Teo nigdy nie lubił wielkich przyjęć. Za dużo było na nich ludzi wyrażających się wyjątkowo głośno na wszelkie dostępne tematy, pomimo faktu, że nie posiadali na ich temat żadnej wiedzy. Jak już zdążył się niejeden raz przekonać, ,,puste dzbanki tłuką się najgłośniej". Jedyną ulgą mogło być tylko zniesienie tej męki na spółkę z kimś równie niezadowolonym z sytuacji. Matteo daleko szukać nie musiał - wystarczyło jedno spojrzenie w stronę Dante, by zauważyć, że liderce Orłów wcale nie podoba się spędzanie wieczoru w dusznej sali balowej. Niestety, za każdym razem, gdy próbował jakoś się przecisnąć w stronę jasnowłosej dziewczyny znajdowało się coś chcące jeszcze bardziej uprzykrzyć mu wieczór. Głównie była to arystokracja, porywająca bogu ducha winną Rubkat w różne strony. Aż w końcu, gdy chłopak miał się już uwolnić od wariatki w błękitnym kapturku i zaprosić Dan do tańca zanim znowu ktoś ją zaczepi...
Modlitwy Teo po raz pierwszy w życiu zostały wysłuchane: pojawiła się porządna wymówka, by opuścić przyjęcie. Szkoda, że nic takiego nie przytrafiło mu się podczas POPRZEDNICH zabaw na których nie miał ŻADNYCH planów. Parszywe szczęście niebieskookiego maga musiało zsyłać małe stadko niezniszczalnych potworów akurat wtedy, gdy po latach oślego uporu i uprzedzeń zdecydował się bawić jak cała reszta zamiast podpierać ściany jak jakiś odludek.
Cóż, potraktujmy to jako jasny znak, że nie powinien postępować zgodnie z resztą.
Przejdźmy jednak do chwili, w której wściekła Dan miała już kompletnie dosyć niszczenia jej wieczoru. Bestie się rozmnożyły, ogień zaczynał szaleć, a wszyscy wydawali się już być solidnie wyczerpani. Kolejne stworzone przez Forrestera magiczne pęta prysły, nie stanowiąc dla potwora problemu. Rubkat starała się ciąć jak najmniej szkodliwie, co jedynie zwiększało jej frustrację.
- I na cholerę mi ten miecz, jeśli nie mogę niczego nim zaje*ać?! - wrzasnęła wściekła Beatrice, w jednym zdaniu wyrażając myśl dzieloną chyba przez wszystkich pozostałych na sali.
- To nie ma sensu - zgodził się Teo, dysząc z wysiłku. - Musi być na te potwory sposób...
- Malinowy czereśniak! - zawołało coś nagle obok niego.
Spojrzał w bok zaskoczony. W całym chaosie zapomniał o istnieniu małego demona szczycącego się imieniem Amita. Dziewczyna, tak jak podczas przyjęcia, pojawiła się znikąd, znowu krzycząc do ucha chłopaka słowa nie mające żadnego sensu. Tym razem jednak usłyszeli ją wszyscy obok. Obejrzeli się z tym samym zaskoczonym wyrazem na twarzach. Roześmiana (wbrew sytuacji) Ishwari szybko się poprawiła:
- Miałam na myśli ogień! - rzuciła Beatrice nasiąkniętą czymś szmatę.
Kobieta obejrzała się wgłąb sali, w stronę głównego wejścia. Faktycznie, kilka potworów już zajęło się ogniem, a trzy leżały już martwe. I nie wyglądało na to, by coś jeszcze miało z nich wyleźć. Beatrice uśmiechnęła się diabolicznie i owinęła miecz szmatą, umoczoną najpewniej w oliwie.
- DAN! - zawołała do unikającej ataków potwora liderki Orłów.
Dziewczyna prześlizgnęła się pod brzuchem potwora, zyskując kilka sekund na złapanie rzuconego jej mokrego strzępu z jakiejś firany. Nie pytała po co, po prostu zawinęła w niego ostrze miecza. Zanim Teo zdążył zapytać skąd wezmą ogień, broń zajęła się nim samoistnie. Obejrzał się wokół, z zaskoczeniem dostrzegając, że sytuacja powtórzyła się w przypadku każdego oręża pokrytego łatwopalnym materiałem. Płomienie wydawały się nie niszczyć metalu ani parzyć ich właścicieli, co wskazywało na ingerencję potężniejszego maga.
- Teo, miałabym prośbę! - zawołała Dante, w ostatniej chwili uchylając się pod pazurzastą łapą. - Mógłbyś tego gnoja unieruchomić?!
Matteo skinął głową i wyciągnął ręce w stronę bestii. Ostatni wysiłek, powtórzył sobie w myślach próbując zebrać choć trochę skupienia. Wtedy łapy stwora owinęły błękitne łańcuchy, przykuwając je do ziemi. Potwór stracił równowagę przez szarpnięcie, gdy gwałtownie uniósł przednią łapę. Upadł paskudnym pyskiem na posadzkę, a dziewczyny nie tracąc ani chwili cięły z dwóch stron w ustawioną jak pod katowski topór szyję. Łeb nie odpadł całkowicie - ciało, jakby nadal żywe, zdążyło się jeszcze podnieść na chwiejne łapy, ciągnąc za sobą głowę wiszącą ohydnie na kilku ścięgnach. Dopiero potem cielsko upadło, pozostając już w ostatecznym bezruchu.
Zapach przypalonego mięsa wkrótce wisiał już w powietrzu w całej sali. Mdlący odór zaczynał już przyprawiać o zawrót głowy. Gdy było już po wszystkim, zapadła nagła cisza. Ostatni kwik potwora ktoś urwał zamaszystym cięciem. A potem pozostały jedynie dźwięki skwierczącej skóry.
Matteo rozejrzał się po pobojowisku, opierając o ścianę między całymi oknami. Wszyscy chyba nie czuli się na siłach, by opuszczać salę. Tak jak stali, siadali na podłodze, pod ścianami i kolumnadą. Niektórzy, jak szatynka z papugą i piratka, nawet kładli się całkowicie na kafelkach, gapiąc bezmyślnie w sufit. Nikt nie miał ochoty wyjść na zewnątrz by dać znać, że jeszcze żyje. Przecież wtedy znowu będzie się od nich czegoś wymagać. Ludzie zaczną pytać i nie przestaną, chociaż żaden z uczestników walki nie znał konkretnych odpowiedzi. Teraz zasłużyli na chwilę wytchnienia. Potem mogą wrócić do żywych.
Dante, w obszarpanej sukni i wyjątkowo podłym nastroju, osunęła się po ścianie obok Teo i klapnęła na podłogę. Kilka razy lekko uderzyła potylicą w cegły, próbując jak pozostali zebrać się do kupy.
