Van wbrew wszelkim pozorom lubiła bale. Była to jakaś godzina, dwie, czasem trzy podczas których w końcu nikt nie gapił się w jej kierunku, bo miała zakrwawioną rączkę laski pojedynkowej, kurz na twarzy, czy prowadzonego niemal za ucho dwa razy większego bandytę za sobą. Jeśli już ktoś na takich zabawach zwracał na nią uwagę, to zdecydowanie na krócej niż na jakąkolwiek inną kobietę. Nie wyróżniała się zbytnio od reszty gości, tym bardziej przez fakt, że ubrana była w zdecydowanie skromniejszą od innych czerwoną suknię. Zdecydowała się też nie brać biżuterii, czego w sumie teraz nawet żałowała. Nawet ze zwykłej bransolety dało się zrobić chociaż kastet w razie potrzeby...
A tymczasem pozostała bezbronna, zamknięta razem z innymi bezbronnymi gośćmi z dwoma wściekłymi bestiami.
Ileż przekleństw przeszło jej przez myśl, trudno zliczyć. Nie dość, że zepsuto jej obiecany, przyjemny wieczór, to jeszcze nie mogła się nawet odegrać sprawcom całego zamieszania w żaden sposób. Bo co mogła zrobić? Rzucić się na potwora z obcasem w ręku? Musiała coś z tym zrobić...musiała odzyskać zostawioną w przedsionku broń. Nie tylko swoją - na przyjęciu przecież była masa osób, które byłyby w stanie wyjść z domu bez choćby sztyletu. Jakby nie było, w tłumie znajdowało się kilkunastu wojowników, zgromadzonych tu tylko przez obietnicę dołączenia do któregoś z klanów. Ale, jak wszyscy, zostali przed wejściem na salę dokładnie przeszukani i pozbawieni narzędzi pracy. W sumie..., pomyślała Ness, wiedząc już co powinna zrobić, Można to uznać za test sprawnościowy.
Rozejrzała się wokół, aż wyłapała wzrokiem pierwszą osobę, która zdecydowanie tu nie pasowała: ciemnowłosego chłopaka w lekkim, łuczniczym pancerzu.
- Hej! - zawołała w jego stronę.
Łucznik zwrócił głowę w jej kierunku. Machnęła ręką w stronę jednego z bocznych wyjść. Chłopak załapał aluzję i pobiegł za nią. Dziewczyna wślizgnęła się do środka rozglądając gorączkowo. Z tego co pamiętała, to tutaj trzymano skonfiskowane rzeczy. I tak też ku jej uldze było.
- Trochę zbyt rozrywkowy ten bal jak na Ikramskie standardy - głos z jej plecami musiał należeć do nieznajomego łucznika.
- Musisz mi pomóc rozdać reszcie broń - Anello zignorowała głupi komentarz, sięgając po swoje noże i laskę pojedynkową.
- Reszcie? - chłopak zarzucił na plecy, najwyraźniej swój, kołczan.
- Chyba nie ciężko poznać, kto tu przyjechał z przymusu - odparła Van, starając się przypomnieć sobie jakieś charakterystyczne osoby i jak wyglądał ich ekwipunek. - Masz tu znajomych? Wiesz czym kto tu walczy?
- To na pewno Revana - łucznik znalazł nóż i kastet, a po nim...hak i stalową igłę. Chyba lepiej będzie potem o to zapytać. - A tak w ogóle, to jestem Jin - dodał rozglądając się za innym charakterystycznym orężęm.
- Vanessa - odparła liderka Słowików. Dostrzegła dwa łuki i kołczany ze strzałami o różnych brzechwach. Błękitne na pewno należały do Amity (ciężko zapomnieć), a drugie chyba do przyjaciółki Lorkina, którą dzisiaj widziała.
Sięgnęła po nie, ale nagle coś walnęło ją w palce. Cofnęła się zdziwiona, gdy oba łuki samoistnie uniosły się w powietrze. Dopiero po chwili na ich miejscu zmaterializowała się Hood, zarzucając na plecy swój kołczan.
- Masz swoje rzeczy, moich nie ruszaj! - mała demonica wystawiła Van język.
- Nie mamy czasu na wygłupy - zrugała ją (bezsensownie, jak wiemy) starsza z kobiet i wcisnęła jej drugi sprzęt łuczniczy. - Znajdź tą rudą krasnoludzicę.
- Tą od Lorkina? - upewniła się Ishwari. Van kiwnęła głową. - Pewnie, co za problem odnaleźć jedną osobę w tłumie innych...
- Teraz się nieco przerzedziło... - zauważył Jin, wyglądając przez uchylone drzwi.
- O, wiem czyje to! - wypaliła nagle Hood chwytając marynarską szablę. Wcisnęła ją łucznikowi, zanim wyszedł. - Skoro już idziesz do Kapitana Haka, to rzuć to tej piratce.
- Jakiej piratce?
- Oj na pewno nie przegapisz! No leć, bo ich ci zeżre! - dziewczyna bezpardonowo wypchnęła go z pokoju.
Van biegała wzrokiem gorączkowo od jednej broni do drugiej. Kto tu jeszcze coś zostawił? Dante i Lorkin, pomyślała nagle, zauważając dwa miecze oparte o półkę na książki. Lider Borsuków miał też chyba przy obie sztylet, ale miecz teraz raczej bardziej się przyda. Kogo jeszcze dzisiaj widziała? Lao, dziwny typ w masce, nie miał przy sobie żadnej broni, tak samo Matteo, mag od Borsuków. Nie mogła sobie też przypomnieć żadnego oręża u boku Kernisniego, lidera Wilków. Cóż, pozostaje liczyć, że sobie poradzą.
- Dasz radę znaleźć Lorkina? - zapytała Vanessa podając Ishwari miecz lidera Borsuków (czuła się przy tym gorzej niż dorosły dający dziecku nożyczki).
- Spróbuję - rzuciła Ami szykując się już do wyjścia na zewnątrz. Wtedy jednak dostrzegła leżący na półce czarny łańcuch zakończony ostrzem przypominającym grot włóczni. Wzięła go do rąk i ze zbójeckim uśmiechem owinęła wokół pasa. - Jak po tym wszystkim nie znajdzie się właściciel, to chętnie to sobie zatrzymam - dodała, bardziej do siebie niż do Van i opuściła pomieszczenie korzystając z niewidzialności.
Anello już miała wychodzić, gdy nagle w drzwiach niemal wpadła na jasnobrodego krasnoluda. Lider Lwów, bo któż inny mógł to być, mruczał pod nosem nie do końca zrozumiałe słowa pod adresem niewyuczonych potworów. Grzecznie przeprosił Ness i minął ją kierując się po dwusieczny topór, dalej klecąc nieartykułowane zwroty, po czym wyszedł bez słowa. Liderka Słowików rzuciła ostatnie spojrzenie po półkach. Uznając, że chyba zrobiła wszystko co w jej mocy, wyszła z pokoju.
Sala była już nieźle poharatana, a z dwóch potworów zrobiły się cztery. Przybyło jedno wybite okno i wyłamane drzwi, ale póki co na kafelkach nie leżało jeszcze niczyje ciało, chociaż stwory goniły przerażonych arystokratów. Ness gwizdnęła przeciągle, licząc, że Ombre został w pobliżu i ruszyła biegiem do najbliższego zbiegowiska.
Jak chaos, to chaos. Wszyscy piszmy jak leci :P
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vanessa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vanessa. Pokaż wszystkie posty
piątek, 2 grudnia 2016
wtorek, 26 kwietnia 2016
Od Vanessy (CD Lorkina i Dante) - Idziemy na bal
Wzrok Ness był rozbiegany między liderem Borsuków, a rudowłosą krasnoludzicą. Dwójka wymieniała złośliwości tak zajadle, że wydali się zapomnieć o reszcie świata. Dziewczyna założyła ręce na piersi z lekka zirytowana. Ombre usiadł na ziemi. Z jego pyska dobyła się psia imitacja westchnięcia.
- Jak banda szczeniąt - powiedział niesłyszalnie. Van skrzywiła się w uśmiechu, ale szybko zakryła usta dłonią. Liderce Słowików nie wypadało śmiać się w głos z ,,kolegów po fachu".
- Obstawiam, że szybko nie skończą? - dziewczyna drgnęła lekko na dźwięk głębokiego, lekko świszczącego głosu. Zapomniała o obecności tajemniczego znajomego krasnoludzicy.
Spojrzała w bok. Wyższy niemal o dwie głowy mężczyzna w ciemnym stroju i metalowej masce przyglądał się rozmowie Lorkina ze znajomą. Przekrzywił głowę zakładając ręce na piersi. Przez maskę zaświszczało powietrze w wydechu. Zerknął w stronę identycznie stojącej Anello, przez co dwoje przyjezdnych wyglądało jak lustrzane odbicia, gdyby nie znaczące różnice w wyglądzie.
- Pani Anello, jak mniemam? - zaczął w końcu.
- Wolę już ,,Vanesso" - dziewczyna uśmiechnęła się lekko. - Taka jestem rozpoznawalna?
- Skądże. Nigdy o tobie nie słyszałem - w pozbawionych źrenic oczach błysnęła wesołość. - To Lena jest gadułą. - skinął głową w kierunku krasnoludzicy.
Uwagę Van przykuł głośny wybuch śmiechu. Lena i Lorkin na zmianę sprzedali sobie przyjazne walnięcie w bark, chociaż dziewczyna musiała mierzyć w jego przedramię. Doprawdy, gdyby nie wzrost lider Borsuków mógłby bez problemu udawać krasnoluda.
- Przyznam, liczyłem, że ta osławiona liderka Słowików będzie... - urwał szukając odpowiedniego słowa.
- Wyższa? - Ness uśmiechnęła się złośliwie.
- Starsza - poprawił ją nieznajomy. Vanessa była pewna, że pod maską odwzajemnia się tym samym uśmiechem.
Rzeczywiście, między nimi była różnica prawie dekady wieku. Mimo to dziewczyna była pewna, że uszłoby dogadać się z tym facetem. Jego bezpośredniość była nawet całkiem zabawna, a że liderka Słowików - jak zresztą i pozostali liderzy - traktowała takie zachowanie ze zdecydowanie większym przymrużeniem oka niż kapitanowie straży czy kaprale. W końcu inicjatywa klanów powstała z myślą głównie o odrzuconych przez społeczeństwo dziwadłach, które mimo wszystko chcą się przysłużyć swojemu krajowi, poczuć się przydatnymi. Właśnie takich jak ona, Lorkin, jej rozmówca, czy nawet Amita...
Dziewczyna nagle przypomniała sobie o męczącej Lorkina przez całą drogę diablicy.
- Prawie bym zapomniała - zreflektowała się. - To jest Am... - urwała rozglądając się wokół w poszukiwaniu znajomego niebieskiego kaptura - ...ita?
Dziewczyny nigdzie nie było. Rozpłynęła się, jakby nie istniała. Jakby była tylko wytworem wyobraźni jakiegoś naprawdę stukniętego pisarza, któremu przyszło łazić po lasach w późnych godzinach. Wspominając magiczne zdolności Ishwari, Ness przestało dziwić, że tak szybko się im wymknęła. Miała jednak niemiłe przeczucia, że Hood nie powinno się spuszczać z oka...
Mężczyzna rozejrzał się również, ale nie znajdując wzrokiem drobnej dziewczyny, którą jeszcze chwilę temu widzieli wszyscy, wzruszył ramionami.
- Gówniarze - mruknął kręcąc głową. - A tak w ogóle: Ti'en Lao, do usług - ukłonił się teatralnie.
Vanessa odkłoniła mu się niemal wytwornie, psując efekt złośliwym uśmiechem. Naprawdę zaczynała tego wariata lubić.
- Miło poznać - odpowiedziała i ostatni raz spojrzała na dalej gadających w najlepsze starych znajomych. Westchnęła. - No nic, przyjdzie mi przywitać się z panną Rubkat samotnie. Do zobaczenia na balu, panie Lao - powiedziała na odchodnym ruszając w stronę zabytkowych koszar z wilczarzem dreptającym przy nodze.
Ti'en skinął tylko głową na pożegnanie, nawet nie zaprzeczając, co jednoznacznie utwierdziło Ness w przekonaniu, że również szuka sposobu na dostanie się do klanu. Bal zgromadził wiele podobnych jemu chętnych. Nie dziwiło jej to. Nie często wszyscy liderzy zbierają się w jednym miejscu i, jakby nie było, wystawiają na widok publiczny.
Po felernym wybuchu i zniszczeniu kilku sypialni, Van nie musiała przynajmniej narzekać na nudę.
Dante była osobą wyjątkowo przyjemną. Wydawała się zestresowana obecnością tylu gości w siedzibie Orłów. Anello wydawało się nawet, że obawiała się rozmowy z samymi liderami. Van sama kiedyś podzielała te obawy. Jakby nie było, dostała swoją posadę mając zaledwie 22 lata, podczas gdy przebywając w kamienicy minęła sporo zdecydowanie starszych od niej osób. I chociaż była dumna i pewna siebie, zdawała sobie sprawę jak niepoważnie musi wyglądać wśród wyższych o dwie głowy osób. Szczerze? Dopiero Lorkin rozwiał jej obawy co do tego, jak bardzo będzie się wyróżniać wśród innych liderów.
Gdy Dan zaproponowała jej, Veli, Rei'owi, Moonlight i Matteowi nocleg, nie widziała w tym nic złego. Chociaż trzeba przyznać - lider goszczący przyjezdnych we własnym domu zamiast wysługiwania się jakimś hotelem? Nie było to coś normalnego dla ,,ludzi wyższych sfer", dlatego Vanessa była już pewna w stu procentach, że Rubkat to osoba zdecydowanie więcej warta niż jakikolwiek stereotypowy przywódca.
- Chyba znamy inne definicje obrazy - pierwszy odezwał się Teo, posyłając Dan lekki uśmiech.
- Też nie mam nic przeciwko - dorzuciła Ness. - Ale muszę was na chwilę zostawić. Lady Ibn'Lshad kazała mi się stawić wcześniej. - uśmiechnęła się nerwowo.
- Nic nie szkodzi - liderka Orłów machnęła ręką z uśmiechem. - Zawsze jesteś mile widziana. To do zobaczenia na balu!
Van uśmiechnęła się i ruszyła z powrotem w stronę centrum miasta. Ombre dreptał obok niej.
- Wiesz, że będziesz musiał się trzymać za murami? - pouczyła go po raz ostatni. - Nie wypada robić z sali balowej zwierzyniec.
- Spokojnie, panienko - odpowiedział wilczarz. - Ale pamiętaj, że jestem na każde twoje zawołanie.
- Wiem - dziewczyna podrapała go pieszczotliwie za uchem. - Jesteś niezastąpiony.
Szła raźnym krokiem z laską pojedynkową w ręce i psem przy nodze. Jak zwykle. Lady Knowhere pewnie już stoi w drzwiach swojego pokoju ze swoją służącą przygotowującą najróżniejsze narzędzia tortur w postaci trzech różnych szczotek do włosów (chociaż do tej pory dziewczynie wystarczała tylko jedna), kłujących spinek i odurzających perfum. Ale za to były plusy: Ness dawno nie była na żadnym balu. W końcu przestanie zwracać na siebie ten chorobliwy typ uwagi. Nikt nie będzie się na nią gapił, bo stanie się tylko jedną z wielu ładnie ubranych kobiet. Porównując jej skromną (ale pożyteczną) czerwoną suknię do obwieszonych błyskotkami żyrandoli jakie zdążyła już widzieć (a raz i nosić - katorga), to będzie praktycznie niewidoczna.
I taki obrót spraw lubiła.
No kochani! Zbierajcie się już wszyscy na bal :P Red, kończ ten planowany wątek z Jinem, bo jeszcze jakieś trzy opka przed nami z tego powodu. A ciebie Dan przepraszam za porzucenie kompani i zostawiam reszcie wolną rękę co do dokończenia. Może w końcu Rei lub Moonli coś napiszą? :>
- Jak banda szczeniąt - powiedział niesłyszalnie. Van skrzywiła się w uśmiechu, ale szybko zakryła usta dłonią. Liderce Słowików nie wypadało śmiać się w głos z ,,kolegów po fachu".
- Obstawiam, że szybko nie skończą? - dziewczyna drgnęła lekko na dźwięk głębokiego, lekko świszczącego głosu. Zapomniała o obecności tajemniczego znajomego krasnoludzicy.
Spojrzała w bok. Wyższy niemal o dwie głowy mężczyzna w ciemnym stroju i metalowej masce przyglądał się rozmowie Lorkina ze znajomą. Przekrzywił głowę zakładając ręce na piersi. Przez maskę zaświszczało powietrze w wydechu. Zerknął w stronę identycznie stojącej Anello, przez co dwoje przyjezdnych wyglądało jak lustrzane odbicia, gdyby nie znaczące różnice w wyglądzie.
- Pani Anello, jak mniemam? - zaczął w końcu.
- Wolę już ,,Vanesso" - dziewczyna uśmiechnęła się lekko. - Taka jestem rozpoznawalna?
- Skądże. Nigdy o tobie nie słyszałem - w pozbawionych źrenic oczach błysnęła wesołość. - To Lena jest gadułą. - skinął głową w kierunku krasnoludzicy.
Uwagę Van przykuł głośny wybuch śmiechu. Lena i Lorkin na zmianę sprzedali sobie przyjazne walnięcie w bark, chociaż dziewczyna musiała mierzyć w jego przedramię. Doprawdy, gdyby nie wzrost lider Borsuków mógłby bez problemu udawać krasnoluda.
- Przyznam, liczyłem, że ta osławiona liderka Słowików będzie... - urwał szukając odpowiedniego słowa.
- Wyższa? - Ness uśmiechnęła się złośliwie.
- Starsza - poprawił ją nieznajomy. Vanessa była pewna, że pod maską odwzajemnia się tym samym uśmiechem.
