować przed bezsensownym mordem. Pod tym względem jest jak zwierzę: zabija z potrzeby, a nie z chęci. Mści się poprzez docinki i dowcipy. Osobom, których nie lubi wykręca numery znacznie częściej niż tym, które potrafi tolerować. Kocha zwierzęta - im dziksze, większe i bardziej zębate, tym lepiej. Bez wahania przytula się do węży mówiąc im, jakie są piękne. Gdyby nie jej zdolności, prawdopodobnie dawno temu padłaby trupem w paszczy niedźwiedzia. Szczerze nienawidzi ludzi znęcających się nad zwierzętami. Często spotkanego na drodze przypadkowego jeźdźca ocenia po stanie jego konia. Nie brzydzą ją jednak polowania. Taki jest porządek świata i nie wolno go zakłócać. Co innego, gdy ktoś poluje w sposób nieczysty, na przykład poprzez sidła. Dziewczyna wydaje się czasem brzmieć jak jakiś mistyk. Zdarza jej się mówić rzeczy, które zwykłemu człowiekowi wydają się pozbawione sensu, chociażby ocenianie ile istnień zginęło tej nocy po barwie wschodzącego słońca. Przypomina to atak jakiejś choroby: dziewczyna urywa w połowie zdania, nagle poważnieje (co w przypadku Amity jest niezwykle rzadkie), skupia wzrok na nieokreślonym punkcie przed nią i mówi owe niezrozumiałe rzeczy, czasem nawet w obcym języku. Po czym nagle jakby się otrząsa i wraca do przerwanego tematu jakby nigdy nic. Sama Hood wyjaśnia sobie, że to przez jej pochodzenie. W ogóle ma małego hopla na punkcie swoich korzeni. Zbiera wszelkie informacje na temat ludu rakszasa starając się uporządkować w jedno własną historię. Amita mimo swojej wredoty może być dobrą, oddaną przyjaciółką. (Bo jak tu takich postaci nie lubić? ^^)
Song Theme: Wild And Free - Harlin James & Paul Lewis
Miasto rodzinne: Pochodzi z kraju za oceanem. Ale nie wie którego i gdzie dokładnie leży. Wychowała się w sierocińcu w Dinalis.
Klan: Borsuki z Cleveland
Pozycja: Nowicjusz
Punkty pojedynku: 10
Profesja: Łucznik, Mag
Broń: Łuk (ma charakterystyczne błękitne brzechwy na strzałach), sztylet (jeśli dojdzie do walki wręcz), można też uznać, że wszystko co naturalne jest po jej stronie.
Umiejętności: Jest przede wszystkim świetną łuczniczką. Można powiedzieć, że żadna strzała z jej kołczanu się nie marnuje. Umie wytwarzać różnego rodzaju bomby dymne, a nawet ogłuszające. Jest to jeden z jej pilnie strzeżonych sekretów, który odkryła poszukując informacji o swojej rasie. Z nikim się ową recepturą nie podzieliła i nie zamierza tego robić. Co do umiejętności magicznych, Amita potrafi zapanować nad każdym naturalnym zwierzęciem i wykorzystać je do swoich celów. Nie potrafi jednak panować nad potworami, których natury nie umie zrozumieć, więc musi pozostać przy pumach, orłach, wilkach i niedźwiedziach. No, czasem wróblach (jeśli przeżyłeś atak wściekłego roju wróbli to wiesz, że nie ma się tutaj z czego śmiać). Jednak ulubioną umiejętnością Hood zdecydowanie jest stawanie się niewidzialnym. Dziewczyna potrafi dosłownie zniknąć na nawet piętnaście minut. Niestety razem z nią znikają rzeczy, które trzyma, więc straszenie przechodniów lewitującymi meblami odpada.
Towarzysz: Gdyby mogła zaadoptowałaby każde żywe stworzonko.
Wierzchowiec: To samo co w przypadku towarzyszy. Wszystkie są takie kochane, że albo przygarnęłaby każdego konia w Cleveland, albo żadnego. Zdecydowanie bardziej praktyczna jest ta druga opcja.
Nick na howrse: RedRidingHood
Subskrybuj:
Posty (Atom)