- Wisisz mi ten taniec - mruknęła do Borsuka tonem, jakby całe to zamieszanie z potworami było jego winą.
Chłopak parsknął śmiechem.
- Cokolwiek sobie pani zażyczy - odpowiedział z westchnieniem.
Dante? Krótko, ale chyba trzeba kończyć to przyjęcie :P
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matteo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matteo. Pokaż wszystkie posty
środa, 15 lutego 2017
środa, 30 marca 2016
Od Matteo (CD Dante)
Teo natychmiast odrzucił kota na ziemię. Nie miał zamiaru robić tego tak gwałtownie, ale...jakby to ująć? Dawno nie miał kontaktu z gadającymi zwierzętami. Fireheart fuknął zasyczał oburzony, kładąc uszy po sobie. Zaciekawiona hałasem Dante obejrzała się i w ostatniej chwili powstrzymała od parsknięcia śmiechem.
- Pierwszy raz widzisz gadającego kota? - zapytała z lekką dozą złośliwości.
- Z pewnością jest to pierwszy kot, który każe mi coś zrobić - chłopak dalej nie odrywał wzroku od rudego kocura.
Mówiłem ,,odstaw", nie ,,RZUĆ" - boczył się zwierzak. - Ludzie są tacy niekompetentni.
Nazwanie przez kota ,,niekompetentnym". To dopiero było dla Mattea nowością. Westchnął tylko i zwrócił się z powrotem do liderki Orłów:
- Daleko jeszcze do Ikramu?
- Góra trzy godziny drogi - oceniła szybko dziewczyna i rzuciła magowi bułkę. - Szybko to zleciało.
Posłane jej niemal mordercze spojrzenie dosadnie tłumaczyło jak bardzo Teo się z tym stwierdzeniem nie zgadzał.
- Na święcie pojawią się inni liderzy? - zagaił, chcąc przerwać niezręczną ciszę.
- Raczej tak - odparła Dan. - Pewnie będą robić za obstawę. Ikramowi nie grozi żadna wojna, nikt też nie ma powodu by napadać na zamek podczas balu, ale przezorny jest zawsze ubezpieczony.
- Znasz ich?
- Jak do tej pory z żadnym się nie widziałam. Tylko słyszałam. W Knowhere również wybrano kobietę, podobno młodą i dość...drobną.
- Jakiś powód musieli mieć - zgadywał Matteo.
- Jakiś na pewno - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Lwami kieruje krasnolud, Wilkami i Borsukami człowiek...
- To ostatnie akurat wiem - Teo uśmiechnął się lekko. - Bardzo mnie ciekawi jak Lorkin zamierza się wtopić w tłum gości. Krasnoludy go tolerują, ciekawe jak z elfami...
- Wiesz, w końcu to ,,Święto Tolerancji", nieprawdaż? - zauważyła wesoło Dante.
- Coś czuję, że dla wszystkich naszego pokroju będzie to jeden wielki test cierpliwości - parsknął śmiechem Forrester. - Teraz dopiero się przekonamy jak wszyscy jesteśmy ,,tolerancyjni".
Gdy minęli bramy Ikramu, Teo nagle zrobiło się duszno. Nie miał lęku przed tłumami, wyzbył się go już dawno temu. Problem polegał na tym, że całkiem sporo czasu spędzał ostatnio na otwartej przestrzeni i nagłe wepchnięcie do zatłoczonego miasta było dość nieprzyjemnym szokiem. Zerkną kątem oka na liderkę Orłów. Najwyraźniej nie był w tym uczuciu osamotniony - mimo, iż Rubkat bywała w tym mieście wyjątkowo często również nie najlepiej odbierała taki tłok.
- Widzę, że takie imprezy ściągają tłumy - rzucił Matteo.
- Oj, żebyś się nie zdziwił - odpowiedziała równocześnie z wydechem Dante. - Grunt to dotrzeć do siedziby...
Siedziba wydawała się jednak oddalać od naszych bohaterów z każdym wywalczonym w tłumie metrem. Zanim wjechali do miasta, Dan zapewniała, że to jakieś 15 minut spacerem. Gdy zaczęli się przedzierać przez ludzką masę zaokrągliła to do 30 minut. W końcu, po jakichś 45, rozsiodłali konie w stajni Orłów.
Dante? Wybacz czas i stan opa *^*
- Pierwszy raz widzisz gadającego kota? - zapytała z lekką dozą złośliwości.
- Z pewnością jest to pierwszy kot, który każe mi coś zrobić - chłopak dalej nie odrywał wzroku od rudego kocura.
Mówiłem ,,odstaw", nie ,,RZUĆ" - boczył się zwierzak. - Ludzie są tacy niekompetentni.
Nazwanie przez kota ,,niekompetentnym". To dopiero było dla Mattea nowością. Westchnął tylko i zwrócił się z powrotem do liderki Orłów:
- Daleko jeszcze do Ikramu?
- Góra trzy godziny drogi - oceniła szybko dziewczyna i rzuciła magowi bułkę. - Szybko to zleciało.
Posłane jej niemal mordercze spojrzenie dosadnie tłumaczyło jak bardzo Teo się z tym stwierdzeniem nie zgadzał.
- Na święcie pojawią się inni liderzy? - zagaił, chcąc przerwać niezręczną ciszę.
- Raczej tak - odparła Dan. - Pewnie będą robić za obstawę. Ikramowi nie grozi żadna wojna, nikt też nie ma powodu by napadać na zamek podczas balu, ale przezorny jest zawsze ubezpieczony.
- Znasz ich?
- Jak do tej pory z żadnym się nie widziałam. Tylko słyszałam. W Knowhere również wybrano kobietę, podobno młodą i dość...drobną.
- Jakiś powód musieli mieć - zgadywał Matteo.
- Jakiś na pewno - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Lwami kieruje krasnolud, Wilkami i Borsukami człowiek...
- To ostatnie akurat wiem - Teo uśmiechnął się lekko. - Bardzo mnie ciekawi jak Lorkin zamierza się wtopić w tłum gości. Krasnoludy go tolerują, ciekawe jak z elfami...
- Wiesz, w końcu to ,,Święto Tolerancji", nieprawdaż? - zauważyła wesoło Dante.
- Coś czuję, że dla wszystkich naszego pokroju będzie to jeden wielki test cierpliwości - parsknął śmiechem Forrester. - Teraz dopiero się przekonamy jak wszyscy jesteśmy ,,tolerancyjni".
Gdy minęli bramy Ikramu, Teo nagle zrobiło się duszno. Nie miał lęku przed tłumami, wyzbył się go już dawno temu. Problem polegał na tym, że całkiem sporo czasu spędzał ostatnio na otwartej przestrzeni i nagłe wepchnięcie do zatłoczonego miasta było dość nieprzyjemnym szokiem. Zerkną kątem oka na liderkę Orłów. Najwyraźniej nie był w tym uczuciu osamotniony - mimo, iż Rubkat bywała w tym mieście wyjątkowo często również nie najlepiej odbierała taki tłok.