Rzeczywiście, między nimi była różnica prawie dekady wieku. Mimo to dziewczyna była pewna, że uszłoby dogadać się z tym facetem. Jego bezpośredniość była nawet całkiem zabawna, a że liderka Słowików - jak zresztą i pozostali liderzy - traktowała takie zachowanie ze zdecydowanie większym przymrużeniem oka niż kapitanowie straży czy kaprale. W końcu inicjatywa klanów powstała z myślą głównie o odrzuconych przez społeczeństwo dziwadłach, które mimo wszystko chcą się przysłużyć swojemu krajowi, poczuć się przydatnymi. Właśnie takich jak ona, Lorkin, jej rozmówca, czy nawet Amita...
Dziewczyna nagle przypomniała sobie o męczącej Lorkina przez całą drogę diablicy.
- Prawie bym zapomniała - zreflektowała się. - To jest Am... - urwała rozglądając się wokół w poszukiwaniu znajomego niebieskiego kaptura - ...ita?
Dziewczyny nigdzie nie było. Rozpłynęła się, jakby nie istniała. Jakby była tylko wytworem wyobraźni jakiegoś naprawdę stukniętego pisarza, któremu przyszło łazić po lasach w późnych godzinach. Wspominając magiczne zdolności Ishwari, Ness przestało dziwić, że tak szybko się im wymknęła. Miała jednak niemiłe przeczucia, że Hood nie powinno się spuszczać z oka...
Mężczyzna rozejrzał się również, ale nie znajdując wzrokiem drobnej dziewczyny, którą jeszcze chwilę temu widzieli wszyscy, wzruszył ramionami.
- Gówniarze - mruknął kręcąc głową. - A tak w ogóle: Ti'en Lao, do usług - ukłonił się teatralnie.
Vanessa odkłoniła mu się niemal wytwornie, psując efekt złośliwym uśmiechem. Naprawdę zaczynała tego wariata lubić.
- Miło poznać - odpowiedziała i ostatni raz spojrzała na dalej gadających w najlepsze starych znajomych. Westchnęła. - No nic, przyjdzie mi przywitać się z panną Rubkat samotnie. Do zobaczenia na balu, panie Lao - powiedziała na odchodnym ruszając w stronę zabytkowych koszar z wilczarzem dreptającym przy nodze.
Ti'en skinął tylko głową na pożegnanie, nawet nie zaprzeczając, co jednoznacznie utwierdziło Ness w przekonaniu, że również szuka sposobu na dostanie się do klanu. Bal zgromadził wiele podobnych jemu chętnych. Nie dziwiło jej to. Nie często wszyscy liderzy zbierają się w jednym miejscu i, jakby nie było, wystawiają na widok publiczny.
* * *
Po felernym wybuchu i zniszczeniu kilku sypialni, Van nie musiała przynajmniej narzekać na nudę.
Dante była osobą wyjątkowo przyjemną. Wydawała się zestresowana obecnością tylu gości w siedzibie Orłów. Anello wydawało się nawet, że obawiała się rozmowy z samymi liderami. Van sama kiedyś podzielała te obawy. Jakby nie było, dostała swoją posadę mając zaledwie 22 lata, podczas gdy przebywając w kamienicy minęła sporo zdecydowanie starszych od niej osób. I chociaż była dumna i pewna siebie, zdawała sobie sprawę jak niepoważnie musi wyglądać wśród wyższych o dwie głowy osób. Szczerze? Dopiero Lorkin rozwiał jej obawy co do tego, jak bardzo będzie się wyróżniać wśród innych liderów.
Gdy Dan zaproponowała jej, Veli, Rei'owi, Moonlight i Matteowi nocleg, nie widziała w tym nic złego. Chociaż trzeba przyznać - lider goszczący przyjezdnych we własnym domu zamiast wysługiwania się jakimś hotelem? Nie było to coś normalnego dla ,,ludzi wyższych sfer", dlatego Vanessa była już pewna w stu procentach, że Rubkat to osoba zdecydowanie więcej warta niż jakikolwiek stereotypowy przywódca.
- Chyba znamy inne definicje obrazy - pierwszy odezwał się Teo, posyłając Dan lekki uśmiech.
- Też nie mam nic przeciwko - dorzuciła Ness. - Ale muszę was na chwilę zostawić. Lady Ibn'Lshad kazała mi się stawić wcześniej. - uśmiechnęła się nerwowo.
- Nic nie szkodzi - liderka Orłów machnęła ręką z uśmiechem. - Zawsze jesteś mile widziana. To do zobaczenia na balu!
Van uśmiechnęła się i ruszyła z powrotem w stronę centrum miasta. Ombre dreptał obok niej.
- Wiesz, że będziesz musiał się trzymać za murami? - pouczyła go po raz ostatni. - Nie wypada robić z sali balowej zwierzyniec.
- Spokojnie, panienko - odpowiedział wilczarz. - Ale pamiętaj, że jestem na każde twoje zawołanie.
- Wiem - dziewczyna podrapała go pieszczotliwie za uchem. - Jesteś niezastąpiony.
Szła raźnym krokiem z laską pojedynkową w ręce i psem przy nodze. Jak zwykle. Lady Knowhere pewnie już stoi w drzwiach swojego pokoju ze swoją służącą przygotowującą najróżniejsze narzędzia tortur w postaci trzech różnych szczotek do włosów (chociaż do tej pory dziewczynie wystarczała tylko jedna), kłujących spinek i odurzających perfum. Ale za to były plusy: Ness dawno nie była na żadnym balu. W końcu przestanie zwracać na siebie ten chorobliwy typ uwagi. Nikt nie będzie się na nią gapił, bo stanie się tylko jedną z wielu ładnie ubranych kobiet. Porównując jej skromną (ale pożyteczną) czerwoną suknię do obwieszonych błyskotkami żyrandoli jakie zdążyła już widzieć (a raz i nosić - katorga), to będzie praktycznie niewidoczna.
I taki obrót spraw lubiła.
No kochani! Zbierajcie się już wszyscy na bal :P Red, kończ ten planowany wątek z Jinem, bo jeszcze jakieś trzy opka przed nami z tego powodu. A ciebie Dan przepraszam za porzucenie kompani i zostawiam reszcie wolną rękę co do dokończenia. Może w końcu Rei lub Moonli coś napiszą? :>
piątek, 29 stycznia 2016
Od Vanessy (CD Lorkina) - Głos na szlaku
Coś w Vanessie się zagotowało. Dziewczyna zagryzła mocno wewnętrzną stronę wargi i zacisnęła pięści w obawie, że zaraz wykipi. Mogła mieć tylko cichą nadzieję, że para jej z uszu nie pójdzie jak z czajnika. Trwało to jednak krótką chwilę. Nie daj się sprowokować, powtórzyła sobie w myślach zasadę, którą kierowała się całe życie jako złodziejka. Podstawy, dzięki którym takie chucherko było w stanie przeżyć w przestępczym świecie, pod tyranią przybranego, okrutnego brata. Nie wychylaj się. Nie zgrywaj bohatera. Zachowuj się tak, jak inni się tego po tobie spodziewają. I, przede wszystkim, nie okazuj przeciwnikowi irytacji.
Cóż, Lorkin może i nie był jej faktycznym przeciwnikiem. Prawdziwy wróg czaił się za granicą gór, w niedostępnych częściach lasów oraz w ciemnych zaułkach wielkich miast. A mężczyzna na dodatek był liderem Borsuków, klanu sprawującego pieczę nad Clevelandem, czyli królestwie sąsiadującym z Knowhere. Co za tym idzie, Ibn'Lshad i Stonehead w każdej chwili mogą zechcieć, by Słowiki i Borsuki współpracowały przez jakiś czas. Jeśli więc w tej chwili wbije Lorkinowi sztylet w gardło, bądź ,,przypadkiem" zepchnie go z dachu, pociągnie to za sobą następstwa na skalę międzynarodową. Na to, niestety, pozwolić sobie nie mogła. Nie była już niewidzialna. Teraz większość Knowhere znała jej imię, a ona sama podlegała bezpośrednio rozkazom lorda.
Pozostało jej jedynie rozluźnić się i najzwyczajniej urwać tą konwersację zanim przejdzie ona do rękoczynów.
- Przynajmniej się nam droga nie będzie dłużyć, Lorek - powiedziała uśmiechając się lekko złośliwie przy nowo utworzonym przezwisku lidera. - Widzimy się przy bramie - podeszła do krawędzi dachu i zeskoczyła w dół, na wystającą z budynku belkę z zawieszoną latarnią. Gdy jej nogi z nienaturalną lekkością dotknęły drewna dziewczyna od razu przykucnęła i zawisła na na wyciągniętych rękach. Stąd mogła już bezproblemowo skoczyć, choć gdyby nie magia pewnie skręciłaby nogę na śliskim bruku. Ombre Zniknął z oczu Lorkina równie szybko, znajdując inną, bardziej odpowiednią dla psa drogę.
Van wyprostowała się i najnormalniej w życiu ruszyła ulicą z dumnie uniesioną głową oraz laską pojedynkową w ręce. Zrzuciła kaptur, pamiętając o manierach wobec pary królewskiej. Po chwili dołączył do niej wilczarz idąc przy nodze jak świetnie wytresowany pies. Dziewczyna w tym momencie rzeczywiście wyglądała jak Vanessa Anello, lider Słowików, jakiego powinni widzieć w niej ludzie. I o to chodziło. Ludność Knowhere musiała widzieć, że sama liderka osobiście pilnuje bezpieczeństwa ich władcy podczas drogi do Ikramu. Symbol. Ale Nes dalej nie rozumiała czego. Może to po prostu było za trudne dla dziewczyny wychowanej na ulicy?
Anello podeszła do osobiście pilnującej przygotowań lady Ibn'Lshad. Khajiitka widząc liderkę Słowików bez kaptura uśmiechnęła się jak dumna matka i skinęła głową w odpowiedzi na podobne pozdrowienie.
- Wszystko przygotowane? - zapytała Vanessa.
- Wszystko. Tylko oczywiście nie Thadi - Sera skrzywiła się oglądając w okna odległej twierdzy. - Lord czy nie, zawsze zbierał się gorzej niż baba.
Van powstrzymała się od parsknięcia śmiechem. Było to dość nietaktowne, jeśli chodzi o osobę władcy. Lady Knowhere jednak nie zganiła jej za ten drobny uśmieszek, a nawet sama się uśmiechnęła.
- A gdzie Swami? - zaciekawiła się Ness. Miała na myśli małego, pięcioletniego synka pary królewskiej. Jak do tej pory nie widziała go bez opieki lady Ibn'Lshad. Khajiitki bywają wyjątkowo nadopiekuńcze, niczym pumy chroniące swoje młode.
- Jest z opiekunką - odpowiedziała i westchnęła. - Nie cierpię zostawiać go samego. Ach, i kazałam spakować ci suknię.
- Suknię? - zdziwiła się Vanessa. Nie miała nic przeciwko ładnym strojom. Przeciwnie, nawet lubiła wyglądać jak kobieta. Było to miłe uczucie, gdy ludzie patrzyli na ciebie nie przez zakrwawiony sztylet w twojej dłoni, czy fakt, że właśnie pozbawiłaś przytomności dwa razy większego faceta. Ness w sukni czuła się zdecydowanie swobodniej niż jakakolwiek dziewczyna jej pokroju. Nie zdziwiłaby się, gdyby na balu jedynie ona wśród wszystkich żeńskich członkiń klanów odważyła się wyjść na środek sali. Ale decyzja Sery Ibn'Lshad dalej ją dziwiła.
- I trochę biżuterii - dorzuciła khajiitka. - Twoją fryzurą zajmie się moja służka.
- Pani, z całym szacunkiem, ale ja nie jadę tam by się bawić - zauważyła liderka Słowików. - Mam pilnować bezpieczeństwa pary królewskiej. W sukni będę...ograniczona.
- Myślisz, że o tym nie wiem, dziecko? - kobieta uśmiechnęła się pobłażliwie. - Ale bal to bal. Wszyscy mają prawo się tam dobrze bawić, a ty już dawno nie miałaś okazji zatańczyć na prawdziwym przyjęciu przez tych wszystkich handlarzy opium. Mimo to rzeczywiście jesteś na służbie. Dlatego wybrałam tę czerwoną z długimi rękawami.
Ness wszystko od razu się wyjaśniło. Miała kilka sukienek. Większość była najzwyklejsza w świecie. Dziewczyna jednak posiadała kilka specjalnie szytych kreacji. Wyglądały pięknie, a były zdecydowanie bardziej użyteczne niż pozostałe. Posiadały mniej ciężkich błyskotek, były więc nieco skromniejsze. W długich, rozszerzanych rękawach znajdowały się podszewki na sztylet. W tali zrobiono delikatne nacięcia dzięki którym strój nie krępował ruchów. Spódnica nie miała typowego kloszowatego kształtu, a raczej jego spłaszczony delikatnie odpowiednik, gdyż została uszyta z mniejszej warstwy halek i ze zdecydowanie lżejszych materiałów. Do tego zapewne Vanessa nie będzie musiała zakładać butów na obcasach, a pasujące ciemno czerwone płaskie pantofelki.
- Patrzcie państwo! - powiedziała nagle z wyrzutem lady Ibn'Lshad. - Lord Knowhere postanowił zaszczycić nas swoją obecnością!
Thadi Ibn'Lshad skrzywił się i położył lekko uszy. Nie lubił gdy żona tak donośnie go anonsowała, ale prawdopodobnie sobie na to zasłużył. Strażnikom szykującym wszystko do wyjazdu przez twarze przemknęły cienie uśmiechów, nikt jednak się nie odezwał. Wszyscy już widzieli podobną scenę i po prostu przywykli, że para królewska Knowhere mimo władzy jest jak każde typowe małżeństwo. I, mimo wszelkich oczekiwań, nie byli przez to traktowani z mniejszym szacunkiem. Przeciwnie. Zmęczony ,,poważnymi" władcami lud Knowhere chętnie przyjął taką odmianę. Chociaż ich władcy byli khajiitami, wydawali się zdecydowanie bardziej ludzcy niż ich poprzednicy.
W końcu karawana ruszyła. Vanessa zdecydowała się ruszyć konno prawie na samym końcu. Ombre dreptał obok jej bułanego rumaka. Co jakiś czas jednak dla zachowania pozorów bez powodu szczekał w las, odbiegał znikając między drzewami po czym wracał i tarzał się w śniegu powarkując. Jak każdy normalny pies. Ness długo się cieszyć spokojem nie dano. Szybko zrównał z nią swojego konia lider Borsuków.
- Proszę, kogo wiatr przywlókł - powiedziała na starcie. - A już myślałam, że się zanudzę przez całą drogę.
Lorkin uśmiechnął się złośliwie.
- Tak się stęskniłaś? - rzucił.
- No właśnie chyba nie aż tak - odparła krótko Anello. - Rozmawiałeś z Ibn'Lshadem?
- A jakżeby inaczej. Chyba jednak lepiej by wiedział o mojej obecności - stwierdził mężczyzna, choć bez większego entuzjazmu.
- Ale się cieszysz na ten bal! - sarkazm włożony w to zdanie niemal wylewał się z ust Van.
Lorkin jedynie rzucił jej spojrzenie typu ,,No co ty nie powiesz?" i na chwilę zamilkł, co wprawiło dziewczynę w wyjątkowo dobry nastrój.
Nagle Ombre zatrzymał się i zaczął warczeć. Nikt nie zwrócił na to większej uwagi. W końcu w przekonaniu straży to tylko zwykły wilczarz, a psy warczą choćby na wiewiórkę. Ness początkowo też zbytnio to nie przejęło. Jednak jej towarzysz stanął na krawędzi drogi i nie zamierzał się ruszyć. Liderka Słowików zmarszczyła brwi zatrzymując konia. Lorkin widząc to zawrócił konia. Jadący za nimi strażnicy pomarudzili trochę wymijając ją i ruszyli dalej. Konwój nieco się oddalił.
- Ombre? Coś się stało? - zapytała dziewczyna.
- Na drzewie, panienko - odpowiedział pies na tyle cicho, by jedynie wyczulone magią zmysły Van mogły to usłyszeć.
Teraz ona też coś usłyszała.
- Emmm...Vanesso? - Lorkin podniósł pytająco brew. - Obawiam się, że właśnie gadasz z psem.
Wtedy naprzeciwko Ombre listowie zatrzęsło się i znieruchomiało.
- Co do cholery... - teraz nawet lider Borsuków zauważył, że coś jest nie w porządku.
Van zdjęła z pleców laskę pojedynkową. Wtedy niemal tuż koło jej ucha rozległ się dziewczęcy chichot. Natychmiast zamachnęła się za siebie laską, ale broń przeszyła jedynie powietrze. Dziewczyna mimo woli poczuła na plecach ciarki. Wtedy koń Lorkina szarpnął nagle za lejce i stanął na zadnich nogach. Mężczyzna, choć usilnie starał się go uspokoić, w końcu wylądował w śniegu. Kolejny śmiech. Tym razem Ness wydawało się, jakby dźwięk zaczynał się oddalać. Użyła magii na swoich zmysłach. Natychmiast stało się bardziej zimno niż w rzeczywistości. Dostrzegła jednak coś interesującego - na grubszym konarze drzewa po drugiej stronie drogi w śniegu na jej oczach odbił się ślad drobnej, ludzkiej stopy. Jej właściciel musiał być niewidzialny.
- Pieprzone duchy - warknął Lorkin otrzepując się ze śniegu i przeklinając jeszcze kilkakrotnie.
- To nie duch - Vanessa spięła wierzchowca i wjechała między drzewa.
Wiem, jazda konna w lesie i to nie po wytyczonym szlaku to pomysł wręcz idiotyczny. Jednak Ness miała to szczęście, że tutaj mogła jechać spokojnym galopem. ,,Duchowi" chyba się nie spieszyło. Dziewczyna usłyszała identyczny, dziewczęcy chichot jeszcze kilkakrotnie. Gałęzie nieco przed nią poruszały się zrzucając śnieg, gdy właściciel głosu przebiegał tamtędy. Mimo tego, że Van nie mogła dostrzec jego, a raczej jej sylwetki, dokładnie wiedziała którędy się porusza. Nie mogła jednak dogonić ducha przez nierówny teren. W końcu trasa przed nią stała się nieco bardziej otwarta i wolna od korzeni. Dziewczyna przyspieszyła konia i chwyciła laskę nisko. Nadrobiła dystans, po czym zamachnęła się nad sobą. Srebrny dziób kruczej głowy na końcu laski zahaczył o coś i pociągnął w dół. Ness zwolniła i jej rumak zatrzymał się kilka metrów dalej. Usłyszała jednak, jak zaraz za jej koniem w śnieżną zaspę coś spadło z zaskoczonym okrzykiem.