- Widzę, że takie imprezy ściągają tłumy - rzucił Matteo.
- Oj, żebyś się nie zdziwił - odpowiedziała równocześnie z wydechem Dante. - Grunt to dotrzeć do siedziby...
Siedziba wydawała się jednak oddalać od naszych bohaterów z każdym wywalczonym w tłumie metrem. Zanim wjechali do miasta, Dan zapewniała, że to jakieś 15 minut spacerem. Gdy zaczęli się przedzierać przez ludzką masę zaokrągliła to do 30 minut. W końcu, po jakichś 45, rozsiodłali konie w stajni Orłów.
Dante? Wybacz czas i stan opa *^*
niedziela, 27 grudnia 2015
Od Mattea (CD Dante) - Podejrzane ziółka
Teo namyślił się krótko. W sumie co mu szkodzi? W Cleveland jak widać żaden z Borsuków nie był póki co potrzebny. Nawet lider, Lorkin, wolał udać się do Knowhere niż siedzieć w stolicy. Swoją drogą, ciekawe co tam robi?
- Nie głupi pomysł - odpowiedział. - Dawno nie odwiedzałem Ikramu, a na tym całym balu może być pełno ciekawych ludzi.
- Na przykład? - rzuciła Dante bez motywacji. Widać nie przepadała za uroczystościami tego rodzaju.
- Liderzy innych klanów, chociażby. Oraz pozostali naszego pokroju: Lwy, Słowiki, Wilki... - wyliczył mężczyzna. - A w ogóle, to jest w twoim klanie ktoś jeszcze?
- Tylko jedna kurierka, Chowlie - odparła dziewczyna. - Ale na balu może być kilku kandydatów. Po raz pierwszy wszyscy liderzy będą w jednym miejscu.
Matteo ogrzał ręce nad ogniskiem. Ikram był dość ciepłym krajem, jednak noce przypominały, że na południu i zachodzie rozpoczęła się zima.
Wyjechali z rana, gdy tylko zrobiło się ku temu odpowiednio jasno. Jakimś cudem pogryziony ogier Mattea odzyskał nieco wigoru i był w stanie nawet kłusować. Dalej jednak nie chciał iść przed lub obok kelpii liderki Orłów, mimo iż ta jakby zupełnie straciła zainteresowanie rumakiem. Teo trzymał więc konia w ,,bezpiecznej odległości" za Skatą. A mówiąc ,,bezpieczna odległość" mam na myśli tą, w której ogier nie odmawiał współpracy ani nie próbował się wyrywać w obawie przed mięsożerną klaczą.
Jechali więc kłusem po już bardziej zalesionych szlakach. Dante przyspieszone tempo chyba poprawiło humor. Jej rudy kocur siedział za nią na zadzie Skaty, obserwując Mattea i jego ,,nieustraszonego" rumaka. Nagle drogę przecięła im rzeka. Rubkat ściągnęła wodze. Ścieżka jakby zlewała się w jedno z szeroką, wartką rzeką. Woda sięgała najwyżej kostki, jednak kamieniste dno nie wyglądało zbyt zachęcająco. Dziewczyna zeskoczyła z siodła i stojąc jedną nogą na suchej ziemi, drugą nadepnęła na kamienisty grunt. Tak jak się spodziewała, kamienie osunęły się zdradliwie.
- Chyba dalej musimy przejść pieszo - zauważył Teo zsiadając.
Dante posłała mu wymowne spojrzenie ,,No co ty nie powiesz?" i chwyciła wodze kelpie. Fireheart zasyczał, zjeżył grzbiet i skulił się jeszcze ciaśniej na grzbiecie konia, nie chcąc spaść. Matteo ruszył za liderką Orłów prowadząc swojego wierzchowca.
Rzeczywiście przeprawa konno mogła się źle skończyć. O ile człowiek był w stanie bez problemu ruszyć dalej, konie miały pewne trudności z poruszaniem się po kamienistym podłożu. Kopyta ślizgały im się na kamieniach, czasem niemal utykały między nimi, co groziło złamaniem kończyny. A wiadomo, że bez szybkiej pomocy koń ze złamaną nogą nie będzie się nadawać do niczego. Wędrowcowi pozostawało albo go po prostu opuścić na pastwę dzikich zwierząt, albo skrócić mu męki. Matteowi przypomniały się stajnie jego ojca. Miał bzika na punkcie koni, czym szybko zaraził Ashweathera, swojego starszego syna. Ash w życiu nie porzuciłby żadnego konia, ale równocześnie nie byłby w stanie samodzielnie któregokolwiek zabić. Teo też czuł do tych czworonogów pewną sympatię, jednak nie tak wielką jak do ptaków. Perspektywa zostawienia wierzchowca, nawet pogryzionego i upartego jak muł, nie była niczym przyjemnym.
Byli w połowie długości rzecznej części szlaku, gdy nagle coś zaszeleściło po ich lewej. Dante zatrzymała się i uniosła rękę dając znak, by Matteo zrobił tak samo. Przez chwilę nasłuchiwali w skupieniu, aż nagle z lasu między nich wypadł jakiś potwór. Był to krenshar, choć zdecydowanie mniejszy. Prawdopodobnie jeszcze młody. Zielone oczy błysnęły drapieżnie i pozbawiona skóry paszcza rozwarła się w cmentarnym skowycie. Koń Mattea szarpnął się przerażony i wyrwał. Krenshar skoczył do przodu. Teo cofnął się w ostatniej chwili - pazurzasta łapa zdążyła zostawić na jego przedramieniu trzy płytkie szramy. Niezadowolony potwór warknął, ale zanim skoczył chłopak trafił w niego magicznym impulsem. Odleciał do tyłu zataczając się w płytkiej rzece. Wtedy do walki nagle wtrąciła się Skata. Rżąc piskliwie stanęła na zadnich nogach i zaczęła wierzgać przednimi, zmuszając krenshara do cofnięcia się. Stwór skupiając na niej całą uwagę nie zauważył błysku miecza. I zanim zrobił cokolwiek Dante cięła od dołu pozbawiając młodego potwora głowy.
- Musimy stąd iść i to szybko - rzuciła.
- Zgadzam się, ale chyba lepiej będzie jeśli nieco nadłożymy drogi - Matteo złapał w ostatniej chwili lejce swojego wierzchowca. - Krenshary nie polują samotnie, zwłaszcza młode. Jeśli pójdziemy dalej rzeką wpadniemy w zasadzkę.
Dan niechętnie się zgodziła i weszli w las po ich prawej. Gdy oddalili się nieco od rzeki ruszyli równolegle z jej biegiem. Dalej nie mogli dosiąść koni, bo drzewa rosły tu zbyt gęsto. W końcu udało im się przeciąć szlak, którym kierowali się wcześniej. Zanim jednak Teo zdążył dosiąść konia, liderka Orłów znienacka chwyciła go za zranioną rękę.
- O cholera - zaklęła. - Czemu nic nie mówisz?
- To tylko draśnięcie - uspokoił ją chłopak.
Dziewczyna najwyraźniej mu nie uwierzyła. Posadziła go siłą na przewróconym pniu i wygrzebała ze swoich juków podejrzanie wyglądający słoiczek. Usiadła obok, ale zanim zdążyła cokolwiek zrobić Matteo odsunął się.
- Ej, ej! - zaprotestował. - Co to jest?
- Zioła - odparła Dante.
- Ale jakie?
- Nie mam pojęcia. Dawaj rękę!
- Jak to ,,nie masz pojęcia"? - chłopak dalej się bronił.
- Nie jestem alchemikiem ani zielarką.
- To skąd masz pewność, że to nikomu nie zaszkodzi?
- Po prostu ją mam. Daj mi w końcu tą rękę! - dziewczyna przewróciła oczami i siłą przyciągnęła sobie zranione przedramię.
Dante? Tylko mi go nie otruj! *^*
- Nie głupi pomysł - odpowiedział. - Dawno nie odwiedzałem Ikramu, a na tym całym balu może być pełno ciekawych ludzi.
- Na przykład? - rzuciła Dante bez motywacji. Widać nie przepadała za uroczystościami tego rodzaju.
- Liderzy innych klanów, chociażby. Oraz pozostali naszego pokroju: Lwy, Słowiki, Wilki... - wyliczył mężczyzna. - A w ogóle, to jest w twoim klanie ktoś jeszcze?
- Tylko jedna kurierka, Chowlie - odparła dziewczyna. - Ale na balu może być kilku kandydatów. Po raz pierwszy wszyscy liderzy będą w jednym miejscu.
Matteo ogrzał ręce nad ogniskiem. Ikram był dość ciepłym krajem, jednak noce przypominały, że na południu i zachodzie rozpoczęła się zima.
* * *
Wyjechali z rana, gdy tylko zrobiło się ku temu odpowiednio jasno. Jakimś cudem pogryziony ogier Mattea odzyskał nieco wigoru i był w stanie nawet kłusować. Dalej jednak nie chciał iść przed lub obok kelpii liderki Orłów, mimo iż ta jakby zupełnie straciła zainteresowanie rumakiem. Teo trzymał więc konia w ,,bezpiecznej odległości" za Skatą. A mówiąc ,,bezpieczna odległość" mam na myśli tą, w której ogier nie odmawiał współpracy ani nie próbował się wyrywać w obawie przed mięsożerną klaczą.
Jechali więc kłusem po już bardziej zalesionych szlakach. Dante przyspieszone tempo chyba poprawiło humor. Jej rudy kocur siedział za nią na zadzie Skaty, obserwując Mattea i jego ,,nieustraszonego" rumaka. Nagle drogę przecięła im rzeka. Rubkat ściągnęła wodze. Ścieżka jakby zlewała się w jedno z szeroką, wartką rzeką. Woda sięgała najwyżej kostki, jednak kamieniste dno nie wyglądało zbyt zachęcająco. Dziewczyna zeskoczyła z siodła i stojąc jedną nogą na suchej ziemi, drugą nadepnęła na kamienisty grunt. Tak jak się spodziewała, kamienie osunęły się zdradliwie.
- Chyba dalej musimy przejść pieszo - zauważył Teo zsiadając.
Dante posłała mu wymowne spojrzenie ,,No co ty nie powiesz?" i chwyciła wodze kelpie. Fireheart zasyczał, zjeżył grzbiet i skulił się jeszcze ciaśniej na grzbiecie konia, nie chcąc spaść. Matteo ruszył za liderką Orłów prowadząc swojego wierzchowca.
Rzeczywiście przeprawa konno mogła się źle skończyć. O ile człowiek był w stanie bez problemu ruszyć dalej, konie miały pewne trudności z poruszaniem się po kamienistym podłożu. Kopyta ślizgały im się na kamieniach, czasem niemal utykały między nimi, co groziło złamaniem kończyny. A wiadomo, że bez szybkiej pomocy koń ze złamaną nogą nie będzie się nadawać do niczego. Wędrowcowi pozostawało albo go po prostu opuścić na pastwę dzikich zwierząt, albo skrócić mu męki. Matteowi przypomniały się stajnie jego ojca. Miał bzika na punkcie koni, czym szybko zaraził Ashweathera, swojego starszego syna. Ash w życiu nie porzuciłby żadnego konia, ale równocześnie nie byłby w stanie samodzielnie któregokolwiek zabić. Teo też czuł do tych czworonogów pewną sympatię, jednak nie tak wielką jak do ptaków. Perspektywa zostawienia wierzchowca, nawet pogryzionego i upartego jak muł, nie była niczym przyjemnym.
Byli w połowie długości rzecznej części szlaku, gdy nagle coś zaszeleściło po ich lewej. Dante zatrzymała się i uniosła rękę dając znak, by Matteo zrobił tak samo. Przez chwilę nasłuchiwali w skupieniu, aż nagle z lasu między nich wypadł jakiś potwór. Był to krenshar, choć zdecydowanie mniejszy. Prawdopodobnie jeszcze młody. Zielone oczy błysnęły drapieżnie i pozbawiona skóry paszcza rozwarła się w cmentarnym skowycie. Koń Mattea szarpnął się przerażony i wyrwał. Krenshar skoczył do przodu. Teo cofnął się w ostatniej chwili - pazurzasta łapa zdążyła zostawić na jego przedramieniu trzy płytkie szramy. Niezadowolony potwór warknął, ale zanim skoczył chłopak trafił w niego magicznym impulsem. Odleciał do tyłu zataczając się w płytkiej rzece. Wtedy do walki nagle wtrąciła się Skata. Rżąc piskliwie stanęła na zadnich nogach i zaczęła wierzgać przednimi, zmuszając krenshara do cofnięcia się. Stwór skupiając na niej całą uwagę nie zauważył błysku miecza. I zanim zrobił cokolwiek Dante cięła od dołu pozbawiając młodego potwora głowy.
- Musimy stąd iść i to szybko - rzuciła.
- Zgadzam się, ale chyba lepiej będzie jeśli nieco nadłożymy drogi - Matteo złapał w ostatniej chwili lejce swojego wierzchowca. - Krenshary nie polują samotnie, zwłaszcza młode. Jeśli pójdziemy dalej rzeką wpadniemy w zasadzkę.