Liderka Słowików zsiadła z konia i podeszła w ubite od upadku miejsce. Wyglądało, jakby to co ubiło ślad już uciekło, jednak po chwili Vanessa usłyszała głuchy jęk świadczący, że ,,duch" dalej leży w śniegu. Nie minęła minuta, a w zaspie zmaterializowała się młoda dziewczyna w niebieskim kapturze. Wtedy Ness usłyszała stłumiony tętent kopyt i od strony szlaku pojawił się Lorkin. Mężczyzna zeskoczył z konia zanim ten się zatrzymał i dołączył do niej.
- Co ci odbiło? - zapytał.
- Złapałam twojego ducha - odpowiedziała z tryumfalnym uśmiechem Vanessa i wskazała ruchem ręki na leżącą w śniegu nieznajomą.
Amita? Lorkin? Pierwsze wrażenie jest zawsze najciekawsze x3
Cóż, Lorkin może i nie był jej faktycznym przeciwnikiem. Prawdziwy wróg czaił się za granicą gór, w niedostępnych częściach lasów oraz w ciemnych zaułkach wielkich miast. A mężczyzna na dodatek był liderem Borsuków, klanu sprawującego pieczę nad Clevelandem, czyli królestwie sąsiadującym z Knowhere. Co za tym idzie, Ibn'Lshad i Stonehead w każdej chwili mogą zechcieć, by Słowiki i Borsuki współpracowały przez jakiś czas. Jeśli więc w tej chwili wbije Lorkinowi sztylet w gardło, bądź ,,przypadkiem" zepchnie go z dachu, pociągnie to za sobą następstwa na skalę międzynarodową. Na to, niestety, pozwolić sobie nie mogła. Nie była już niewidzialna. Teraz większość Knowhere znała jej imię, a ona sama podlegała bezpośrednio rozkazom lorda.
Pozostało jej jedynie rozluźnić się i najzwyczajniej urwać tą konwersację zanim przejdzie ona do rękoczynów.
- Przynajmniej się nam droga nie będzie dłużyć, Lorek - powiedziała uśmiechając się lekko złośliwie przy nowo utworzonym przezwisku lidera. - Widzimy się przy bramie - podeszła do krawędzi dachu i zeskoczyła w dół, na wystającą z budynku belkę z zawieszoną latarnią. Gdy jej nogi z nienaturalną lekkością dotknęły drewna dziewczyna od razu przykucnęła i zawisła na na wyciągniętych rękach. Stąd mogła już bezproblemowo skoczyć, choć gdyby nie magia pewnie skręciłaby nogę na śliskim bruku. Ombre Zniknął z oczu Lorkina równie szybko, znajdując inną, bardziej odpowiednią dla psa drogę.
Van wyprostowała się i najnormalniej w życiu ruszyła ulicą z dumnie uniesioną głową oraz laską pojedynkową w ręce. Zrzuciła kaptur, pamiętając o manierach wobec pary królewskiej. Po chwili dołączył do niej wilczarz idąc przy nodze jak świetnie wytresowany pies. Dziewczyna w tym momencie rzeczywiście wyglądała jak Vanessa Anello, lider Słowików, jakiego powinni widzieć w niej ludzie. I o to chodziło. Ludność Knowhere musiała widzieć, że sama liderka osobiście pilnuje bezpieczeństwa ich władcy podczas drogi do Ikramu. Symbol. Ale Nes dalej nie rozumiała czego. Może to po prostu było za trudne dla dziewczyny wychowanej na ulicy?
Anello podeszła do osobiście pilnującej przygotowań lady Ibn'Lshad. Khajiitka widząc liderkę Słowików bez kaptura uśmiechnęła się jak dumna matka i skinęła głową w odpowiedzi na podobne pozdrowienie.
- Wszystko przygotowane? - zapytała Vanessa.
- Wszystko. Tylko oczywiście nie Thadi - Sera skrzywiła się oglądając w okna odległej twierdzy. - Lord czy nie, zawsze zbierał się gorzej niż baba.
Van powstrzymała się od parsknięcia śmiechem. Było to dość nietaktowne, jeśli chodzi o osobę władcy. Lady Knowhere jednak nie zganiła jej za ten drobny uśmieszek, a nawet sama się uśmiechnęła.
- A gdzie Swami? - zaciekawiła się Ness. Miała na myśli małego, pięcioletniego synka pary królewskiej. Jak do tej pory nie widziała go bez opieki lady Ibn'Lshad. Khajiitki bywają wyjątkowo nadopiekuńcze, niczym pumy chroniące swoje młode.
- Jest z opiekunką - odpowiedziała i westchnęła. - Nie cierpię zostawiać go samego. Ach, i kazałam spakować ci suknię.
- Suknię? - zdziwiła się Vanessa. Nie miała nic przeciwko ładnym strojom. Przeciwnie, nawet lubiła wyglądać jak kobieta. Było to miłe uczucie, gdy ludzie patrzyli na ciebie nie przez zakrwawiony sztylet w twojej dłoni, czy fakt, że właśnie pozbawiłaś przytomności dwa razy większego faceta. Ness w sukni czuła się zdecydowanie swobodniej niż jakakolwiek dziewczyna jej pokroju. Nie zdziwiłaby się, gdyby na balu jedynie ona wśród wszystkich żeńskich członkiń klanów odważyła się wyjść na środek sali. Ale decyzja Sery Ibn'Lshad dalej ją dziwiła.
- I trochę biżuterii - dorzuciła khajiitka. - Twoją fryzurą zajmie się moja służka.
- Pani, z całym szacunkiem, ale ja nie jadę tam by się bawić - zauważyła liderka Słowików. - Mam pilnować bezpieczeństwa pary królewskiej. W sukni będę...ograniczona.
- Myślisz, że o tym nie wiem, dziecko? - kobieta uśmiechnęła się pobłażliwie. - Ale bal to bal. Wszyscy mają prawo się tam dobrze bawić, a ty już dawno nie miałaś okazji zatańczyć na prawdziwym przyjęciu przez tych wszystkich handlarzy opium. Mimo to rzeczywiście jesteś na służbie. Dlatego wybrałam tę czerwoną z długimi rękawami.
Ness wszystko od razu się wyjaśniło. Miała kilka sukienek. Większość była najzwyklejsza w świecie. Dziewczyna jednak posiadała kilka specjalnie szytych kreacji. Wyglądały pięknie, a były zdecydowanie bardziej użyteczne niż pozostałe. Posiadały mniej ciężkich błyskotek, były więc nieco skromniejsze. W długich, rozszerzanych rękawach znajdowały się podszewki na sztylet. W tali zrobiono delikatne nacięcia dzięki którym strój nie krępował ruchów. Spódnica nie miała typowego kloszowatego kształtu, a raczej jego spłaszczony delikatnie odpowiednik, gdyż została uszyta z mniejszej warstwy halek i ze zdecydowanie lżejszych materiałów. Do tego zapewne Vanessa nie będzie musiała zakładać butów na obcasach, a pasujące ciemno czerwone płaskie pantofelki.
- Patrzcie państwo! - powiedziała nagle z wyrzutem lady Ibn'Lshad. - Lord Knowhere postanowił zaszczycić nas swoją obecnością!
Thadi Ibn'Lshad skrzywił się i położył lekko uszy. Nie lubił gdy żona tak donośnie go anonsowała, ale prawdopodobnie sobie na to zasłużył. Strażnikom szykującym wszystko do wyjazdu przez twarze przemknęły cienie uśmiechów, nikt jednak się nie odezwał. Wszyscy już widzieli podobną scenę i po prostu przywykli, że para królewska Knowhere mimo władzy jest jak każde typowe małżeństwo. I, mimo wszelkich oczekiwań, nie byli przez to traktowani z mniejszym szacunkiem. Przeciwnie. Zmęczony ,,poważnymi" władcami lud Knowhere chętnie przyjął taką odmianę. Chociaż ich władcy byli khajiitami, wydawali się zdecydowanie bardziej ludzcy niż ich poprzednicy.
W końcu karawana ruszyła. Vanessa zdecydowała się ruszyć konno prawie na samym końcu. Ombre dreptał obok jej bułanego rumaka. Co jakiś czas jednak dla zachowania pozorów bez powodu szczekał w las, odbiegał znikając między drzewami po czym wracał i tarzał się w śniegu powarkując. Jak każdy normalny pies. Ness długo się cieszyć spokojem nie dano. Szybko zrównał z nią swojego konia lider Borsuków.
- Proszę, kogo wiatr przywlókł - powiedziała na starcie. - A już myślałam, że się zanudzę przez całą drogę.
Lorkin uśmiechnął się złośliwie.
- Tak się stęskniłaś? - rzucił.
- No właśnie chyba nie aż tak - odparła krótko Anello. - Rozmawiałeś z Ibn'Lshadem?
- A jakżeby inaczej. Chyba jednak lepiej by wiedział o mojej obecności - stwierdził mężczyzna, choć bez większego entuzjazmu.
- Ale się cieszysz na ten bal! - sarkazm włożony w to zdanie niemal wylewał się z ust Van.
Lorkin jedynie rzucił jej spojrzenie typu ,,No co ty nie powiesz?" i na chwilę zamilkł, co wprawiło dziewczynę w wyjątkowo dobry nastrój.
Nagle Ombre zatrzymał się i zaczął warczeć. Nikt nie zwrócił na to większej uwagi. W końcu w przekonaniu straży to tylko zwykły wilczarz, a psy warczą choćby na wiewiórkę. Ness początkowo też zbytnio to nie przejęło. Jednak jej towarzysz stanął na krawędzi drogi i nie zamierzał się ruszyć. Liderka Słowików zmarszczyła brwi zatrzymując konia. Lorkin widząc to zawrócił konia. Jadący za nimi strażnicy pomarudzili trochę wymijając ją i ruszyli dalej. Konwój nieco się oddalił.
- Ombre? Coś się stało? - zapytała dziewczyna.
- Na drzewie, panienko - odpowiedział pies na tyle cicho, by jedynie wyczulone magią zmysły Van mogły to usłyszeć.
Teraz ona też coś usłyszała.
- Emmm...Vanesso? - Lorkin podniósł pytająco brew. - Obawiam się, że właśnie gadasz z psem.
Wtedy naprzeciwko Ombre listowie zatrzęsło się i znieruchomiało.
- Co do cholery... - teraz nawet lider Borsuków zauważył, że coś jest nie w porządku.
Van zdjęła z pleców laskę pojedynkową. Wtedy niemal tuż koło jej ucha rozległ się dziewczęcy chichot. Natychmiast zamachnęła się za siebie laską, ale broń przeszyła jedynie powietrze. Dziewczyna mimo woli poczuła na plecach ciarki. Wtedy koń Lorkina szarpnął nagle za lejce i stanął na zadnich nogach. Mężczyzna, choć usilnie starał się go uspokoić, w końcu wylądował w śniegu. Kolejny śmiech. Tym razem Ness wydawało się, jakby dźwięk zaczynał się oddalać. Użyła magii na swoich zmysłach. Natychmiast stało się bardziej zimno niż w rzeczywistości. Dostrzegła jednak coś interesującego - na grubszym konarze drzewa po drugiej stronie drogi w śniegu na jej oczach odbił się ślad drobnej, ludzkiej stopy. Jej właściciel musiał być niewidzialny.
- Pieprzone duchy - warknął Lorkin otrzepując się ze śniegu i przeklinając jeszcze kilkakrotnie.
- To nie duch - Vanessa spięła wierzchowca i wjechała między drzewa.
Wiem, jazda konna w lesie i to nie po wytyczonym szlaku to pomysł wręcz idiotyczny. Jednak Ness miała to szczęście, że tutaj mogła jechać spokojnym galopem. ,,Duchowi" chyba się nie spieszyło. Dziewczyna usłyszała identyczny, dziewczęcy chichot jeszcze kilkakrotnie. Gałęzie nieco przed nią poruszały się zrzucając śnieg, gdy właściciel głosu przebiegał tamtędy. Mimo tego, że Van nie mogła dostrzec jego, a raczej jej sylwetki, dokładnie wiedziała którędy się porusza. Nie mogła jednak dogonić ducha przez nierówny teren. W końcu trasa przed nią stała się nieco bardziej otwarta i wolna od korzeni. Dziewczyna przyspieszyła konia i chwyciła laskę nisko. Nadrobiła dystans, po czym zamachnęła się nad sobą. Srebrny dziób kruczej głowy na końcu laski zahaczył o coś i pociągnął w dół. Ness zwolniła i jej rumak zatrzymał się kilka metrów dalej. Usłyszała jednak, jak zaraz za jej koniem w śnieżną zaspę coś spadło z zaskoczonym okrzykiem.
Liderka Słowików zsiadła z konia i podeszła w ubite od upadku miejsce. Wyglądało, jakby to co ubiło ślad już uciekło, jednak po chwili Vanessa usłyszała głuchy jęk świadczący, że ,,duch" dalej leży w śniegu. Nie minęła minuta, a w zaspie zmaterializowała się młoda dziewczyna w niebieskim kapturze. Wtedy Ness usłyszała stłumiony tętent kopyt i od strony szlaku pojawił się Lorkin. Mężczyzna zeskoczył z konia zanim ten się zatrzymał i dołączył do niej.
- Co ci odbiło? - zapytał.
- Złapałam twojego ducha - odpowiedziała z tryumfalnym uśmiechem Vanessa i wskazała ruchem ręki na leżącą w śniegu nieznajomą.
Amita? Lorkin? Pierwsze wrażenie jest zawsze najciekawsze x3
sobota, 26 grudnia 2015
Od Vanessy (CD Lorkina)
Van zamurowało. Co się właściwie wydarzyło? Zdążyła jedynie - zbyt późno, za co była na siebie wściekła - zauważyć ruch za plecami i zanim cokolwiek zrobiła oprycha walnęła niewidzialna siła pozbawiając go przytomności. A Lorkin zniknął.
- Panienko? - usłyszała zatroskany głos. Odwróciła się. Z bocznej uliczki przydreptał Ombre. - Wszystko w porządku?
Obejrzała się po raz ostatni w alejkę w której zniknął lider Borsuków.
- W jak najlepszym - odpowiedziała i ruszyła do ostatniego z powalonych, jakby nigdy nic. Dla pewności jego też skrępowała.
- Panienko, proszę, byś następnym razem jednak uprzedziła mnie, że zamierzasz uganiać się po mieście za obcym mężczyzną - powiedział dalej niezadowolony wilczarz.
Ness spiorunowała go wzrokiem.
- Za nikim się nie uganiam - warknęła, po chwili uświadamiając sobie, że chyba zareagowała zbyt gwałtownie. Odwróciła głowę udając skupienie na wiązaniu porządnego supła. - Poza tym teraz nie jest nieznajomy, więc nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.
W odpowiedzi otrzymała jedynie psie westchnięcie. Wstała, otrzepała dłonie o siebie i ruszyła ulicą w stronę najbliższego posterunku straży miejskiej. Ombre ruszył za nią.
- I co teraz, panienko? - zapytał by przerwać ciszę.
- Najpierw sprowadzimy strażników, a potem...Nic. Chyba czas iść spać - odpowiedziała Vanessa.
Ombre tym razem zaniepokoił się nie na żarty.
- Panienka na pewno dobrze się czuje? - upewnił się. - Nie pamiętam kiedy ostatnio widziałem, by panienka spała...
- Wszyscy potrzebują snu - stwierdziła, chyba po raz pierwszy w życiu. - Nawet takie popaprane mieszańce jak ja. Nie mam ochoty marznąć na dachu, a już na pewno nie będę szukać Lorkina. Poza tym to był długi dzień, Ombre.
- Ma panienka rację - przyznał wilczarz. - Bardzo długi.
Śnieg opadał coraz gęściej. Ulice były puste, martwe, jak wyschnięte koryta rzek. Nawet mgieł już nie było.
* * *
Rano dziewczyna znów miała okazję podziwiać przedziwne zjawisko, jakim było budzenie się miasta do życia. W jednej chwili, kwestii kilku minut, jakby z pod ziemi wyrastały nagle setki mieszkańców. Wylewali się na ulice Knowhere, przesypywali z placów w uliczki jak piasek w klepsydrze. Van siedziała na dachu, jak zwykle, a Ombre leżał obok. Widziała wszystko, lecz nikt nie widział jej, bo zabiegani ludzie nie mieli czasu by popatrzeć wyżej niż przed siebie.
Nagle wyczuła cudzą obecność. Zacisnęła palce na sztylecie. Wilczarz nagle podniósł łeb, ale nie zawarczał.
- To lider Borsuków - powiedział niesłyszalnie.
Ness rozluźniła się nieco. Nie odwracała głowy.
- Uparta jesteś - usłyszała.
- Tym razem to nie ja śledziłam ciebie - zauważyła dziewczyna.
Lorkin uśmiechnął się złośliwie i bez pytania usiadł obok. Uwagę Vanessy przykuł dźwięk, którego się nie spodziewała: pazury stukające o dachówki. Ombre, gdy biegł za nią po dachach wydawał ten sam odgłos, ale wilczarz przecież leżał obok niej. Spojrzała w bok. Obok Lorkina usiadł...wilk. A raczej wilczyca. Zwróciła ślepia w stronę dziewczyny i Van nie mogła się oprzeć wrażeniu, że to nie było zwykłe zwierzę.
No proszę, pomyślała. Jeszcze jedna rzecz, w której jesteśmy podobni.
Lider Borsuków nagle skupił wzrok gdzieś dalej, ponad kamienicami otaczającymi plac. Ness zaintrygowana również spojrzała w tamtym kierunku.
- Co to za zamieszanie? - zapytał mężczyzna.
Ness wyostrzyła wzrok magią. Teraz widziała każdy szczegół. Straciła jednak zainteresowanie.