Dan niechętnie się zgodziła i weszli w las po ich prawej. Gdy oddalili się nieco od rzeki ruszyli równolegle z jej biegiem. Dalej nie mogli dosiąść koni, bo drzewa rosły tu zbyt gęsto. W końcu udało im się przeciąć szlak, którym kierowali się wcześniej. Zanim jednak Teo zdążył dosiąść konia, liderka Orłów znienacka chwyciła go za zranioną rękę.
- O cholera - zaklęła. - Czemu nic nie mówisz?
- To tylko draśnięcie - uspokoił ją chłopak.
Dziewczyna najwyraźniej mu nie uwierzyła. Posadziła go siłą na przewróconym pniu i wygrzebała ze swoich juków podejrzanie wyglądający słoiczek. Usiadła obok, ale zanim zdążyła cokolwiek zrobić Matteo odsunął się.
- Ej, ej! - zaprotestował. - Co to jest?
- Zioła - odparła Dante.
- Ale jakie?
- Nie mam pojęcia. Dawaj rękę!
- Jak to ,,nie masz pojęcia"? - chłopak dalej się bronił.
- Nie jestem alchemikiem ani zielarką.
- To skąd masz pewność, że to nikomu nie zaszkodzi?
- Po prostu ją mam. Daj mi w końcu tą rękę! - dziewczyna przewróciła oczami i siłą przyciągnęła sobie zranione przedramię.
Dante? Tylko mi go nie otruj! *^*
sobota, 21 listopada 2015
Od Mattea (CD Dante) - Kelpie, kot i Orzeł
Jego rękę przeszył krótki ból.
Matteo zerwał się do pozycji siedzącej. Wokół palców jego dłoni migotała błękitna aura, gotowa uderzyć w napastnika fala mocy. Ale napastnika nie było. Natomiast na krześle obok siennika siedział jastrząb, Squirt, niewinnie przekrzywiając łebek. Teo półwarknął z dezaprobatą i padł jak długi z powrotem na siennik.
- Jeszcze pięć minut... - mruknął zasłaniając oczy przedramieniem.
Czasami żałował, że tak dobrze wytresował Squirta. Pełnił rolę osobistego strażnika Mattea, gdy ten spał lub był zbyt skupiony na pracy. Do pakietu dołączony był jeszcze budzik - codziennie, gdy niebieskooki zbyt długo spał, Squirt miał go budzić. W ten czy inny sposób. Najgorszy w tym wszystkim był fakt, że ptak nie znał słowa ,,nie".
Toteż ponownie dziabnął swojego pana w rękę. Teo syknął i spojrzał na niego karcąco. Odpowiedziało mu to samo niewinne spojrzenie: No co? Przecież kazałeś.
Chłopak westchnął i podniósł się. Gdy wyjrzał za okno stwierdził, że rzeczywiście pospał odrobinę za długo. Trzeba było nie zrywać nocy, pomyślał patrząc oskarżycielsko na wystający z plecaka podróżnego Bestiariusz Dal-Virii. Nie marudząc już więcej ubrał się, wypuścił Squirta na zewnątrz przez okno i zszedł na dół, do gospody, pozostawiając swój pokój w takim stanie, w jakim go zastał.
Pomieszczenie było niemal puste. Tylko kilku podróżnych jadło w spokoju śniadanie. Teo poszedł w ich ślady zaraz po tym, jak poprosił człowieka za barem o przygotowanie jego konia (dorzucając przy tym drobny napiwek za fatygę). Tawerny mają to do siebie, że zgromadzają największe tłumy wieczorami. Po szybkim posiłku zapłacił i pożegnał gospodarza. po wyjściu na ulicę Loturii przeszedł kilka kroków w stronę stajni...
Wtedy do jego uszu dotarł koński pisk. Przyspieszył kroku. Przed stajnią czekał (wedle jego życzenia) ogier, którego niedawno kupił w Fonet. Szarpał za postronek jak opętany. Matteo podszedł do niego przemawiając spokojnie. Położył jedną rękę na pysku zwierzęcia, drugą gładził go po szyi. Pamiętał jeszcze stajnie jego rodziców w Yathis (obecnie puste) i nauki ojca o jeździectwie. Nigdy się tym zbytnio nie interesował, to jego brat miał bzika na punkcie koni. Umiał jednak pracować ze zwierzętami. Zupełnie nie rozumiał zachowania rumaka. Koń dalej był niespokojny. Ma rozwarte ze strachu oczy i wyrywał się jakby chciał...spojrzeć na swój zad. Teo zaniepokojony przeszedł pod szyją zwierzęcia, nie odejmując dłoni, i spojrzał obejrzał drugą stronę ogiera. Na jego zadzie znajdował się spory, półokrągły głęboki ślad po ugryzieniu. Zdębiał. Konie się gryzą, to normalne, ale jeszcze nigdy nie widział, by któryś zrobił to do krwi i na dodatek wyrwał mały ochłap mięsa. Stał przez chwilę z boku, zupełnie nie rozumiejąc jak do tego mogło dojść.
Odpowiedź pojawiła się sama. Do uszu chłopaka dotarł stukot kopyt. Obejrzał się w lewo. Obok stajni zatrzymał się dziwny, jakby wychudzony wierzchowiec...z zakrwawionym pyskiem. Kelpie? Teraz wydawało się to oczywistym rozwiązaniem. Teo jednak nigdy by na to nie wpadł, głównie przez irracjonalność całego zajścia. Koń wodny sam nie mógł tu trafić. Żaden nie pojawiłby się w mieście, chyba, że przyprowadzony siłą. Tylko jaki idiota jeździ na...
Nie dokończył myśli. Na zwierzęciu na oklep jechała wysoka dziewczyna o bladej cerze i długich, białych włosach, z przodu zaplecionych w cienkie warkoczyki. Za nią siedział rudy kocur. Dziewczyna była widocznie zawstydzona całą sytuacją. Chłopak w końcu zamrugał i oderwał od niej wzrok.
- Twój koń chyba próbował pozbawić mnie wierzchowca - powiedział w końcu zakładając ręce na piersi.
Dziewczyna zarumieniła się.
- Najmocniej przepraszam - zsiadła z konia. Była identycznego wzrostu co Matteo. - Pewnie zgłodniała...
Teo podniósł pytająco brew.
- Zgłodniała? - powtórzył.
- Ja... - zaczęła niepewnie nieznajoma. - Mogę załatwić ci nowego konia. Mam tu znajomości...Wiem, że głupio pytać, ale...spieszy ci się gdzieś?
- Nie - uspokoił ją chłopak. - Jadę z Clevelandu do Mithiremu. Muszę coś zwrócić do tamtejszej biblioteki.
Tym razem to dziewczyna spojrzała nań pytająco.
- Czekaj, mieszkasz w Cleveland i pożyczasz książki z Mithiremu? Nie macie tam bibliotek?
- To nie tak - chłopak nie mógł powstrzymać uśmiechu. - Właściwie to sporo czasu spędzam właśnie w tamtejszej bibliotece. Pomagałem akurat znajomemu sortować księgi na jednym z regałów i trafiliśmy na tom podpisany jako własność uniwersytetu w Mithiremie. A jako jedyny członek klanu Borsuków nie miałem akurat nic do roboty więc się zgłosiłem na ochotnika.
Dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Czyli też zostałeś zwerbowany? Jestem liderką klanu Orłów.
- To zaszczyt poznać - Teo skłonił lekko głowę w akcie grzecznościowym. - Matteo Forester.
- Dante Rubkat - dziewczyna odpowiedziała uśmiechem i podobnym, chociaż bardziej niechlujnym dygnięciem. - To może załatwmy lepiej sprawę z tym koniem.
Matteo kiwnął głową i ruszył za liderką Orłów.
Dante? Mało nowego wniosłam, ale zawsze coś :)
Matteo zerwał się do pozycji siedzącej. Wokół palców jego dłoni migotała błękitna aura, gotowa uderzyć w napastnika fala mocy. Ale napastnika nie było. Natomiast na krześle obok siennika siedział jastrząb, Squirt, niewinnie przekrzywiając łebek. Teo półwarknął z dezaprobatą i padł jak długi z powrotem na siennik.
- Jeszcze pięć minut... - mruknął zasłaniając oczy przedramieniem.
Czasami żałował, że tak dobrze wytresował Squirta. Pełnił rolę osobistego strażnika Mattea, gdy ten spał lub był zbyt skupiony na pracy. Do pakietu dołączony był jeszcze budzik - codziennie, gdy niebieskooki zbyt długo spał, Squirt miał go budzić. W ten czy inny sposób. Najgorszy w tym wszystkim był fakt, że ptak nie znał słowa ,,nie".
Toteż ponownie dziabnął swojego pana w rękę. Teo syknął i spojrzał na niego karcąco. Odpowiedziało mu to samo niewinne spojrzenie: No co? Przecież kazałeś.
Chłopak westchnął i podniósł się. Gdy wyjrzał za okno stwierdził, że rzeczywiście pospał odrobinę za długo. Trzeba było nie zrywać nocy, pomyślał patrząc oskarżycielsko na wystający z plecaka podróżnego Bestiariusz Dal-Virii. Nie marudząc już więcej ubrał się, wypuścił Squirta na zewnątrz przez okno i zszedł na dół, do gospody, pozostawiając swój pokój w takim stanie, w jakim go zastał.
Pomieszczenie było niemal puste. Tylko kilku podróżnych jadło w spokoju śniadanie. Teo poszedł w ich ślady zaraz po tym, jak poprosił człowieka za barem o przygotowanie jego konia (dorzucając przy tym drobny napiwek za fatygę). Tawerny mają to do siebie, że zgromadzają największe tłumy wieczorami. Po szybkim posiłku zapłacił i pożegnał gospodarza. po wyjściu na ulicę Loturii przeszedł kilka kroków w stronę stajni...
Wtedy do jego uszu dotarł koński pisk. Przyspieszył kroku. Przed stajnią czekał (wedle jego życzenia) ogier, którego niedawno kupił w Fonet. Szarpał za postronek jak opętany. Matteo podszedł do niego przemawiając spokojnie. Położył jedną rękę na pysku zwierzęcia, drugą gładził go po szyi. Pamiętał jeszcze stajnie jego rodziców w Yathis (obecnie puste) i nauki ojca o jeździectwie. Nigdy się tym zbytnio nie interesował, to jego brat miał bzika na punkcie koni. Umiał jednak pracować ze zwierzętami. Zupełnie nie rozumiał zachowania rumaka. Koń dalej był niespokojny. Ma rozwarte ze strachu oczy i wyrywał się jakby chciał...spojrzeć na swój zad. Teo zaniepokojony przeszedł pod szyją zwierzęcia, nie odejmując dłoni, i spojrzał obejrzał drugą stronę ogiera. Na jego zadzie znajdował się spory, półokrągły głęboki ślad po ugryzieniu. Zdębiał. Konie się gryzą, to normalne, ale jeszcze nigdy nie widział, by któryś zrobił to do krwi i na dodatek wyrwał mały ochłap mięsa. Stał przez chwilę z boku, zupełnie nie rozumiejąc jak do tego mogło dojść.
Odpowiedź pojawiła się sama. Do uszu chłopaka dotarł stukot kopyt. Obejrzał się w lewo. Obok stajni zatrzymał się dziwny, jakby wychudzony wierzchowiec...z zakrwawionym pyskiem. Kelpie? Teraz wydawało się to oczywistym rozwiązaniem. Teo jednak nigdy by na to nie wpadł, głównie przez irracjonalność całego zajścia. Koń wodny sam nie mógł tu trafić. Żaden nie pojawiłby się w mieście, chyba, że przyprowadzony siłą. Tylko jaki idiota jeździ na...
Nie dokończył myśli. Na zwierzęciu na oklep jechała wysoka dziewczyna o bladej cerze i długich, białych włosach, z przodu zaplecionych w cienkie warkoczyki. Za nią siedział rudy kocur. Dziewczyna była widocznie zawstydzona całą sytuacją. Chłopak w końcu zamrugał i oderwał od niej wzrok.
- Twój koń chyba próbował pozbawić mnie wierzchowca - powiedział w końcu zakładając ręce na piersi.
Dziewczyna zarumieniła się.
- Najmocniej przepraszam - zsiadła z konia. Była identycznego wzrostu co Matteo. - Pewnie zgłodniała...
Teo podniósł pytająco brew.
- Zgłodniała? - powtórzył.
- Ja... - zaczęła niepewnie nieznajoma. - Mogę załatwić ci nowego konia. Mam tu znajomości...Wiem, że głupio pytać, ale...spieszy ci się gdzieś?
- Nie - uspokoił ją chłopak. - Jadę z Clevelandu do Mithiremu. Muszę coś zwrócić do tamtejszej biblioteki.
Tym razem to dziewczyna spojrzała nań pytająco.
- Czekaj, mieszkasz w Cleveland i pożyczasz książki z Mithiremu? Nie macie tam bibliotek?
- To nie tak - chłopak nie mógł powstrzymać uśmiechu. - Właściwie to sporo czasu spędzam właśnie w tamtejszej bibliotece. Pomagałem akurat znajomemu sortować księgi na jednym z regałów i trafiliśmy na tom podpisany jako własność uniwersytetu w Mithiremie. A jako jedyny członek klanu Borsuków nie miałem akurat nic do roboty więc się zgłosiłem na ochotnika.
Dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Czyli też zostałeś zwerbowany? Jestem liderką klanu Orłów.
- To zaszczyt poznać - Teo skłonił lekko głowę w akcie grzecznościowym. - Matteo Forester.