- To tylko przygotowania do wyjazdu - wyjaśniła obejmując zgięte kolana rękoma. - Lord i lady Ibn'Lshad jadą do Ikramu w to południe.
- Ach, Święto Tolerancji... - przypomniał sobie Lorkin. - A to nie pojutrze?
- Pojutrze, ale wiesz jak to jest - Vanessa wzruszyła ramionami. - Lordowie i ich sprawy...Poza tym z Knowhere do Ikramu trochę daleko. No i Ibn'Lshad dla dobra eskorty zdecydował się ominąć granice Ironwood...
Nagle Ombre zerwał się na nogi warcząc i zaszczekał wrogo na siedzącą przy boku lidera Borsuków waderę. Van syknęła na niego by się uspokoił, ale ten nie przestawał.
- Ta wadera... - powiedział tradycyjnie tak, aby usłyszała go tylko liderka Słowików. - Panienko, to telepatka. Cały czas mnie prowokuje.
Ness nie dała po sobie niczego poznać. Dla niepoznaki trzepnęła lekko wilczarza w ucho, jakby ganiła go za nieodpowiednie zachowanie, a on podwinął ogon i z powrotem usiadł. Wszystko dokładnie przećwiczone. Lorkin podniósł pytająco brew.
- Niezłego masz pieska - powiedział. - Mniejszych nie było?
Vanessa zignorowała to i wróciła do obserwowania placu.
Lorkin? Wybacz, że tak późno :P
- Panienko? - usłyszała zatroskany głos. Odwróciła się. Z bocznej uliczki przydreptał Ombre. - Wszystko w porządku?
Obejrzała się po raz ostatni w alejkę w której zniknął lider Borsuków.
- W jak najlepszym - odpowiedziała i ruszyła do ostatniego z powalonych, jakby nigdy nic. Dla pewności jego też skrępowała.
- Panienko, proszę, byś następnym razem jednak uprzedziła mnie, że zamierzasz uganiać się po mieście za obcym mężczyzną - powiedział dalej niezadowolony wilczarz.
Ness spiorunowała go wzrokiem.
- Za nikim się nie uganiam - warknęła, po chwili uświadamiając sobie, że chyba zareagowała zbyt gwałtownie. Odwróciła głowę udając skupienie na wiązaniu porządnego supła. - Poza tym teraz nie jest nieznajomy, więc nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.
W odpowiedzi otrzymała jedynie psie westchnięcie. Wstała, otrzepała dłonie o siebie i ruszyła ulicą w stronę najbliższego posterunku straży miejskiej. Ombre ruszył za nią.
- I co teraz, panienko? - zapytał by przerwać ciszę.
- Najpierw sprowadzimy strażników, a potem...Nic. Chyba czas iść spać - odpowiedziała Vanessa.
Ombre tym razem zaniepokoił się nie na żarty.
- Panienka na pewno dobrze się czuje? - upewnił się. - Nie pamiętam kiedy ostatnio widziałem, by panienka spała...
- Wszyscy potrzebują snu - stwierdziła, chyba po raz pierwszy w życiu. - Nawet takie popaprane mieszańce jak ja. Nie mam ochoty marznąć na dachu, a już na pewno nie będę szukać Lorkina. Poza tym to był długi dzień, Ombre.
- Ma panienka rację - przyznał wilczarz. - Bardzo długi.
Śnieg opadał coraz gęściej. Ulice były puste, martwe, jak wyschnięte koryta rzek. Nawet mgieł już nie było.
* * *
Rano dziewczyna znów miała okazję podziwiać przedziwne zjawisko, jakim było budzenie się miasta do życia. W jednej chwili, kwestii kilku minut, jakby z pod ziemi wyrastały nagle setki mieszkańców. Wylewali się na ulice Knowhere, przesypywali z placów w uliczki jak piasek w klepsydrze. Van siedziała na dachu, jak zwykle, a Ombre leżał obok. Widziała wszystko, lecz nikt nie widział jej, bo zabiegani ludzie nie mieli czasu by popatrzeć wyżej niż przed siebie.
Nagle wyczuła cudzą obecność. Zacisnęła palce na sztylecie. Wilczarz nagle podniósł łeb, ale nie zawarczał.
- To lider Borsuków - powiedział niesłyszalnie.
Ness rozluźniła się nieco. Nie odwracała głowy.
- Uparta jesteś - usłyszała.
- Tym razem to nie ja śledziłam ciebie - zauważyła dziewczyna.
Lorkin uśmiechnął się złośliwie i bez pytania usiadł obok. Uwagę Vanessy przykuł dźwięk, którego się nie spodziewała: pazury stukające o dachówki. Ombre, gdy biegł za nią po dachach wydawał ten sam odgłos, ale wilczarz przecież leżał obok niej. Spojrzała w bok. Obok Lorkina usiadł...wilk. A raczej wilczyca. Zwróciła ślepia w stronę dziewczyny i Van nie mogła się oprzeć wrażeniu, że to nie było zwykłe zwierzę.
No proszę, pomyślała. Jeszcze jedna rzecz, w której jesteśmy podobni.
Lider Borsuków nagle skupił wzrok gdzieś dalej, ponad kamienicami otaczającymi plac. Ness zaintrygowana również spojrzała w tamtym kierunku.
- Co to za zamieszanie? - zapytał mężczyzna.
Ness wyostrzyła wzrok magią. Teraz widziała każdy szczegół. Straciła jednak zainteresowanie.
- To tylko przygotowania do wyjazdu - wyjaśniła obejmując zgięte kolana rękoma. - Lord i lady Ibn'Lshad jadą do Ikramu w to południe.
- Ach, Święto Tolerancji... - przypomniał sobie Lorkin. - A to nie pojutrze?
- Pojutrze, ale wiesz jak to jest - Vanessa wzruszyła ramionami. - Lordowie i ich sprawy...Poza tym z Knowhere do Ikramu trochę daleko. No i Ibn'Lshad dla dobra eskorty zdecydował się ominąć granice Ironwood...
Nagle Ombre zerwał się na nogi warcząc i zaszczekał wrogo na siedzącą przy boku lidera Borsuków waderę. Van syknęła na niego by się uspokoił, ale ten nie przestawał.
- Ta wadera... - powiedział tradycyjnie tak, aby usłyszała go tylko liderka Słowików. - Panienko, to telepatka. Cały czas mnie prowokuje.
Ness nie dała po sobie niczego poznać. Dla niepoznaki trzepnęła lekko wilczarza w ucho, jakby ganiła go za nieodpowiednie zachowanie, a on podwinął ogon i z powrotem usiadł. Wszystko dokładnie przećwiczone. Lorkin podniósł pytająco brew.
- Niezłego masz pieska - powiedział. - Mniejszych nie było?
Vanessa zignorowała to i wróciła do obserwowania placu.
Lorkin? Wybacz, że tak późno :P
środa, 25 listopada 2015
Od Vanessy (CD Chowlie) - Lustrzane odbicie
Ness parsknęła cicho śmiechem patrząc na pysk Ombre wyrażający całkowitą dezaprobatę dla pomysłów żółtej ptaszyny. Chow spojrzała na nią z wesołym zdziwieniem.
- To ty jednak potrafisz się uśmiechnąć, co? - rzuciła i pociągnęła łyk z kufla.
- Tylko kilku osobach - odpowiedziała, nie tracąc uśmiechu. Zsunęła z głowy kaptur i odrzuciła denerwujące włosy do tyłu, rozsiewając wokół siebie charakterystyczny dla niej delikatny zapach bzu i agrestu.
Karczmarz zauważył obecność liderki Słowików i z miejsca - jak zwykle - zaproponował coś do picia, a Van - również jak zwykle - grzecznie odmówiła.
- Nie odpowiedziałaś mi - zauważył nagle towarzysząca dziewczynie brunetka. - Co liderkę klanu tutaj sprowadza?
- Sama nie wiem - wzruszyła ramionami. - Zawsze tutaj przychodzę. To jedyna spokojna i kulturalna karczma w mieście. Właściciel tej gospody często mi pomagał, jeszcze zanim Ibn'Lshad zrobił ze mnie przywódczynię Słowików. To taka...rekompensata.
- Jakoś nie widzę, żebyś cokolwiek zamawiała - mruknęła z szelmowskim uśmiechem Chow.
- Są inne formy spłaty długu - Ness uśmiechnęła się kątem ust.
- Na przykład?
Jakby w odpowiedzi obok rozległa się jakaś awantura. Spity facet przepchnął swojego towarzysza przez pół odległości do baru w nagłym, niewyjaśnionym wybuchu agresji. Jak się można było spodziewać, popchnięty nie chciał mu zostać dłużny. Vanessa zdjęła z pleców laskę pojedynkową i skinęła głową mężczyźnie za barem, że wszystkim się zajmie sama.
- Rozstrzygam spory - odpowiedziała na poprzednie pytanie Chowlie i ruszyła do dwóch gości.
Pierwszy właśnie chwycił za pustą butelkę na stole z zamiarem roztrzaskania jej na głowie drugiego. Dziewczyna wykorzystując nieco mocy zwiększyła swoją siłę i chwyciła go za nadgarstek zanim to zrobił. Ten zamachnął się na nią ślepo. Ness obróciła się w miejscu równocześnie unikając ciosu i wykręcając rękę pijanego faceta. Natychmiast odskoczyła. Mężczyzna stracił zainteresowanie zaatakowanym towarzyszem, który rozsądnie postanowił nie mieszać się między nich.
- Czego dziewucho?! - wydarł się pijak mierząc ją wzrokiem i lekko niedowierzając jak taka drobna osoba może mieć tyle siły.
- Kultury trochę. Chyba pan nadużył gościnności gospodarza - powiedziała spokojnie, nie chcąc przechodzić do niepotrzebnych rękoczynów.
- Mam w dupie tą twoją kulturę, laleczko. Spieprzaj stąd zanim...
W tym momencie popełnił zasadniczy błąd. Zanim skończył zdanie, srebrny kruk zatoczył półkole poziomo i uderzył w brzuch zapitego mężczyzny. Sapnął i kolejny cios spadł na jego plecy. Leżał na ziemi stękając gdy Van chwyciła go za nogę powlokła do drzwi i wywaliła trzymając go za kołnierz. Spity zrozumiał aluzję. Zebrał się do kupy i powłóczył w dół ulicy.
Vanessę powitały okrzyki aprobaty. Najgłośniej darła się Chow i jej papuga.
- Piękne przedstawienie! - powiedziała żartobliwie brunetka. - Hej, a ty gdzie?
- Na zewnątrz - mruknęła jedynie Ness i gwizdnęła na Ombre. Nagle w karczmie zrobiło się dla niej jakoś zbyt duszno.
Siedziała na pochyłym dachu, nie przejmując się dojmującym mrozem. Obok niej usiadł czarny wilczarz. Z jej ust unosiła się mgiełka. Dziewczyna objęła kolana ramionami kuląc się pod czarną kurtką, z kapturem nasuniętym niemal na oczy. Nagle na jej rękawiczkę spadło coś białego. Podniosła głowę do góry. Śnieg. Biały puch zaczynał opadać z ciemnego nieba, zakrytego przez chmury.
- Tak szybko? - zdziwił się Ombre.
- Najwyraźniej w tym roku zima będzie cięższa - powiedziała beznamiętnie Van, wracając do swojej skulonej pozycji. - Biedni ludzie. Wielu nie zdążyło zebrać zbiorów na zimę.
- To jeszcze nie zima, panienko - zauważył wilczarz. - Śnieg nie zdąży zmrozić zboża.
- Obyś miał rację - odparła dziewczyna wpatrując się tępo w ciemną plamę na dachu po drugiej stronie ulicy.
Plama drgnęła.
Ness podniosła głowę i zamrugała kilka razy. Przywidziało jej się? Niemożliwe, przecież znowu się poruszył. I ponownie zamarł. Cień siedzący na dachówkach, jak wrona.
- Panienko? - Ombre zawarczał ostrzegawczo.
Ta jednak go nie słuchała. Wpatrywała się czujnie w skuloną sylwetkę po drugiej stronie ulicy. Nie wiedzieć czemu doskonale wiedziała co ma w tej chwili zrobić...
Powoli wstała nie odrywając wzroku od cienia naprzeciwko. Ten również się podniósł. W identycznym tempie, w tym samym czasie. Niczym lustrzane odbicie Van. Ruszyła kilka kroków po dachu, cały czas patrząc w bok. Ombre coś do niej mówił. Nie słuchała go. Cień poruszał się równo z nią. Przyspieszyli w tym samym czasie. Wkrótce już pędzili na złamanie karku przed siebie, przeskakując z dachu na dach, omijając przybudówki, po barierkach balkonów i parapetach. Cały czas pilnowali ten drugi cień po drugiej stronie ulicy, cały czas nie mogli się wyprzedzić. Żadne nie było pod tym względem lepsze niż drugie. Aż w końcu cień na chwile zniknął z oczu Ness. Dziewczyna wypadła na płaski dach, otoczony naprzeciw niej i z lewej innymi budynkami.
Zatrzymała się tu. Coś jej mówiło, że ma tu zostać. Niemal wyczuwała też cudzą obecność. Kolejny test, co?, pomyślała. No dobrze, niech ci będzie. Jeśli to jedyny sposób, by cię wyrwać z mroku...
Wyostrzyła swoje zmysły. W twarz uderzył ją chłód, do uszu dotarły rozmowy z mieszkania obok, mroki stały się bardziej przejrzyste, z tawerny po drugiej stronie ulicy docierały do niej mieszanki zapachów. skupiła się na obrębie dachu, na którym stała. Zdjęła z pleców laskę pojedynkową i odrzuciła ją. Cień ją widział, wiedziała to. I też nie dobywał żadnej broni. Nie widziała tego. Po prostu wiedziała, że tego nie zrobi, bo ona też nie zamierzała.
Atak nadszedł z tyłu.
Przeciwnik próbował ją pochwycić. Wymknęła mu się o włos. Zdziwiło ją to. Do tej pory nikomu nie udało się zajść jej od tyłu. Odwróciła się. Teraz go widziała i on także mógł przyjrzeć się jej. Oboje mieli twarze ukryte w cieniach kaptura. Przeciwnik ubrany był w płaszcz i czarny kaftan. Krążyli chwilę. Pierwsza zaatakowała Van. Zaskoczyła nieco mężczyznę i udało jej się kopnąć go w bok. Musiało mu to dać do zrozumienia, by jej nie lekceważyć ze względu na posturę. Następny atak wyprowadził on. Uderzył pięścią z gardy prosto w jej głowę. Zablokowała go - ręka mężczyzny ześlizgnęła się po jej zagiętym ramieniu. Zaraz po tym nastąpił kolejny cios. Uchyliła się do tyłu, nieludzko utrzymując równowagę, i wyprostowała się od razu kontratakując z wyprostowanej ręki. Wykonał unik przechylając się w bok. Wykonała więc kolejne uderzenie po łuku, drugą ręką, prosto na głowę przeciwnika. Zablokował jej dłoń gardą.
Pojedynek był długi, bo szanse były wyrównane. Oboje równocześnie jednak zaczynali się męczyć. Blokowanie ciosów i zadawanie ich było coraz trudniejsze. Byli jednak równo uparci - każde czekało, aż to drugie się podda. W końcu Van udało się znaleźć sposobność do zakończenia zbyt równego pojedynku. Zrobiła unik, obracając się i stając bokiem do przeciwnika, po czym kopnęła go w zgięcie kolana. Mężczyźnie ugięła się noga. Dziewczyna dla dopełnienia dzieła przetoczyła się po jego plecach, pozbawiając go równowagi. Ukląkł na jedno kolano i już chciał się zerwać z powrotem...gdy nagle zobaczył pod swoją niesioną brodą ostrze sztyletu. Vanessa stała nad nim dysząc. Podczas walki spadł jej z głowy kaptur. Rozpuszczone włosy rozwiały ponownie zapach bzu i agrestu.
To oznaczało, że pojedynek skończony.
- Gratulacje - powiedziała. - Nikomu nie udało się tak długo ze mną wytrzymać w pojedynku.
- Vice versa - odparł nieznajomy i dziewczyna dojrzała jego uśmiech.
Schowała broń i cofnęła się o krok. Mężczyzna wstał. Był wyższy niż ona, co raczej nie było wielkim wyzwaniem. Mimo to gdy tak stali naprzeciw siebie wyprostowani z założonymi rękoma, Ness ponownie doznała wrażenia jakby patrzyła w lustro. Na męską wersję samej siebie.
- Mogę wiedzieć z kim mam do czynienia? - zapytał nagle nieznajomy. - Ludzi zdolnych mnie pokonać mógłbym policzyć na palcach jednej ręki.
- I vice versa - dziewczyna powtórzyła jego słowa. Po namyśle stwierdziła, że nic nie szkodzi się przedstawić. W mieście i tak ją znają. Wolała, by mężczyzna poznał jej imię osobiście od właścicielki: - Vanessa, liderka Słowików.
Parsknął śmiechem.
- To by dużo wyjaśniało - powiedział po czym ukłonił się ironicznie. - Lorkin, lider Borsuków.
Lorkin? Masz swój wyścig po dachach. I nie, nie skończą jak Ezio i Rosa XD
- To ty jednak potrafisz się uśmiechnąć, co? - rzuciła i pociągnęła łyk z kufla.
- Tylko kilku osobach - odpowiedziała, nie tracąc uśmiechu. Zsunęła z głowy kaptur i odrzuciła denerwujące włosy do tyłu, rozsiewając wokół siebie charakterystyczny dla niej delikatny zapach bzu i agrestu.
Karczmarz zauważył obecność liderki Słowików i z miejsca - jak zwykle - zaproponował coś do picia, a Van - również jak zwykle - grzecznie odmówiła.
- Nie odpowiedziałaś mi - zauważył nagle towarzysząca dziewczynie brunetka. - Co liderkę klanu tutaj sprowadza?
- Sama nie wiem - wzruszyła ramionami. - Zawsze tutaj przychodzę. To jedyna spokojna i kulturalna karczma w mieście. Właściciel tej gospody często mi pomagał, jeszcze zanim Ibn'Lshad zrobił ze mnie przywódczynię Słowików. To taka...rekompensata.
- Jakoś nie widzę, żebyś cokolwiek zamawiała - mruknęła z szelmowskim uśmiechem Chow.
- Są inne formy spłaty długu - Ness uśmiechnęła się kątem ust.
- Na przykład?
Jakby w odpowiedzi obok rozległa się jakaś awantura. Spity facet przepchnął swojego towarzysza przez pół odległości do baru w nagłym, niewyjaśnionym wybuchu agresji. Jak się można było spodziewać, popchnięty nie chciał mu zostać dłużny. Vanessa zdjęła z pleców laskę pojedynkową i skinęła głową mężczyźnie za barem, że wszystkim się zajmie sama.
- Rozstrzygam spory - odpowiedziała na poprzednie pytanie Chowlie i ruszyła do dwóch gości.
Pierwszy właśnie chwycił za pustą butelkę na stole z zamiarem roztrzaskania jej na głowie drugiego. Dziewczyna wykorzystując nieco mocy zwiększyła swoją siłę i chwyciła go za nadgarstek zanim to zrobił. Ten zamachnął się na nią ślepo. Ness obróciła się w miejscu równocześnie unikając ciosu i wykręcając rękę pijanego faceta. Natychmiast odskoczyła. Mężczyzna stracił zainteresowanie zaatakowanym towarzyszem, który rozsądnie postanowił nie mieszać się między nich.
- Czego dziewucho?! - wydarł się pijak mierząc ją wzrokiem i lekko niedowierzając jak taka drobna osoba może mieć tyle siły.
- Kultury trochę. Chyba pan nadużył gościnności gospodarza - powiedziała spokojnie, nie chcąc przechodzić do niepotrzebnych rękoczynów.
- Mam w dupie tą twoją kulturę, laleczko. Spieprzaj stąd zanim...
W tym momencie popełnił zasadniczy błąd. Zanim skończył zdanie, srebrny kruk zatoczył półkole poziomo i uderzył w brzuch zapitego mężczyzny. Sapnął i kolejny cios spadł na jego plecy. Leżał na ziemi stękając gdy Van chwyciła go za nogę powlokła do drzwi i wywaliła trzymając go za kołnierz. Spity zrozumiał aluzję. Zebrał się do kupy i powłóczył w dół ulicy.
Vanessę powitały okrzyki aprobaty. Najgłośniej darła się Chow i jej papuga.
- Piękne przedstawienie! - powiedziała żartobliwie brunetka. - Hej, a ty gdzie?
- Na zewnątrz - mruknęła jedynie Ness i gwizdnęła na Ombre. Nagle w karczmie zrobiło się dla niej jakoś zbyt duszno.
Siedziała na pochyłym dachu, nie przejmując się dojmującym mrozem. Obok niej usiadł czarny wilczarz. Z jej ust unosiła się mgiełka. Dziewczyna objęła kolana ramionami kuląc się pod czarną kurtką, z kapturem nasuniętym niemal na oczy. Nagle na jej rękawiczkę spadło coś białego. Podniosła głowę do góry. Śnieg. Biały puch zaczynał opadać z ciemnego nieba, zakrytego przez chmury.
- Tak szybko? - zdziwił się Ombre.
- Najwyraźniej w tym roku zima będzie cięższa - powiedziała beznamiętnie Van, wracając do swojej skulonej pozycji. - Biedni ludzie. Wielu nie zdążyło zebrać zbiorów na zimę.
- To jeszcze nie zima, panienko - zauważył wilczarz. - Śnieg nie zdąży zmrozić zboża.
- Obyś miał rację - odparła dziewczyna wpatrując się tępo w ciemną plamę na dachu po drugiej stronie ulicy.
Plama drgnęła.
Ness podniosła głowę i zamrugała kilka razy. Przywidziało jej się? Niemożliwe, przecież znowu się poruszył. I ponownie zamarł. Cień siedzący na dachówkach, jak wrona.
- Panienko? - Ombre zawarczał ostrzegawczo.
Ta jednak go nie słuchała. Wpatrywała się czujnie w skuloną sylwetkę po drugiej stronie ulicy. Nie wiedzieć czemu doskonale wiedziała co ma w tej chwili zrobić...
Powoli wstała nie odrywając wzroku od cienia naprzeciwko. Ten również się podniósł. W identycznym tempie, w tym samym czasie. Niczym lustrzane odbicie Van. Ruszyła kilka kroków po dachu, cały czas patrząc w bok. Ombre coś do niej mówił. Nie słuchała go. Cień poruszał się równo z nią. Przyspieszyli w tym samym czasie. Wkrótce już pędzili na złamanie karku przed siebie, przeskakując z dachu na dach, omijając przybudówki, po barierkach balkonów i parapetach. Cały czas pilnowali ten drugi cień po drugiej stronie ulicy, cały czas nie mogli się wyprzedzić. Żadne nie było pod tym względem lepsze niż drugie. Aż w końcu cień na chwile zniknął z oczu Ness. Dziewczyna wypadła na płaski dach, otoczony naprzeciw niej i z lewej innymi budynkami.
Zatrzymała się tu. Coś jej mówiło, że ma tu zostać. Niemal wyczuwała też cudzą obecność. Kolejny test, co?, pomyślała. No dobrze, niech ci będzie. Jeśli to jedyny sposób, by cię wyrwać z mroku...
Wyostrzyła swoje zmysły. W twarz uderzył ją chłód, do uszu dotarły rozmowy z mieszkania obok, mroki stały się bardziej przejrzyste, z tawerny po drugiej stronie ulicy docierały do niej mieszanki zapachów. skupiła się na obrębie dachu, na którym stała. Zdjęła z pleców laskę pojedynkową i odrzuciła ją. Cień ją widział, wiedziała to. I też nie dobywał żadnej broni. Nie widziała tego. Po prostu wiedziała, że tego nie zrobi, bo ona też nie zamierzała.
Atak nadszedł z tyłu.
Przeciwnik próbował ją pochwycić. Wymknęła mu się o włos. Zdziwiło ją to. Do tej pory nikomu nie udało się zajść jej od tyłu. Odwróciła się. Teraz go widziała i on także mógł przyjrzeć się jej. Oboje mieli twarze ukryte w cieniach kaptura. Przeciwnik ubrany był w płaszcz i czarny kaftan. Krążyli chwilę. Pierwsza zaatakowała Van. Zaskoczyła nieco mężczyznę i udało jej się kopnąć go w bok. Musiało mu to dać do zrozumienia, by jej nie lekceważyć ze względu na posturę. Następny atak wyprowadził on. Uderzył pięścią z gardy prosto w jej głowę. Zablokowała go - ręka mężczyzny ześlizgnęła się po jej zagiętym ramieniu. Zaraz po tym nastąpił kolejny cios. Uchyliła się do tyłu, nieludzko utrzymując równowagę, i wyprostowała się od razu kontratakując z wyprostowanej ręki. Wykonał unik przechylając się w bok. Wykonała więc kolejne uderzenie po łuku, drugą ręką, prosto na głowę przeciwnika. Zablokował jej dłoń gardą.
Pojedynek był długi, bo szanse były wyrównane. Oboje równocześnie jednak zaczynali się męczyć. Blokowanie ciosów i zadawanie ich było coraz trudniejsze. Byli jednak równo uparci - każde czekało, aż to drugie się podda. W końcu Van udało się znaleźć sposobność do zakończenia zbyt równego pojedynku. Zrobiła unik, obracając się i stając bokiem do przeciwnika, po czym kopnęła go w zgięcie kolana. Mężczyźnie ugięła się noga. Dziewczyna dla dopełnienia dzieła przetoczyła się po jego plecach, pozbawiając go równowagi. Ukląkł na jedno kolano i już chciał się zerwać z powrotem...gdy nagle zobaczył pod swoją niesioną brodą ostrze sztyletu. Vanessa stała nad nim dysząc. Podczas walki spadł jej z głowy kaptur. Rozpuszczone włosy rozwiały ponownie zapach bzu i agrestu.
To oznaczało, że pojedynek skończony.
- Gratulacje - powiedziała. - Nikomu nie udało się tak długo ze mną wytrzymać w pojedynku.
- Vice versa - odparł nieznajomy i dziewczyna dojrzała jego uśmiech.
Schowała broń i cofnęła się o krok. Mężczyzna wstał. Był wyższy niż ona, co raczej nie było wielkim wyzwaniem. Mimo to gdy tak stali naprzeciw siebie wyprostowani z założonymi rękoma, Ness ponownie doznała wrażenia jakby patrzyła w lustro. Na męską wersję samej siebie.
- Mogę wiedzieć z kim mam do czynienia? - zapytał nagle nieznajomy. - Ludzi zdolnych mnie pokonać mógłbym policzyć na palcach jednej ręki.
- I vice versa - dziewczyna powtórzyła jego słowa. Po namyśle stwierdziła, że nic nie szkodzi się przedstawić. W mieście i tak ją znają. Wolała, by mężczyzna poznał jej imię osobiście od właścicielki: - Vanessa, liderka Słowików.
Parsknął śmiechem.
- To by dużo wyjaśniało - powiedział po czym ukłonił się ironicznie. - Lorkin, lider Borsuków.
Lorkin? Masz swój wyścig po dachach. I nie, nie skończą jak Ezio i Rosa XD
środa, 18 listopada 2015
Od Vanessy (CD Chowlie) - Orzeł z papugą na ramieniu
Van chwilę z ciekawością oglądała tego pierzastego demona. Słyszała już o śmiesznych, kolorowych ptakach mieszkających nad brzegami Ikramu i części Castelii. Nigdy jednak nie wierzyła, by jakiś ptak mógł mówić. Tu miała przed sobą żywy dowód na to, że umieją. Ozzi wydawał się jednak mieć niezbyt bogate słownictwo.
- Gadający ptak, też mi coś - burknął Ombre niesłyszalnie. - Gdybym ja się głośniej odezwał...
Ness zgromiła go szybko wzrokiem w obawie, że mogłoby mu coś takiego rzeczywiście do łba strzelić. Wilczarz ucichł tuląc lekko uszy i pochylając głowę. Wtedy Chowlie zwróciła większą uwagę na psa.
- Twój? - zapytała.
Vanessa pokiwała głową. Czuła się przy tej dziewczynie nieco bardziej spokojnie.
- Też nie jesteś wielbicielką pudli, co? - brunetka uśmiechnęła się. - Jak się wabi?
- Ombre - odparła liderka Słowików. - Ale on przeklinać nie umie, chociaż to mogłoby być całkiem zabawne...
- Cóż, jeśli panienka tego sobie... - dziewczyna niby przypadkiem stuknęła laską tuż obok łapy wilczarza. Dało mu to wyraźnie do zrozumienia, co o tym pomyśle sądzi.
Chow zaśmiała się. Mijający je przechodnie obejrzeli się za sobą, na co Van dyskretnie zaciągnęła mocniej kaptur.
- Wiesz, to by miało całkiem dobre zastosowanie w boju - powiedziała brunetka. - Wpuścisz takiego za wały wroga, ten zamiast ujadać zaczyna śpiewać ludzkim głosem, przeciwnicy dębieją, a tymczasem można ich zaskoczyć od tyłu!
Ness uśmiechnęła się lekko.
- Na pewno kiedyś podsunę ten pomysł lordowi Ibn'Lshadowi - zaproponowała. - A propos, mogę zobaczyć tą arcyważną wiadomość do lorda?
Chowlie nie wahała się. Nie musiała się dodatkowo upewniać, że jej niska towarzyszka rzeczywiście jest tym za kogo się podaje. Nawet przypadkowo mijani drogą strażnicy prostowali się i pozdrawiali dziewczynę skinieniem głowy. Raczej więc tego zwoju nie podrze ani nie ukradnie, prawda? Podała jej owinięty złotą wstęgą pergamin. Van podniosła go na wysokość oczu, przyglądając się emblematowi widocznemu na laku. Przedstawiał lecącego orła - symbol Ikramu oraz klanu Orłów.
- Kogo niesie?! - krzyknął ktoś nagle.
Dziewczyny aż podskoczyły w miejscu, a Anello odruchowo sięgnęła ku rękojeści sztyletu. Chow spojrzała na jej reakcję zdziwiona. Właściciel głosu - nadgorliwy strażnik - mierzył to w jedną, to w drugą swoją włócznią. Wzięła głęboki oddech i uspokoiła szybko bijące serce. Wyprostowała się dumnie. Tymczasem drugi ze strażników trzepnął towarzysza w tył głowy otwartą dłonią. Hełm pierwszego nieco bardziej zsunął mu się na oczy.
- Zgłupiałeś, Sven?! - skarcił go. - To panna Anello we własnej osobie! Przecież opisywałem ci jak wygląda! - teraz zwrócił się do liderki Słowików. - Pani wybaczy, kolega przyjechał tu zaledwie wczoraj z Clevelandu.
Vanessa zdjęła kaptur i westchnęła cicho.
- Nic się nie stało - odpowiedziała. - Prowadzę posłańca do lorda Ibn'Lshada - wyjaśniła i kiwnęła głową w stronę brunetki z papugą.
- Oczywiście. Lord jest obecnie w trakcie spotkania z marszałkiem Rokirinem - strażnik odstąpił na bok przepuszczając dziewczyny.
Van poprowadziła Chow prostym korytarzem do głównej sali. Goniec gwizdnęła patrząc na salę, co z chęcią powtórzył Ozzi. Ness nie podzielała jej zachwytu. Ot, zwykła sala z takimi samymi jak w reszcie ,,pałacu" kamiennymi ścianami, tylko nieco bardziej wystrojona. Nie miała wielkiego, łukowatego sklepienia jak w Castelijskiej czy Ikramskiej twierdzy, a zwykły sufit. Wystrój ograniczał się do kilku gobelinów na ścianach, długiego stołu przed nieco bardziej ozdobnym niż reszta krześle i stojących w rogach kandelabrów. Drzwi do gabinetu lorda, na lewo od tronu, były otwarte, a na posadzkę padał z nich trójkątny snob światła. Gabinet nie posiadał okien, dlatego Thadi Ibn'Lshad postarał się w nim o lepsze oświetlenie. Ness i Chow stanęły w drzwiach niezauważone, przez chwilę słuchając rozmowy toczonej między burym khajiitem, a siwym krasnoludem.
- Dalej nie popieram twojego wyboru, wasza wysokość - mówił butnie marszałek Rokirin i Ness już się domyśliła o kim była cała rozmowa. Znowu.
- Jeszcze się do niej przekonasz - upierał się khajiit, Thadi Ibn'Lshad. - Chyba nie widziałeś jej jeszcze w akcji...
Anello stanęła tuż za marszałkiem, nie wydając żadnego dźwięku. Lord zauważył ją, ale nie informował o tym towarzysza. Na jego kocich wargach zaczął się formować złośliwy uśmiech.
- Nie, ale słyszałem opisy - odparł Rokirin zaplatając ręce na piersi zasłoniętej przez brodę. - Jest impulsywna, niestabilna emocjonalnie, nie ma skrupułów, a nade wszystko to jeszcze dzie...
Dziewczyna odchrząknęła. Krasnolud odwrócił się gwałtownie i spojrzał w górę na twarz liderki Słowików. Na jego twarzy zagościł ten sam grymas, co zawsze, gdy miał z nią do czynienia.
- Mnie też miło cię widzieć, panie Rokirin - Van dygnęła niedbale, po czym już o wiele poważniej zwróciła się do lorda Ibn'Lshada. - Panie, przyszła wiadomość z Ikramu.
Khajiit zastrzygł uszami i wziął podany zwój. Złamał pieczęć i przez kilka minut czytał w skupieniu. W końcu uśmiechnął się.
- Wygląda na to, że idea Savala weszła w życie - powiedział zadowolony do Rokirina. Pewnie się o coś założyli, pomyślała Vanessa. - Tamir i Tinuviel wybrali już swoich liderów.
- Ale Stonehead i sam Soren jeszcze tego nie zrobili, khajiicie - Rokirin uśmiechnął się złośliwie.
Tak, stwierdziła Ness. Na pewno się założyli.
- Panno Anello - Thadi zwrócił jej uwagę. - Bal został przeniesiony do stolicy Ikramu. Chyba nie jest to dla ciebie wielki problem?
Wzruszyła ramionami. Nigdy nie była w Ikramie. Jednak tak czy siak, będzie musiała pojechać na ten bal, nawet gdyby miał się odbyć na księżycu. Dostała wyraźne zadanie - chronić lorda Knowhere. Wszyscy inni liderzy też będą musieli tam wystąpić.
Khajiit uznał tą odpowiedź za wystarczającą. Pożegnał dziewczynę, i ta ruszyła z powrotem do sali głównej. Chwo czekała w drzwiach pomieszczenia i udała się za Vanessą do wyjścia.
Chow? Zostawiam ci pole do popisu (mam głupie uczucie, że tego pożałuję)
- Gadający ptak, też mi coś - burknął Ombre niesłyszalnie. - Gdybym ja się głośniej odezwał...
Ness zgromiła go szybko wzrokiem w obawie, że mogłoby mu coś takiego rzeczywiście do łba strzelić. Wilczarz ucichł tuląc lekko uszy i pochylając głowę. Wtedy Chowlie zwróciła większą uwagę na psa.
- Twój? - zapytała.
Vanessa pokiwała głową. Czuła się przy tej dziewczynie nieco bardziej spokojnie.
- Też nie jesteś wielbicielką pudli, co? - brunetka uśmiechnęła się. - Jak się wabi?
- Ombre - odparła liderka Słowików. - Ale on przeklinać nie umie, chociaż to mogłoby być całkiem zabawne...
- Cóż, jeśli panienka tego sobie... - dziewczyna niby przypadkiem stuknęła laską tuż obok łapy wilczarza. Dało mu to wyraźnie do zrozumienia, co o tym pomyśle sądzi.
Chow zaśmiała się. Mijający je przechodnie obejrzeli się za sobą, na co Van dyskretnie zaciągnęła mocniej kaptur.