- Dante Rubkat - dziewczyna odpowiedziała uśmiechem i podobnym, chociaż bardziej niechlujnym dygnięciem. - To może załatwmy lepiej sprawę z tym koniem.
Matteo kiwnął głową i ruszył za liderką Orłów.
Dante? Mało nowego wniosłam, ale zawsze coś :)
Wyobraźcie sobie tę ciszę, gdyby wszyscy mówili tylko tyle, ile wiedzą
Imię: Matteo (tak krótkie, że zdrabnianie go chyba nie ma sensu. Jeśli już musisz, to możesz używać zdrobnienia Teo)
Nazwisko: Forester
Przydomek: Krasnoludy, z którymi widuje się na co dzień, złośliwie nazywają go ,,Besserwisser", czyli ,,mądrala". Nie obraża się o to. Już nawet do tego przydomka przywykł. Innych pseudonimów nie posiada. Albo jest za mało kreatywny, by sobie jakiś wymyślić, albo jest mu on najzwyczajniej w życiu zbędny.
Wiek: 24 lata
Płeć: Mężczyzna
Rasa: Człowiek (ma w sobie kilka cech, które sprawiają, że ludzie w to wątpią)
Rodzina: Dawno nie był w domu. Od siostry, Nachtigall, listownie dowiedział się, że większość rodu Foresterów wyjechała za granicę Dal-Virii, gdyż uznali to państwo za zbyt niebezpiecznie.
Miłość: W tej sprawie nie obejmuje żadnego stanowiska. Ani nie szuka nachalnie ,,miłości swojego życia", ani znowu nie jest nie wierzącym w nią pesymistą. Ma o tym (i wielu innych rzeczach) jedno zdanie: ,,Pożyjemy, zobaczymy".
Aparycja: Matteo jest dość wysokim młodzieńcem. U większości (zwłaszcza u kobiet) uwagę pierwsze przyciągają oczy. Mają barwę jasnego błękitu. Nie sprawiają jednak wrażenia lodowatych, a wręcz przeciwnie - są ciepłe i pogodne. Równocześnie po nich da się najprędzej rozpoznać, że masz do czynienia z inteligentnym człowiekiem (więc powiedzenie, że ,,oczy są zwierciadłem duszy" pasuje do Teo jak ulał). Ma opaloną skórę, co jest cechą nietypową dla osobników jego pokroju (czyt. ,,innych uczonych"). Włosy są koloru hebanu, kędzierzawe i wiecznie nieułożone. Ma kwadratową szczękę i lekko zapadłe policzki. Na co dzień ubiera się najzwyklej jak się tylko da: biała pomięta koszula, długie spodnie i skórzane buty. Dla potrzeby może przypasać swój miecz lub ubrać się jakoś mniej ,,niechlujnie" ale jakoś rzadko widzi ku temu powody.
Zainteresowania: Większość zainteresowań Mattea ogranicza się do poszerzania swojej wiedzy. W wolnym czasie dużo czyta. Najczęściej sięga po dzienniki z wypraw, tomiki z zagadnieniami filozofii, mitologie (jest prawdziwą skarbnicą wiedzy na temat wszelakich bóstw i obyczajów religijnych), a nawet po tomy zawierające manewry wojskowe i administrację. Ma też małego bzika na punkcie ptaków. Lubi je tresować, nieważne, czy to wrona, sójka, sroka, jastrząb czy zwykły gołąb. Wręcz ubóstwia zwłaszcza ptaki drapieżne. Często zwierzaki zapamiętują go jako dyspozytor darmowego żarcia i zlatują się na jego balkon. A on oczywiście nie umie im odmówić. Jego prawdziwą naturę da się zobaczyć chyba tylko w towarzystwie pięciu różnych pierzastych przyjaciół.
Charakter: Pierwsze co daje się u niego zauważyć to stoicki spokój - niebo może na ziemię runąć, a on dalej będzie stał z założonymi rękami. Nie wynika to z egoizmu, choć niektórzy mogą to tak odbierać. Matteo po prostu zanim podejmie się jakiegokolwiek działania musi się nad tym zastanowić chwilę lub dwie, ocenić sytuację i podjąć odpowiednie ku temu kroki. Sam nie zaczyna rozmowy, póki nie będzie widział w tym większego sensu. Wobec wszelkich spraw podchodzi z identycznym nastawieniem: cierpliwie czeka i obserwuje, jak się wszystko potoczy. Nigdy nie pcha się na siłę w towarzystwo. Nie ma też większego sensu wciągania go w grupę - jeśli będzie chciał pogadać, sam podejdzie. Trzyma się z dala od grupek większych niż trzy osoby. Dlatego też na spotkaniach zarządzonych przez lidera przez większość czasu ,,podpiera ścianę". Nie jest ponurakiem. Przeciwnie. Uśmiecha się nawet często. Wachlarz uśmiechów ma jednak szeroki: od delikatnych szczerych po ironiczne i pełne samozadowolenia, które - podczas rozmowy, zwłaszcza w przypadkach, gdy nie jesteś w dobrych relacjach z Teo - powinny wzbudzić w tobie podejrzenia. Nigdy jednak nie uśmiecha się złośliwie. Rzadko się też zgrywa. Zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy poważne. Lubi słowne potyczki. Czasami korzysta z nich aby sprawdzić nowo poznaną osobę. Dla niego pierwsze wrażenie nie jest może najważniejsze, jednak ma pewne znaczenie. Przywykł już do oceniania ludzi nie po wyglądzie, a pierwszej przeprowadzonej rozmowie. Matteo nie ma nic przeciwko zawieraniu nowych znajomości. Czasem dobrze znać kilka nazwisk więcej. Ogranicza się do kilku zaufanych przyjaciół, wobec których zachowuje się nieco mniej oschle niż do reszty.
Miasto rodzinne: Yathis
Klan: Borsuki z Cleveland
Pozycja: Nowicjusz
Punkty pojedynku: 10
Profesja: Mag, Szermierz
Broń: Jednoręczny miecz o wąskiej głowni oraz najbliższe otoczenie, własna wiedza i umiejętności.
Umiejętności: Teo ma niesamowitą pamięć. Wszystko co wyczyta zapada się w nią i zostaje na zawsze. Sprawnie też swoją wiedzę wykorzystuje w najmniej spodziewanych okolicznościach. W pewnych sytuacjach nawet najbardziej absurdalne wiadomości znajdują użytek. Nauczył się władać mieczem, nie jest w tym jednak mistrzem oraz za tym zbytnio nie przepada (gdyby nie siostra i wymogi ojca pewnie nigdy by nie chwycił za broń). Całe szczęście ma jeszcze talent magiczny. Ogranicza się on jedynie do wpływających na otoczenie impulsów i telekinezy. Magia daje mu też pewną czystość myślenia. Dzięki temu lepiej niż inni panuje nad własnym umysłem, szybko i jasno ocenia sytuację po czym znajduje najlepsze rozwiązanie.