- Wiesz, to by miało całkiem dobre zastosowanie w boju - powiedziała brunetka. - Wpuścisz takiego za wały wroga, ten zamiast ujadać zaczyna śpiewać ludzkim głosem, przeciwnicy dębieją, a tymczasem można ich zaskoczyć od tyłu!
Ness uśmiechnęła się lekko.
- Na pewno kiedyś podsunę ten pomysł lordowi Ibn'Lshadowi - zaproponowała. - A propos, mogę zobaczyć tą arcyważną wiadomość do lorda?
Chowlie nie wahała się. Nie musiała się dodatkowo upewniać, że jej niska towarzyszka rzeczywiście jest tym za kogo się podaje. Nawet przypadkowo mijani drogą strażnicy prostowali się i pozdrawiali dziewczynę skinieniem głowy. Raczej więc tego zwoju nie podrze ani nie ukradnie, prawda? Podała jej owinięty złotą wstęgą pergamin. Van podniosła go na wysokość oczu, przyglądając się emblematowi widocznemu na laku. Przedstawiał lecącego orła - symbol Ikramu oraz klanu Orłów.
- Kogo niesie?! - krzyknął ktoś nagle.
Dziewczyny aż podskoczyły w miejscu, a Anello odruchowo sięgnęła ku rękojeści sztyletu. Chow spojrzała na jej reakcję zdziwiona. Właściciel głosu - nadgorliwy strażnik - mierzył to w jedną, to w drugą swoją włócznią. Wzięła głęboki oddech i uspokoiła szybko bijące serce. Wyprostowała się dumnie. Tymczasem drugi ze strażników trzepnął towarzysza w tył głowy otwartą dłonią. Hełm pierwszego nieco bardziej zsunął mu się na oczy.
- Zgłupiałeś, Sven?! - skarcił go. - To panna Anello we własnej osobie! Przecież opisywałem ci jak wygląda! - teraz zwrócił się do liderki Słowików. - Pani wybaczy, kolega przyjechał tu zaledwie wczoraj z Clevelandu.
Vanessa zdjęła kaptur i westchnęła cicho.
- Nic się nie stało - odpowiedziała. - Prowadzę posłańca do lorda Ibn'Lshada - wyjaśniła i kiwnęła głową w stronę brunetki z papugą.
- Oczywiście. Lord jest obecnie w trakcie spotkania z marszałkiem Rokirinem - strażnik odstąpił na bok przepuszczając dziewczyny.
Van poprowadziła Chow prostym korytarzem do głównej sali. Goniec gwizdnęła patrząc na salę, co z chęcią powtórzył Ozzi. Ness nie podzielała jej zachwytu. Ot, zwykła sala z takimi samymi jak w reszcie ,,pałacu" kamiennymi ścianami, tylko nieco bardziej wystrojona. Nie miała wielkiego, łukowatego sklepienia jak w Castelijskiej czy Ikramskiej twierdzy, a zwykły sufit. Wystrój ograniczał się do kilku gobelinów na ścianach, długiego stołu przed nieco bardziej ozdobnym niż reszta krześle i stojących w rogach kandelabrów. Drzwi do gabinetu lorda, na lewo od tronu, były otwarte, a na posadzkę padał z nich trójkątny snob światła. Gabinet nie posiadał okien, dlatego Thadi Ibn'Lshad postarał się w nim o lepsze oświetlenie. Ness i Chow stanęły w drzwiach niezauważone, przez chwilę słuchając rozmowy toczonej między burym khajiitem, a siwym krasnoludem.
- Dalej nie popieram twojego wyboru, wasza wysokość - mówił butnie marszałek Rokirin i Ness już się domyśliła o kim była cała rozmowa. Znowu.
- Jeszcze się do niej przekonasz - upierał się khajiit, Thadi Ibn'Lshad. - Chyba nie widziałeś jej jeszcze w akcji...
Anello stanęła tuż za marszałkiem, nie wydając żadnego dźwięku. Lord zauważył ją, ale nie informował o tym towarzysza. Na jego kocich wargach zaczął się formować złośliwy uśmiech.
- Nie, ale słyszałem opisy - odparł Rokirin zaplatając ręce na piersi zasłoniętej przez brodę. - Jest impulsywna, niestabilna emocjonalnie, nie ma skrupułów, a nade wszystko to jeszcze dzie...
Dziewczyna odchrząknęła. Krasnolud odwrócił się gwałtownie i spojrzał w górę na twarz liderki Słowików. Na jego twarzy zagościł ten sam grymas, co zawsze, gdy miał z nią do czynienia.
- Mnie też miło cię widzieć, panie Rokirin - Van dygnęła niedbale, po czym już o wiele poważniej zwróciła się do lorda Ibn'Lshada. - Panie, przyszła wiadomość z Ikramu.
Khajiit zastrzygł uszami i wziął podany zwój. Złamał pieczęć i przez kilka minut czytał w skupieniu. W końcu uśmiechnął się.
- Wygląda na to, że idea Savala weszła w życie - powiedział zadowolony do Rokirina. Pewnie się o coś założyli, pomyślała Vanessa. - Tamir i Tinuviel wybrali już swoich liderów.
- Ale Stonehead i sam Soren jeszcze tego nie zrobili, khajiicie - Rokirin uśmiechnął się złośliwie.
Tak, stwierdziła Ness. Na pewno się założyli.
- Panno Anello - Thadi zwrócił jej uwagę. - Bal został przeniesiony do stolicy Ikramu. Chyba nie jest to dla ciebie wielki problem?
Wzruszyła ramionami. Nigdy nie była w Ikramie. Jednak tak czy siak, będzie musiała pojechać na ten bal, nawet gdyby miał się odbyć na księżycu. Dostała wyraźne zadanie - chronić lorda Knowhere. Wszyscy inni liderzy też będą musieli tam wystąpić.
Khajiit uznał tą odpowiedź za wystarczającą. Pożegnał dziewczynę, i ta ruszyła z powrotem do sali głównej. Chwo czekała w drzwiach pomieszczenia i udała się za Vanessą do wyjścia.
Chow? Zostawiam ci pole do popisu (mam głupie uczucie, że tego pożałuję)
poniedziałek, 16 listopada 2015
Od Vanessy - Goniec
Van obróciła się przed lustrem. Rozłożyła ręce na boki i spojrzała na swoje plecy w odbiciu. Przeciągnęła się, zamachnęła ręką...Wyglądało na to, że suknia jest idealna. Miała kolor ciemnej czerwieni, skromny krój z długimi rękawami (z myślą o chłodnych wieczorach) i spódnicę podszytą trzema warstwami czarnych, lekkich halek. Wykonana została (na specjalną prośbę Vanessy) z lekkich, nie utrudniających ruchu materiałów.
- I jak się podoba, lady Anello? - zapytał pomarszczony staruszek. Krawiec z zadowoleniem obserwował swoje dzieło na modelce.
- Proszę, niech pan mnie nie tytułuje - poprosiła Ness. Odwróciła się z powrotem do lustra. - Jest piękna...
- Pytałem panienkę o funkcjonalność - krawiec uśmiechnął się.
- Jest...wygodna - stwierdziła po namyśle. - Trochę mnie pije w talii...
Stojąca obok lustra Sera Ibn'Lshad zacmokała z niezadowoleniem. Wysoka khajiitka nadzorowała dobór stroju liderki Słowików. Leżący przy drzwiach Ombre obserwował pokój znudzony.
-Trzeba nanieść poprawki - powiedziała stanowczo lady Ibn'Lshad. - Panna Anello musi się czuć w tej sukni swobodnie. W końcu nie idzie na ten bal by potańczyć.
Dziewczyna spojrzała na nią z wdzięcznością. Krawiec jedynie pokiwał łysiejącą głową i pogonił swojego pomocnika do zapisywania dyktowanych miar. Vanessa tymczasem weszła do odgrodzonego pomieszczenia, przeznaczonego na przebieralnię i ubrała się z powrotem w swój codzienny strój. Gdy wyszła, pomocnik staruszka wziął od niej poskładaną suknię i udał się na zaplecze, gdzie krawiec rozmawiał z Serą - tym razem o jej stroju. Ness czując, że nie jest tu już nikomu potrzebna gwizdnęła na Ombre udając się do wyjścia. Wilczarz posłusznie ruszył za nią na ulicę.
Gdy tylko przekroczyła próg, naciągnęła na głowę kaptur i wmieszała się w tłum. Niedawno odkryła pewien nieprzyjemny fakt - mieszkańcy Knowhere zaczynali rozpoznawać w niej liderkę klanu Słowików. Na szczęście (póki co) tylko w stolicy. W mniejszych miastach nikt nie rozpoznawał kogoś ważnego w drobnej dziewczynie z laską pojedynkową i wielkim wilczarzem u boku. Trzeba jednak przyznać, że był to widok niecodzienny. Panienka drobna, a jednak budziła pewien respekt. Mało kto ją zaczepiał. Jeśli już ktoś taki się zdarzył, to zapewne nie przewyższał intelektem kurczaka.
Anello szła spokojnie ulicą trzymając laskę pojedynkową u boku. Nie podpierała się nią jak szlachcic rodzaju męskiego. Dla niej laska służyła tylko i wyłącznie jako broń, nie ozdoba. Co jakiś czas rzucała okiem w stronę Ombre. Po raz kolejny zadziwił ją jego talent aktorski. Dreptał wybijając łapami równy rytm i merdając ogonem, co jakiś czas szczeknął na jakiegoś konia lub parę wołów. Jednocześnie jednak - co Van dobrze wiedziała - pozostawał czujny, gotowy na jej rozkazy. Jakby wiecznie spodziewał się ataku. Czyli zupełnie jak jego właścicielka.
Dziewczyna nie zdążyła minąć głównej bramy, gdy do jej uszu dotarło głośne przekleństwo:
- **rrrwa mać!
Zatrzymała się zaskoczona. Głos nie przypominał ludzkiego. Także Ombre nastawił psich uszu.
- Co to było? - zapytała go Ness.
- Brzmiało jak jakiś ptak, panienko - odpowiedział wilczarz tak cicho, by tylko wyczulony słuch jego pani był zdolny go usłyszeć.
W tym momencie dotarła do niej głos strażnika (również będący wiązanką niecenzuralnych słów). Vanessa zbliżyła się do bramy, pod którą rozgrywała się jakaś awantura.
- Ha! Szanowny pan nie wierzył, że ma zmysły rottweilera, co? - dotarł do niej kpiący, żeński głos.
Van przystanęła między dwoma strażnikami. Trzeci wymachiwał nad sobą rękami starając się odgonić od małej, żółtej papugi. Metr od niego dumnie wyprostowana brunetka założyła ręce na piersi, spoglądając na to z kpiną i rozbawieniem.
- Co się tu dzieje? - zapytała. Strażnicy obok niej drgnęli zaskoczeni. Nie usłyszeli jej kroków.
Żołdak w końcu odgonił od siebie papugę. Zadowolony ptak przeklął po raz ostatni i wylądował na ramieniu brunetki. Mężczyzna zmierzył kobietę morderczym spojrzeniem i stając na baczność zwrócił się do Anello. Nieznajoma zerknęła ciekawsko na Vanessę. Co sprawiało, że tak niepozorna dziewczyna cieszy się takim szacunkiem? Nie mogła być nikim z królewskiej rodziny. W końcu na tronie zasiada khajiit. Więc kim, w takim razie...?
- Proszę wybaczyć, panno Anello - powiedział żołnierz prostując się. Efekt zepsuło kichnięcie, które nastąpiło po wypowiedzi. W powietrze wzleciało żółte piórko. Strażnik doprowadził się do porządku. - Byliśmy w trakcie wyprowadzania tej damy z miasta - słowo ,,dama" wycedził przez zęby.
- Dlaczego? - Ness założyła ręce na piersi.
- Próbowała wtargnąć...
- Przecież mówię, że jestem gońcem! - przerwała mu brunetka. - ,,Klan Orłów"? Nic wam to nie mówi? Mam wiadomość dla Lorda Ibn'Lshada - podniosła do góry opieczętowany zwój. Na laku widniał symbol Orłów z Ikramu.
Van wyprostowała się. Nic dziwnego, że nie chcieli jej przepuścić. Klany były dopiero początkującym konceptem. Ich pieczęcie nie były więc znane i zwykli strażnicy mogli uznać niosących je gońców za oszustów.
- Idzie ze mną - oświadczyła twardo liderka Słowików. - Zaprowadzę ją do Lorda Ibn'Lshada.
- Ale panno Ane...
- To autentyczna pieczęć - wyjaśniła krótko dziewczyna i skinęła głową do brunetki. Ta zadowolona z siebie mrugnęła do kipiącego ze złości żołnierza i ruszyła za Vanessą.
Chow? Wolę sama zacząć zanim mi zaczniesz mieszać x3
- I jak się podoba, lady Anello? - zapytał pomarszczony staruszek. Krawiec z zadowoleniem obserwował swoje dzieło na modelce.
- Proszę, niech pan mnie nie tytułuje - poprosiła Ness. Odwróciła się z powrotem do lustra. - Jest piękna...
- Pytałem panienkę o funkcjonalność - krawiec uśmiechnął się.
- Jest...wygodna - stwierdziła po namyśle. - Trochę mnie pije w talii...
Stojąca obok lustra Sera Ibn'Lshad zacmokała z niezadowoleniem. Wysoka khajiitka nadzorowała dobór stroju liderki Słowików. Leżący przy drzwiach Ombre obserwował pokój znudzony.
-Trzeba nanieść poprawki - powiedziała stanowczo lady Ibn'Lshad. - Panna Anello musi się czuć w tej sukni swobodnie. W końcu nie idzie na ten bal by potańczyć.
Dziewczyna spojrzała na nią z wdzięcznością. Krawiec jedynie pokiwał łysiejącą głową i pogonił swojego pomocnika do zapisywania dyktowanych miar. Vanessa tymczasem weszła do odgrodzonego pomieszczenia, przeznaczonego na przebieralnię i ubrała się z powrotem w swój codzienny strój. Gdy wyszła, pomocnik staruszka wziął od niej poskładaną suknię i udał się na zaplecze, gdzie krawiec rozmawiał z Serą - tym razem o jej stroju. Ness czując, że nie jest tu już nikomu potrzebna gwizdnęła na Ombre udając się do wyjścia. Wilczarz posłusznie ruszył za nią na ulicę.
Gdy tylko przekroczyła próg, naciągnęła na głowę kaptur i wmieszała się w tłum. Niedawno odkryła pewien nieprzyjemny fakt - mieszkańcy Knowhere zaczynali rozpoznawać w niej liderkę klanu Słowików. Na szczęście (póki co) tylko w stolicy. W mniejszych miastach nikt nie rozpoznawał kogoś ważnego w drobnej dziewczynie z laską pojedynkową i wielkim wilczarzem u boku. Trzeba jednak przyznać, że był to widok niecodzienny. Panienka drobna, a jednak budziła pewien respekt. Mało kto ją zaczepiał. Jeśli już ktoś taki się zdarzył, to zapewne nie przewyższał intelektem kurczaka.
Anello szła spokojnie ulicą trzymając laskę pojedynkową u boku. Nie podpierała się nią jak szlachcic rodzaju męskiego. Dla niej laska służyła tylko i wyłącznie jako broń, nie ozdoba. Co jakiś czas rzucała okiem w stronę Ombre. Po raz kolejny zadziwił ją jego talent aktorski. Dreptał wybijając łapami równy rytm i merdając ogonem, co jakiś czas szczeknął na jakiegoś konia lub parę wołów. Jednocześnie jednak - co Van dobrze wiedziała - pozostawał czujny, gotowy na jej rozkazy. Jakby wiecznie spodziewał się ataku. Czyli zupełnie jak jego właścicielka.
Dziewczyna nie zdążyła minąć głównej bramy, gdy do jej uszu dotarło głośne przekleństwo:
- **rrrwa mać!
Zatrzymała się zaskoczona. Głos nie przypominał ludzkiego. Także Ombre nastawił psich uszu.
- Co to było? - zapytała go Ness.
- Brzmiało jak jakiś ptak, panienko - odpowiedział wilczarz tak cicho, by tylko wyczulony słuch jego pani był zdolny go usłyszeć.
W tym momencie dotarła do niej głos strażnika (również będący wiązanką niecenzuralnych słów). Vanessa zbliżyła się do bramy, pod którą rozgrywała się jakaś awantura.
- Ha! Szanowny pan nie wierzył, że ma zmysły rottweilera, co? - dotarł do niej kpiący, żeński głos.
Van przystanęła między dwoma strażnikami. Trzeci wymachiwał nad sobą rękami starając się odgonić od małej, żółtej papugi. Metr od niego dumnie wyprostowana brunetka założyła ręce na piersi, spoglądając na to z kpiną i rozbawieniem.
- Co się tu dzieje? - zapytała. Strażnicy obok niej drgnęli zaskoczeni. Nie usłyszeli jej kroków.
Żołdak w końcu odgonił od siebie papugę. Zadowolony ptak przeklął po raz ostatni i wylądował na ramieniu brunetki. Mężczyzna zmierzył kobietę morderczym spojrzeniem i stając na baczność zwrócił się do Anello. Nieznajoma zerknęła ciekawsko na Vanessę. Co sprawiało, że tak niepozorna dziewczyna cieszy się takim szacunkiem? Nie mogła być nikim z królewskiej rodziny. W końcu na tronie zasiada khajiit. Więc kim, w takim razie...?
- Proszę wybaczyć, panno Anello - powiedział żołnierz prostując się. Efekt zepsuło kichnięcie, które nastąpiło po wypowiedzi. W powietrze wzleciało żółte piórko. Strażnik doprowadził się do porządku. - Byliśmy w trakcie wyprowadzania tej damy z miasta - słowo ,,dama" wycedził przez zęby.
- Dlaczego? - Ness założyła ręce na piersi.
- Próbowała wtargnąć...
- Przecież mówię, że jestem gońcem! - przerwała mu brunetka. - ,,Klan Orłów"? Nic wam to nie mówi? Mam wiadomość dla Lorda Ibn'Lshada - podniosła do góry opieczętowany zwój. Na laku widniał symbol Orłów z Ikramu.
Van wyprostowała się. Nic dziwnego, że nie chcieli jej przepuścić. Klany były dopiero początkującym konceptem. Ich pieczęcie nie były więc znane i zwykli strażnicy mogli uznać niosących je gońców za oszustów.
- Idzie ze mną - oświadczyła twardo liderka Słowików. - Zaprowadzę ją do Lorda Ibn'Lshada.
- Ale panno Ane...
- To autentyczna pieczęć - wyjaśniła krótko dziewczyna i skinęła głową do brunetki. Ta zadowolona z siebie mrugnęła do kipiącego ze złości żołnierza i ruszyła za Vanessą.
Chow? Wolę sama zacząć zanim mi zaczniesz mieszać x3
niedziela, 15 listopada 2015
Od Vanessy - Cień w mroku
Ciemna postać przebiegła po pochyłości dachu, nie wydając żadnego dźwięku. Niczym cień. Przysiadła na krawędzi, w cieniu dobudówki. Niewidoczna dla podejrzanej trójki rosłych mężczyzn w uliczce poniżej. Cień wzmocnił swoje zmysły. Chłód nocy stał się jeszcze bardziej dotkliwszy, każdy podmuch wiatru wyczuwalny na policzkach. Dzięki temu jednak także umiała przebić wzrokiem przed poranne mgły oraz usłyszeć cichą rozmowę zebranych, a jej umysł szybciej łączył wątki. Z miejsca wydali jej się podejrzani. Przygarbione sylwetki, nerwowość, cicha rozmowa. Przypuszczenia potwierdziły wyniesione z tawerny obite płótnem skrzynie. Nie mogła wyczuć znajomego zapachu - nawet jej wzmocniony węch miał ograniczenia. Skupiła się więc na rozmowie:
- To wszystko? - zapytał pierwszy.
- Tylko tyle dowieźliśmy - drugi próbował się usprawiedliwiać. Wyraźnie obawiał się swojego rozmówcy. - Granice z Ironwood są pilnie strzeżone przez napady krensharów...
- Chcesz mi powiedzieć, że wpadliście przez PRZYPADEK?
- Nie! Skądże! Naszego towarzysza przechwycono. Jechał kilka minut przed nami. Widzieliśmy jak za zakrętem go przeszukiwali i w ostatniej chwili zjechaliśmy w las. Udało nam się wymknąć.
Pierwszy (uznała go za przywódcę szajki) westchnął i zakrył twarz dłonią w namyśle.
- Ile wiózł? - spytał w końcu.
- Dwie.
- Tyle dobrze. Przynajmniej nie stracę aż tyle koron. Ale oboje musicie to odpracować - położył dłoń na skrzyniach. - Z samego rana dociera do mnie dostawa z Thanadeimu. - dwa oprychy wzdrygnęły się słysząc ta nazwę. - Zostaniecie w mieście i znikniecie stąd z tym wieczorem na barce. Dopłyniecie Korrią aż do Thasii. Tam kanały nie są tak pilnie strzeżone.
Oprychy pokiwały głowami. Siedząca na dachu dziewczyna zamyśliła się. Jeśli rzeczywiście mają w tych skrzynkach opium...jakim cudem sprowadzają je z Thanadeimu? Ness mieszka w Knowhere od dziecka i zna wszystkie jego szlaki. Nigdy nie trafiła na żaden prowadzący bezpiecznie przez góry. Chyba, że znaleźli Wyłom, w którym nie zalęgły się potwory, co było mało możliwe. Gdyby jednak do tego doszło...Knowhere znalazło by się w wielkich opałach. Należałoby szybko wysłać ludzi, by zabezpieczyli Wyłom. Będę musiała wypytać o to Ombre, gdy znajdę trochę czasu, pomyślała. Miała wrażenie, że jej wilczarz jest bardziej związany z Szóstym Królestwem niż może się to wydawać. Póki co miała jednak bardziej przyziemny problem...
Kolejną bandę handlarzy opium, którymi trzeba się zająć.
Zsunęła się po przeciwnej stronie dachu na ziemię. Przed upadkiem (dla pewności) użyła swoich mocy, by zachować równowagę i wzmocnić swoje kości. Zwichnięcie kostki w takim momencie byłoby hańbą na całe życie. Bezgłośne zakradła się wokół budynku i przystanęła za rogiem ukryta w mgle i cieniu. Przygotowała laskę pojedynkową. Ibn'Lshad chciał postawić wszystkich odpowiedzialnych za nielegalny handel narkotykiem przed sądem. Van oficjalnie preferowała inny rodzaj sprawiedliwości. Skuteczny i wymierzany na miejscu. Ale nie chciała zbędnych kłopotów. Rozkaz to rozkaz.
Nie słuchała dalszej konwersacji obecnych. Zakradła się do nich. W duchu dziękowała mgłom za ich obecność, oraz położeniu księżyca za cień. Na dodatek przy tylnych drzwiach tawerny wisiała pochodnia, oślepiając trójkę handlarzy. Widzieli wszystko tylko w jej obrębie. Vanessa musiała przygasić swoje zmysły, by jej nie oślepiła. Pierwszy, szef, stał tyłem do niej i wydawał się najbardziej problematyczny. Pozostała dwójka nie zauważała jej w mroku.
Przywódca bandy zdążył usłyszeć ostrzegawczy świst. Odwrócił się ku własnej zgubie. Srebrny kruk zamiast trafić w potylicę, trzepnął go w twarz wybijając ząb i łamiąc nos z siłą spotęgowaną magią. Mężczyzna upadł nieprzytomny. Oprychy patrzyły z osłupieniem na stojącą za nim niską, z pozoru niegroźną dziewczynę. Zareagowała pierwsza. Przeskoczyła nad ciałem i obróciła się na jednej nodze równocześnie wykonując zamach laską. Uderzyła drugiego w czoło. Zatoczył się do tyłu, a tymczasem Van poszła za ciosem i wykonując półobrót w przeciwnym kierunku walnęła trzeciego w brzuch. Drugi wściekły zaszedł ją od tyłu...choć ,,zaszedł" to nieodpowiednie słowo. Zaszarżował z bojowym okrzykiem. Dziewczyna dźgnęła go tępym końcem kija w mostek, nawet się nie odwracając, a zaraz po tym zamachem z góry pozbawiła przytomności trzeciego, który miał podobny zamiar co towarzysz. Dziewczyna odwróciła się po raz ostatni zamachując na łeb schylonego ostatniego z obecnych. Mężczyzna w końcu upadł. Zaskakujące, pomyślała patrząc na pobojowisko. Im mniej mają w głowach, tym więcej ciosów na nie przyjmują. Chwyciła laskę za figurkę u jej końca, czując jakąś śliską ciecz na palcach. Spojrzała na swoją dłoń. Krew. Zapewne z nosa tego ,,nieszczęśnika".
Podeszła do skrzyń przekraczając nad jednym z ciał. Zerwała płótno. Tak jak się spodziewała, ujrzała płócienne woreczki wypchane ziołami podłego pochodzenia. Zapach potwierdził, że było to opium. Zakryła skrzynię i rozejrzała się po alejce.
- Ombre? - powiedziała. Nie musiała robić tego głośno. On i tak ją usłyszy.
- Tak, panienko?
Czarny wilczarz pojawił się u jej boku jakby wyrósł spod ziemi.
- Idziemy do kapitana straży - zakomenderowała dziewczyna i ruszyła w dół ulicy przechodząc wielkimi krokami nad dwoma nieprzytomnymi oprychami.
Pies spojrzał powątpiewająco na bandziorów, ale ruszył za panią.
- Sądzisz, że nie obudzą się za wcześnie, panienko? - powiedział.
- Jestem tego pewna. Chociaż jeden upierdliwiec wyjątkowo długo nie chciał zasnąć. Dlatego wolę sprowadzić strażników od razu. Skonfiskują opium, a ich zamkną.
- Tak, panienko.
Przez chwilę szli w milczeniu. Ombre dreptał u boku Vanessy. Nie musieli się już kryć, więc łażenie po dachach nie było konieczne.
- Ombre? - zapytała nagle Van. - Wydaje mi się, że o czymś zapomniałam...
- Słucham, panienko.
- Czy mam umówione jutro jakieś spotkanie? - pies cały czas towarzyszył dziewczynie i pamiętał o wszystkim, co ona mogła zapomnieć.
- Nie, panienko. - uspokoił ją Ombre. - Dopiero pojutrze. Lady Ibn'Lshad chciała panienkę zabrać do krawca po suknię. Panienka zdąży dotrzeć do Knowhere i odpocząć od handlarzy opium.
Nie jestem zmęczona, upierała się sama przed sobą. Ale...dwie godzinki snu to chyba nie taki zły pomysł. Od kilku dni była na nogach. Dzięki swojej mocy oszukiwała własny organizm upewniając go, że wcale nie jest wyczerpany. Drzemka chyba nikomu jeszcze nie zaszkodziła...o ile coś go w nocy nie zaatakuje, ale to szczegół.
A póki co należało znaleźć handlarzom nielegalnych towarów wygodne cele, a następnego dnia dorwać ta barkę na Korrii. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, za jej tropem uda się wytropić kolejną szajkę, tym razem w Castelii. Ness westchnęła w duchu. Ta sprawa nie będzie jej już dotyczyła. Przez to durne mierzenie sukienek nie będzie mogła dalej tropić bandytów. A poza tym wszystko nielegalne, co dzieje się w Castelii, według prawa jest robotą dla Lwów. O ile Lord Soren znalazł im lidera. Z tego co wiedziała Van, do tej pory jest jedynym liderem oraz jedynym członkiem jakiegokolwiek klanu. Jako liderka Słowików miała za zadanie - poza tropieniem złoczyńców, potworów i wymierzaniem sprawiedliwości - chronić lorda Knowhere. A Lord Ibn'Lshad został razem z żoną zaproszony na wielki bal w Castelii, stolicy Dal-Virii, z okazji jakiegoś święta tolerancji. Ness nie miała pojęcia czego dokładnie to święto dotyczy. Liczył się dla niej jedynie fakt, że będzie musiała być tam obecna. A Sera - Lady Knowhere - nie będzie tolerować stroju codziennego Vanessy na przyjęciu tak wielkiej wagi (nawet gdy jej mąż próbował ją przekonać, że to nic złego). Stąd też ta wizyta u krawca. Van dawno nie musiała zakładać żadnej sukni. Może będzie to całkiem miła odmiana? Ciągłe ściganie siatki handlowej zaczynało ją już nużyć...
- To wszystko? - zapytał pierwszy.
- Tylko tyle dowieźliśmy - drugi próbował się usprawiedliwiać. Wyraźnie obawiał się swojego rozmówcy. - Granice z Ironwood są pilnie strzeżone przez napady krensharów...
- Chcesz mi powiedzieć, że wpadliście przez PRZYPADEK?
- Nie! Skądże! Naszego towarzysza przechwycono. Jechał kilka minut przed nami. Widzieliśmy jak za zakrętem go przeszukiwali i w ostatniej chwili zjechaliśmy w las. Udało nam się wymknąć.
Pierwszy (uznała go za przywódcę szajki) westchnął i zakrył twarz dłonią w namyśle.
- Ile wiózł? - spytał w końcu.
- Dwie.
- Tyle dobrze. Przynajmniej nie stracę aż tyle koron. Ale oboje musicie to odpracować - położył dłoń na skrzyniach. - Z samego rana dociera do mnie dostawa z Thanadeimu. - dwa oprychy wzdrygnęły się słysząc ta nazwę. - Zostaniecie w mieście i znikniecie stąd z tym wieczorem na barce. Dopłyniecie Korrią aż do Thasii. Tam kanały nie są tak pilnie strzeżone.
Oprychy pokiwały głowami. Siedząca na dachu dziewczyna zamyśliła się. Jeśli rzeczywiście mają w tych skrzynkach opium...jakim cudem sprowadzają je z Thanadeimu? Ness mieszka w Knowhere od dziecka i zna wszystkie jego szlaki. Nigdy nie trafiła na żaden prowadzący bezpiecznie przez góry. Chyba, że znaleźli Wyłom, w którym nie zalęgły się potwory, co było mało możliwe. Gdyby jednak do tego doszło...Knowhere znalazło by się w wielkich opałach. Należałoby szybko wysłać ludzi, by zabezpieczyli Wyłom. Będę musiała wypytać o to Ombre, gdy znajdę trochę czasu, pomyślała. Miała wrażenie, że jej wilczarz jest bardziej związany z Szóstym Królestwem niż może się to wydawać. Póki co miała jednak bardziej przyziemny problem...
Kolejną bandę handlarzy opium, którymi trzeba się zająć.
Zsunęła się po przeciwnej stronie dachu na ziemię. Przed upadkiem (dla pewności) użyła swoich mocy, by zachować równowagę i wzmocnić swoje kości. Zwichnięcie kostki w takim momencie byłoby hańbą na całe życie. Bezgłośne zakradła się wokół budynku i przystanęła za rogiem ukryta w mgle i cieniu. Przygotowała laskę pojedynkową. Ibn'Lshad chciał postawić wszystkich odpowiedzialnych za nielegalny handel narkotykiem przed sądem. Van oficjalnie preferowała inny rodzaj sprawiedliwości. Skuteczny i wymierzany na miejscu. Ale nie chciała zbędnych kłopotów. Rozkaz to rozkaz.
Nie słuchała dalszej konwersacji obecnych. Zakradła się do nich. W duchu dziękowała mgłom za ich obecność, oraz położeniu księżyca za cień. Na dodatek przy tylnych drzwiach tawerny wisiała pochodnia, oślepiając trójkę handlarzy. Widzieli wszystko tylko w jej obrębie. Vanessa musiała przygasić swoje zmysły, by jej nie oślepiła. Pierwszy, szef, stał tyłem do niej i wydawał się najbardziej problematyczny. Pozostała dwójka nie zauważała jej w mroku.
Przywódca bandy zdążył usłyszeć ostrzegawczy świst. Odwrócił się ku własnej zgubie. Srebrny kruk zamiast trafić w potylicę, trzepnął go w twarz wybijając ząb i łamiąc nos z siłą spotęgowaną magią. Mężczyzna upadł nieprzytomny. Oprychy patrzyły z osłupieniem na stojącą za nim niską, z pozoru niegroźną dziewczynę. Zareagowała pierwsza. Przeskoczyła nad ciałem i obróciła się na jednej nodze równocześnie wykonując zamach laską. Uderzyła drugiego w czoło. Zatoczył się do tyłu, a tymczasem Van poszła za ciosem i wykonując półobrót w przeciwnym kierunku walnęła trzeciego w brzuch. Drugi wściekły zaszedł ją od tyłu...choć ,,zaszedł" to nieodpowiednie słowo. Zaszarżował z bojowym okrzykiem. Dziewczyna dźgnęła go tępym końcem kija w mostek, nawet się nie odwracając, a zaraz po tym zamachem z góry pozbawiła przytomności trzeciego, który miał podobny zamiar co towarzysz. Dziewczyna odwróciła się po raz ostatni zamachując na łeb schylonego ostatniego z obecnych. Mężczyzna w końcu upadł. Zaskakujące, pomyślała patrząc na pobojowisko. Im mniej mają w głowach, tym więcej ciosów na nie przyjmują. Chwyciła laskę za figurkę u jej końca, czując jakąś śliską ciecz na palcach. Spojrzała na swoją dłoń. Krew. Zapewne z nosa tego ,,nieszczęśnika".
Podeszła do skrzyń przekraczając nad jednym z ciał. Zerwała płótno. Tak jak się spodziewała, ujrzała płócienne woreczki wypchane ziołami podłego pochodzenia. Zapach potwierdził, że było to opium. Zakryła skrzynię i rozejrzała się po alejce.
- Ombre? - powiedziała. Nie musiała robić tego głośno. On i tak ją usłyszy.
- Tak, panienko?
Czarny wilczarz pojawił się u jej boku jakby wyrósł spod ziemi.
- Idziemy do kapitana straży - zakomenderowała dziewczyna i ruszyła w dół ulicy przechodząc wielkimi krokami nad dwoma nieprzytomnymi oprychami.
Pies spojrzał powątpiewająco na bandziorów, ale ruszył za panią.
- Sądzisz, że nie obudzą się za wcześnie, panienko? - powiedział.
- Jestem tego pewna. Chociaż jeden upierdliwiec wyjątkowo długo nie chciał zasnąć. Dlatego wolę sprowadzić strażników od razu. Skonfiskują opium, a ich zamkną.
- Tak, panienko.
Przez chwilę szli w milczeniu. Ombre dreptał u boku Vanessy. Nie musieli się już kryć, więc łażenie po dachach nie było konieczne.
- Ombre? - zapytała nagle Van. - Wydaje mi się, że o czymś zapomniałam...
- Słucham, panienko.
- Czy mam umówione jutro jakieś spotkanie? - pies cały czas towarzyszył dziewczynie i pamiętał o wszystkim, co ona mogła zapomnieć.
- Nie, panienko. - uspokoił ją Ombre. - Dopiero pojutrze. Lady Ibn'Lshad chciała panienkę zabrać do krawca po suknię. Panienka zdąży dotrzeć do Knowhere i odpocząć od handlarzy opium.
Nie jestem zmęczona, upierała się sama przed sobą. Ale...dwie godzinki snu to chyba nie taki zły pomysł. Od kilku dni była na nogach. Dzięki swojej mocy oszukiwała własny organizm upewniając go, że wcale nie jest wyczerpany. Drzemka chyba nikomu jeszcze nie zaszkodziła...o ile coś go w nocy nie zaatakuje, ale to szczegół.