Towarzysz: Squirt
Wierzchowiec: Brak
Nick na howrse: NyanCat^._.^~
Nazwisko: Forester
Przydomek: Krasnoludy, z którymi widuje się na co dzień, złośliwie nazywają go ,,Besserwisser", czyli ,,mądrala". Nie obraża się o to. Już nawet do tego przydomka przywykł. Innych pseudonimów nie posiada. Albo jest za mało kreatywny, by sobie jakiś wymyślić, albo jest mu on najzwyczajniej w życiu zbędny.
Wiek: 24 lata
Płeć: Mężczyzna
Rasa: Człowiek (ma w sobie kilka cech, które sprawiają, że ludzie w to wątpią)
Rodzina: Dawno nie był w domu. Od siostry, Nachtigall, listownie dowiedział się, że większość rodu Foresterów wyjechała za granicę Dal-Virii, gdyż uznali to państwo za zbyt niebezpiecznie.
Miłość: W tej sprawie nie obejmuje żadnego stanowiska. Ani nie szuka nachalnie ,,miłości swojego życia", ani znowu nie jest nie wierzącym w nią pesymistą. Ma o tym (i wielu innych rzeczach) jedno zdanie: ,,Pożyjemy, zobaczymy".
Aparycja: Matteo jest dość wysokim młodzieńcem. U większości (zwłaszcza u kobiet) uwagę pierwsze przyciągają oczy. Mają barwę jasnego błękitu. Nie sprawiają jednak wrażenia lodowatych, a wręcz przeciwnie - są ciepłe i pogodne. Równocześnie po nich da się najprędzej rozpoznać, że masz do czynienia z inteligentnym człowiekiem (więc powiedzenie, że ,,oczy są zwierciadłem duszy" pasuje do Teo jak ulał). Ma opaloną skórę, co jest cechą nietypową dla osobników jego pokroju (czyt. ,,innych uczonych"). Włosy są koloru hebanu, kędzierzawe i wiecznie nieułożone. Ma kwadratową szczękę i lekko zapadłe policzki. Na co dzień ubiera się najzwyklej jak się tylko da: biała pomięta koszula, długie spodnie i skórzane buty. Dla potrzeby może przypasać swój miecz lub ubrać się jakoś mniej ,,niechlujnie" ale jakoś rzadko widzi ku temu powody.
Zainteresowania: Większość zainteresowań Mattea ogranicza się do poszerzania swojej wiedzy. W wolnym czasie dużo czyta. Najczęściej sięga po dzienniki z wypraw, tomiki z zagadnieniami filozofii, mitologie (jest prawdziwą skarbnicą wiedzy na temat wszelakich bóstw i obyczajów religijnych), a nawet po tomy zawierające manewry wojskowe i administrację. Ma też małego bzika na punkcie ptaków. Lubi je tresować, nieważne, czy to wrona, sójka, sroka, jastrząb czy zwykły gołąb. Wręcz ubóstwia zwłaszcza ptaki drapieżne. Często zwierzaki zapamiętują go jako dyspozytor darmowego żarcia i zlatują się na jego balkon. A on oczywiście nie umie im odmówić. Jego prawdziwą naturę da się zobaczyć chyba tylko w towarzystwie pięciu różnych pierzastych przyjaciół.
Charakter: Pierwsze co daje się u niego zauważyć to stoicki spokój - niebo może na ziemię runąć, a on dalej będzie stał z założonymi rękami. Nie wynika to z egoizmu, choć niektórzy mogą to tak odbierać. Matteo po prostu zanim podejmie się jakiegokolwiek działania musi się nad tym zastanowić chwilę lub dwie, ocenić sytuację i podjąć odpowiednie ku temu kroki. Sam nie zaczyna rozmowy, póki nie będzie widział w tym większego sensu. Wobec wszelkich spraw podchodzi z identycznym nastawieniem: cierpliwie czeka i obserwuje, jak się wszystko potoczy. Nigdy nie pcha się na siłę w towarzystwo. Nie ma też większego sensu wciągania go w grupę - jeśli będzie chciał pogadać, sam podejdzie. Trzyma się z dala od grupek większych niż trzy osoby. Dlatego też na spotkaniach zarządzonych przez lidera przez większość czasu ,,podpiera ścianę". Nie jest ponurakiem. Przeciwnie. Uśmiecha się nawet często. Wachlarz uśmiechów ma jednak szeroki: od delikatnych szczerych po ironiczne i pełne samozadowolenia, które - podczas rozmowy, zwłaszcza w przypadkach, gdy nie jesteś w dobrych relacjach z Teo - powinny wzbudzić w tobie podejrzenia. Nigdy jednak nie uśmiecha się złośliwie. Rzadko się też zgrywa. Zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy poważne. Lubi słowne potyczki. Czasami korzysta z nich aby sprawdzić nowo poznaną osobę. Dla niego pierwsze wrażenie nie jest może najważniejsze, jednak ma pewne znaczenie. Przywykł już do oceniania ludzi nie po wyglądzie, a pierwszej przeprowadzonej rozmowie. Matteo nie ma nic przeciwko zawieraniu nowych znajomości. Czasem dobrze znać kilka nazwisk więcej. Ogranicza się do kilku zaufanych przyjaciół, wobec których zachowuje się nieco mniej oschle niż do reszty.
Miasto rodzinne: Yathis
Klan: Borsuki z Cleveland
Pozycja: Nowicjusz
Punkty pojedynku: 10
Profesja: Mag, Szermierz
Broń: Jednoręczny miecz o wąskiej głowni oraz najbliższe otoczenie, własna wiedza i umiejętności.
Umiejętności: Teo ma niesamowitą pamięć. Wszystko co wyczyta zapada się w nią i zostaje na zawsze. Sprawnie też swoją wiedzę wykorzystuje w najmniej spodziewanych okolicznościach. W pewnych sytuacjach nawet najbardziej absurdalne wiadomości znajdują użytek. Nauczył się władać mieczem, nie jest w tym jednak mistrzem oraz za tym zbytnio nie przepada (gdyby nie siostra i wymogi ojca pewnie nigdy by nie chwycił za broń). Całe szczęście ma jeszcze talent magiczny. Ogranicza się on jedynie do wpływających na otoczenie impulsów i telekinezy. Magia daje mu też pewną czystość myślenia. Dzięki temu lepiej niż inni panuje nad własnym umysłem, szybko i jasno ocenia sytuację po czym znajduje najlepsze rozwiązanie.
Towarzysz: Squirt
Wierzchowiec: Brak
Nick na howrse: NyanCat^._.^~
Subskrybuj:
Posty (Atom)