A póki co należało znaleźć handlarzom nielegalnych towarów wygodne cele, a następnego dnia dorwać ta barkę na Korrii. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, za jej tropem uda się wytropić kolejną szajkę, tym razem w Castelii. Ness westchnęła w duchu. Ta sprawa nie będzie jej już dotyczyła. Przez to durne mierzenie sukienek nie będzie mogła dalej tropić bandytów. A poza tym wszystko nielegalne, co dzieje się w Castelii, według prawa jest robotą dla Lwów. O ile Lord Soren znalazł im lidera. Z tego co wiedziała Van, do tej pory jest jedynym liderem oraz jedynym członkiem jakiegokolwiek klanu. Jako liderka Słowików miała za zadanie - poza tropieniem złoczyńców, potworów i wymierzaniem sprawiedliwości - chronić lorda Knowhere. A Lord Ibn'Lshad został razem z żoną zaproszony na wielki bal w Castelii, stolicy Dal-Virii, z okazji jakiegoś święta tolerancji. Ness nie miała pojęcia czego dokładnie to święto dotyczy. Liczył się dla niej jedynie fakt, że będzie musiała być tam obecna. A Sera - Lady Knowhere - nie będzie tolerować stroju codziennego Vanessy na przyjęciu tak wielkiej wagi (nawet gdy jej mąż próbował ją przekonać, że to nic złego). Stąd też ta wizyta u krawca. Van dawno nie musiała zakładać żadnej sukni. Może będzie to całkiem miła odmiana? Ciągłe ściganie siatki handlowej zaczynało ją już nużyć...
Człowiek nie jest stworzony do klęski. Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać
Imię: Vanessa (Nie przepada za swoim pełnym imieniem. Można więc, a nawet lepiej zdrabniać do Van lub Ness. Tylko broń boże nie mów do niej Nessie, chyba, że jesteś jej bliskim przyjacielem. Bóg wie co ona może takiemu nieszczęśnikowi zrobić).
Nazwisko: Anello
Przydomek: Nikt jej jeszcze żadnego nie wymyślił. W sumie nic jeszcze nie dokonała. Kto wie? Może się to zmieni...
Wiek: 22 lata
Płeć: Kobieta
Rasa: Jest mieszańcem. Do tej ,,drugiej połowy" nigdy się jednak nie przyznaje dopóki nie jest to konieczne.
Rodzina: Ojca nigdy nie poznała. Wątpi też, by jej matka - rusałka - kiedykolwiek poznała go naprawdę. Ot, przelotna znajomość, której efektem jest mały mutant.
Miłość: Trudno jej nawiązać jakikolwiek związek poza zawodowym. Ale los już nie jeden raz ją zaskoczył i może zrobić to ponownie.
Aparycja: Gdy uda ci się kiedyś dłużej się jej przyjrzeć, na pewno zauważysz kilka nieludzkich cech. Przede wszystkim oczy - są tak ciemne, że trudno stwierdzić jakiej są barwy. Przy tym zawsze wydają się każdego przewiercać na wylot. Ma sięgające ramion czarne włosy (które choćby nie wiem jak się starała zawsze wyglądają na świeżo umyte - kolejna wada bycia rusałką). Mocno kontrastuje z nimi wyjątkowo blada cera dziewczyny. I z tym wszystkim byłaby pewnie niemal ideałem...gdyby nie wzrost. Van to bardzo drobna osoba. Jest niska i na dodatek wydaje się ważyć tyle co dziecko. Niestety także w budowie ciała przejawiają się geny jej matki rusałki: dziewczyna ma wprost idealne ,,proporcje", przez co czasem jest zmuszona zbywać jakichś ,,kawalerów". Ma to jednak także plusy - Vanessa nigdy nie jest traktowana jak poważny przeciwnik, co w razie starcia daje jej pokaźną przewagę. Co do strojów, to dziewczyna preferuje czerń. Na co dzień, gdy jest w trakcie wykonywania rozkazów, zakłada więc koszulę, kamizelkę z kapturem, skórzaną kurtkę i płaszcz sięgający ud w tymże kolorze. W ubiorze docenia także drobne akcenty: biały kołnierzyk, pas i wewnętrzna strona kurtki (oraz kaptura) obszyta jest bordowym materiałem. Nosi poza tym także rękawiczki i buty z miękką, lecz wytrzymałą podeszwą, która tłumi jej kroki. Ma jedną stałą cechę: zapach. Stojąc odpowiednio blisko niej można wyczuć delikatną woń bzu i agrestu, która jest intensywniejsza, gdy Ness rozpuści włosy.
Zainteresowania: Dziewczyna jest...jakby to ująć? Czuje się strasznie związana ze swoimi obowiązkami. Zawsze powtarza sobie, że nie ma czegoś takiego jak ,,czas wolny" - zapycha go patrolami, sprawdzaniem raportów i pomaganiem mieszkańcom Knowhere. Jednak trudno ją nazwać pracoholikiem. Ona po prostu wiecznie szuka dla siebie zajęcia. Gdy jednak zdarzy jej się mieć czas wolny spędza go przeważnie na czytaniu różnych książek. Nie widzi w tym żadnej rozrywki. Można więc powiedzieć, że i to robi ,,z obowiązku", trudno jednak stwierdzić jakiego dokładnie. Ma również inne zastosowanie dla tych dwóch godzin dziennie. Gdy uda jej się komuś zaufać, lubi z tą osobą rozmawiać, poznawać ją, jej charakter i upodobania. Zdarza jej się podczas takich rozmów ,,filozofować".
Charakter: I tu się zaczyna galimatias. Van jest dzieckiem z ulicy, wychowana została wśród złodziei i bandytów, którzy ją bez przerwy gnębili i wykorzystywali w ten czy inny sposób. Ma więc w sobie głęboko zakorzenione instynkty, które utrudniają jej zaufanie innym i nawiązywanie przyjaźni. O innych relacjach już nie wspominając. Trzeba się naprawdę wiele napracować, by z współpracownika stać się przyjacielem. Gdy już uda ci się z nią zaprzyjaźnić, szybko zauważysz, że dziewczyna byłaby gotowa skoczyć za tobą w ogień. Van dzięki swojemu stanowisku i wykonywanym zadaniom nabrała charakteru. Poruszając się wśród ludzi i w nocy niemal zawsze ma na głowę narzucony kaptur. Nie jest już tak strachliwa jak kiedyś, jednak dalej można posunąć się ku stwierdzeniu, że zachowuje się czasem jak paranoiczka. Wystarczy jeden niewłaściwy ruch i jest gotowa przystawić każdemu nóż do gardła, nieważne jakiej jest pozycji. Ma także wyjątkowo lekki sen, podczas którego zaciska palce na rękojeści sztyletu pod poduszką. O ile w ogóle przekona się do snu. Nierzadko ,,zarywa noce" w różnych celach. Najbardziej boi się dwóch rzeczy: bezsilności i bezczynności. Ness nienawidzi sytuacji, w których nie może nic zdziałać. Przerażają ją przeciwności, na które nie ma wpływu, których nie da się zastraszyć ani zabić. A za tym idzie także bezczynność. Vanessa zawsze stara się znaleźć sobie jakieś zajęcie. Ma to ogromny wpływ na jej niestabilną psychikę. Dziewczyna chce się czuć potrzebna - klanowi, przyjaciołom, bezbronnej ludności. W sprawie ważnej (dla siebie lub swoich bliskich) nie obawia się zabić. Można stwierdzić, że gdy zamiast laski uzbraja się w sztylety, traci wszelkie skrupuły i nie obchodzi ją życie jej przeciwnika. Ma też tą jaśniejszą stronę osobowości. Może na taką nie wygląda, ale Van lubi czasem dobrze wyglądać. Założyć na siebie suknię, dobrać biżuterię i makijaż. Wśród przyjaciół wydaje się być zupełnie inną osobą. To dalej ta sama Van, która siedzi cicho na uboczu, ale jednak potrafi się uśmiechnąć, powiedzieć więcej niż kilka słów, a nawet się zaśmiać.
Song Theme: Lux - Cyrus Reynolds
Miasto rodzinne: Carvahall
Klan: Słowiki z Knowhere
Pozycja: Lider
Punkty pojedynku: 26
Profesja: Tancerz ostrzy, Mag
Broń: Dwa sztylety (wiecznie przy pasie Vanessy), cztery małe noże do rzucania (po jednym w cholewie i rękawach), laska pojedynkowa (z drzewa żelaznego, zakończona srebrną figurką w kształcie głowy kruka)
Umiejętności: Laska pojedynkowa to nietypowa broń jak na ,,damę", ale jakże jest przydatna w walce z kimś, kogo nie możesz zabić (ale o poturbowaniu nikt nie wspomniał...). Szybkie ciosy opracowywane kilka lat mogą równie dobrze zaszkodzić co rany cięte, ale zginąć od nich trudniej. Gdy Vanessa wyciąga już przeciwko tobie sztylety, powinieneś wiedzieć, że żarty się skończyły. Dziewczyna walczy nimi równie sprawnie przeciwko jednemu jak i wielu przeciwnikom. Drobna budowa pomaga jej unikać i wykonywać kontry. Trudno zauważyć, że Ness korzysta z magii, dopóki sama ci tego nie powie. Jest to spowodowane typem magii z jakiego korzysta. Nie powoduje on żadnych zewnętrznych przemian. Działa tylko i wyłącznie na ciało Van. Dzięki temu poprawia swoją wytrzymałość i siłę, wyostrza zmysły. Dziewczyna staje się silniejsza, mniej czuła na ból i zmęczenie. Ma to jednak ograniczone działanie. Jeśli zbyt długo to przeciągnie, wyczerpie swój organizm zmuszając go do odpoczynku na jakiś dzień, dwa lub dłużej (zależy od tego jak długo nadużywała swojej mocy). Vanessa używa tego nieświadomie w małych ,,porcjach" przez cały czas, co może usprawiedliwiać jej przyspieszoną reakcję i bezsenność. A teraz te naturalne zdolności; Dziewczyna na rzecz swojej pozycji musiała opanować czytanie i pisanie (może niektórym wyda się to niczym niezwykłym, ale Anello jest ze swoich postępów naprawdę dumna). Nauczyła się również świetnie tańczyć i zachowywać niczym szlachcianka, którą nigdy nie była.
Towarzysz: Ombre
Wierzchowiec: Brak
Nick na howrse: NyanCat^._.^~
Nazwisko: Anello
Przydomek: Nikt jej jeszcze żadnego nie wymyślił. W sumie nic jeszcze nie dokonała. Kto wie? Może się to zmieni...
Wiek: 22 lata
Płeć: Kobieta
Rasa: Jest mieszańcem. Do tej ,,drugiej połowy" nigdy się jednak nie przyznaje dopóki nie jest to konieczne.
Rodzina: Ojca nigdy nie poznała. Wątpi też, by jej matka - rusałka - kiedykolwiek poznała go naprawdę. Ot, przelotna znajomość, której efektem jest mały mutant.
Miłość: Trudno jej nawiązać jakikolwiek związek poza zawodowym. Ale los już nie jeden raz ją zaskoczył i może zrobić to ponownie.
Aparycja: Gdy uda ci się kiedyś dłużej się jej przyjrzeć, na pewno zauważysz kilka nieludzkich cech. Przede wszystkim oczy - są tak ciemne, że trudno stwierdzić jakiej są barwy. Przy tym zawsze wydają się każdego przewiercać na wylot. Ma sięgające ramion czarne włosy (które choćby nie wiem jak się starała zawsze wyglądają na świeżo umyte - kolejna wada bycia rusałką). Mocno kontrastuje z nimi wyjątkowo blada cera dziewczyny. I z tym wszystkim byłaby pewnie niemal ideałem...gdyby nie wzrost. Van to bardzo drobna osoba. Jest niska i na dodatek wydaje się ważyć tyle co dziecko. Niestety także w budowie ciała przejawiają się geny jej matki rusałki: dziewczyna ma wprost idealne ,,proporcje", przez co czasem jest zmuszona zbywać jakichś ,,kawalerów". Ma to jednak także plusy - Vanessa nigdy nie jest traktowana jak poważny przeciwnik, co w razie starcia daje jej pokaźną przewagę. Co do strojów, to dziewczyna preferuje czerń. Na co dzień, gdy jest w trakcie wykonywania rozkazów, zakłada więc koszulę, kamizelkę z kapturem, skórzaną kurtkę i płaszcz sięgający ud w tymże kolorze. W ubiorze docenia także drobne akcenty: biały kołnierzyk, pas i wewnętrzna strona kurtki (oraz kaptura) obszyta jest bordowym materiałem. Nosi poza tym także rękawiczki i buty z miękką, lecz wytrzymałą podeszwą, która tłumi jej kroki. Ma jedną stałą cechę: zapach. Stojąc odpowiednio blisko niej można wyczuć delikatną woń bzu i agrestu, która jest intensywniejsza, gdy Ness rozpuści włosy.
Zainteresowania: Dziewczyna jest...jakby to ująć? Czuje się strasznie związana ze swoimi obowiązkami. Zawsze powtarza sobie, że nie ma czegoś takiego jak ,,czas wolny" - zapycha go patrolami, sprawdzaniem raportów i pomaganiem mieszkańcom Knowhere. Jednak trudno ją nazwać pracoholikiem. Ona po prostu wiecznie szuka dla siebie zajęcia. Gdy jednak zdarzy jej się mieć czas wolny spędza go przeważnie na czytaniu różnych książek. Nie widzi w tym żadnej rozrywki. Można więc powiedzieć, że i to robi ,,z obowiązku", trudno jednak stwierdzić jakiego dokładnie. Ma również inne zastosowanie dla tych dwóch godzin dziennie. Gdy uda jej się komuś zaufać, lubi z tą osobą rozmawiać, poznawać ją, jej charakter i upodobania. Zdarza jej się podczas takich rozmów ,,filozofować".
Charakter: I tu się zaczyna galimatias. Van jest dzieckiem z ulicy, wychowana została wśród złodziei i bandytów, którzy ją bez przerwy gnębili i wykorzystywali w ten czy inny sposób. Ma więc w sobie głęboko zakorzenione instynkty, które utrudniają jej zaufanie innym i nawiązywanie przyjaźni. O innych relacjach już nie wspominając. Trzeba się naprawdę wiele napracować, by z współpracownika stać się przyjacielem. Gdy już uda ci się z nią zaprzyjaźnić, szybko zauważysz, że dziewczyna byłaby gotowa skoczyć za tobą w ogień. Van dzięki swojemu stanowisku i wykonywanym zadaniom nabrała charakteru. Poruszając się wśród ludzi i w nocy niemal zawsze ma na głowę narzucony kaptur. Nie jest już tak strachliwa jak kiedyś, jednak dalej można posunąć się ku stwierdzeniu, że zachowuje się czasem jak paranoiczka. Wystarczy jeden niewłaściwy ruch i jest gotowa przystawić każdemu nóż do gardła, nieważne jakiej jest pozycji. Ma także wyjątkowo lekki sen, podczas którego zaciska palce na rękojeści sztyletu pod poduszką. O ile w ogóle przekona się do snu. Nierzadko ,,zarywa noce" w różnych celach. Najbardziej boi się dwóch rzeczy: bezsilności i bezczynności. Ness nienawidzi sytuacji, w których nie może nic zdziałać. Przerażają ją przeciwności, na które nie ma wpływu, których nie da się zastraszyć ani zabić. A za tym idzie także bezczynność. Vanessa zawsze stara się znaleźć sobie jakieś zajęcie. Ma to ogromny wpływ na jej niestabilną psychikę. Dziewczyna chce się czuć potrzebna - klanowi, przyjaciołom, bezbronnej ludności. W sprawie ważnej (dla siebie lub swoich bliskich) nie obawia się zabić. Można stwierdzić, że gdy zamiast laski uzbraja się w sztylety, traci wszelkie skrupuły i nie obchodzi ją życie jej przeciwnika. Ma też tą jaśniejszą stronę osobowości. Może na taką nie wygląda, ale Van lubi czasem dobrze wyglądać. Założyć na siebie suknię, dobrać biżuterię i makijaż. Wśród przyjaciół wydaje się być zupełnie inną osobą. To dalej ta sama Van, która siedzi cicho na uboczu, ale jednak potrafi się uśmiechnąć, powiedzieć więcej niż kilka słów, a nawet się zaśmiać.
Song Theme: Lux - Cyrus Reynolds
Miasto rodzinne: Carvahall
Klan: Słowiki z Knowhere
Pozycja: Lider
Punkty pojedynku: 26
Profesja: Tancerz ostrzy, Mag
Broń: Dwa sztylety (wiecznie przy pasie Vanessy), cztery małe noże do rzucania (po jednym w cholewie i rękawach), laska pojedynkowa (z drzewa żelaznego, zakończona srebrną figurką w kształcie głowy kruka)
Umiejętności: Laska pojedynkowa to nietypowa broń jak na ,,damę", ale jakże jest przydatna w walce z kimś, kogo nie możesz zabić (ale o poturbowaniu nikt nie wspomniał...). Szybkie ciosy opracowywane kilka lat mogą równie dobrze zaszkodzić co rany cięte, ale zginąć od nich trudniej. Gdy Vanessa wyciąga już przeciwko tobie sztylety, powinieneś wiedzieć, że żarty się skończyły. Dziewczyna walczy nimi równie sprawnie przeciwko jednemu jak i wielu przeciwnikom. Drobna budowa pomaga jej unikać i wykonywać kontry. Trudno zauważyć, że Ness korzysta z magii, dopóki sama ci tego nie powie. Jest to spowodowane typem magii z jakiego korzysta. Nie powoduje on żadnych zewnętrznych przemian. Działa tylko i wyłącznie na ciało Van. Dzięki temu poprawia swoją wytrzymałość i siłę, wyostrza zmysły. Dziewczyna staje się silniejsza, mniej czuła na ból i zmęczenie. Ma to jednak ograniczone działanie. Jeśli zbyt długo to przeciągnie, wyczerpie swój organizm zmuszając go do odpoczynku na jakiś dzień, dwa lub dłużej (zależy od tego jak długo nadużywała swojej mocy). Vanessa używa tego nieświadomie w małych ,,porcjach" przez cały czas, co może usprawiedliwiać jej przyspieszoną reakcję i bezsenność. A teraz te naturalne zdolności; Dziewczyna na rzecz swojej pozycji musiała opanować czytanie i pisanie (może niektórym wyda się to niczym niezwykłym, ale Anello jest ze swoich postępów naprawdę dumna). Nauczyła się również świetnie tańczyć i zachowywać niczym szlachcianka, którą nigdy nie była.
Towarzysz: Ombre
Wierzchowiec: Brak
Nick na howrse: NyanCat^._.^~
Subskrybuj:
Posty (Atom)

